Reklama

Życie z końmi

12/07/2012 20:02
Urodziłam się w siodle. Mój tata jest instruktorem jazdy konnnej i od zawsze zabierał mnie na jazdy. Wszystko jedno - czy koń był wielki czy niewiele większy od bernardyna, zawsze sprawiało mi to frajdę. Wchodząc do mojego pokoju można było odnieść tylko jedno wrażenie - tutaj mieszka obsesyjnie zakochana w koniach osoba. Plakaty, zdjęcia, figurki, książki, ubrania... konie, konie i jeszcze raz konie. Swoją przyszłość widziałam jasno: instruktorka w stadninie. Księżniczka? Piosenkarka? A może znana hoolywodzka aktorka? Spadajcie! Praca przy koniach to moje marzenie! Kiedy ktoś mnie pytał czy się nie boję obcowania z tymi potężnymi zwierzętami odpowiadałam bez namysłu: oczywiście że nie! Ja Im ufam!

Tak było przez 7 lat. Niestety w wieku 11 lat coś we mnie pękło. Siedząc na końskim grzbiecie nie czułam się pewnie jak kiedyś. Cały czas byłam spięta, z przerażeniem odczuwałam choćby najlżejsze przyspieszenie czy potknięcie końskiego kopyta o kamyk. Jazda stała się smutną tradycją. W koncu nie wytrzymałam. Powiedziałam sobie: koniec, mam tego dość. Podczas niedzielnych spotkań z tatą (moi rodzice są rozwiedzeni, wiec dlatego tatę widuję raz w tygodniu) byłam na ogół przygaszona. Wcześniej dopytywałam się o samopooczucie koni w stajni, o nowych uczniów, o najbliższe zawody... teraz rozmowa się nie kleiła. Starszy brat okazał się znacznie chętniejszy do dialogów - a to o polityce, a to o pracy itd. itd. Taki stan trwał dwa lata. Przez dwa lata nie wsiadłam na koński grzbiet. Przez dwa lata nie odwiedziłam stadniny. I w koncu przez dwa lata nie dotknęłam mięciutkich końskich chrap. Aż do mojej zielonej szkoły...

Na szkołę zieloną pojechaliśmy do Jury. Ośrodek w którym mieszkaliśmy nie był duży - w sumie dwa domki dwupiętrowe mieszkalne plus jeden ze stołówką. Mimo że trwało wówczas Euro moje myśli były skupione na czymś innnym. Konie. W ośrodku było pięć koni. Dwa małe źrebaki, jedna klaczka dwuletnia i dwie w pełni dorosłe klacze, matki źrebiąt. Miały do dyspozycji małą stajenkę oraz niezbyt pokażnych rozmiarów wybieg. Na pierwszy rzut oka coś tu nie grało. Jeden ze źrebiąt wyglądał jakby kompletnie nie miał kontkatu z człowiekiem, chyba że przez płot. Trzy klacze miały dłuugie brudne ogony, splątane grzywy i brudną sierść. Razem z przyjaciółkami - Anetą oraz Gosią , zdecydowałyśmy się na działanie. Od kierownika obozu wymusiłyśmy szczotki do czyszczenie wraz z pozwoleniem wejścia na padok. Zgodził się. Szczotka była tak naprawdę gumowym zgrzebłem, ale lepsze to niż nic. W ruch poszły też nożyczki - włosy z ogonów i grzyw posypały się gęsto. Następnie każda z nas wybrała sobie po jednym koniu. Mi przypadł do serca strachliwy źrebak, nazwany (przeze mnie) Kibic. Kibic był w łaty i przeraźliwie unikał człowieka. Jednak mnie nie tak łatwo zniechęcić, a do tego zawsze interesowałam się psychologią zwierząt, więc powolutku zaufanie Kibica w stosunku do mnie rosło... Ostatniego dnia konik chodził za mną, a nawet podszczypywał. Raz nawet zarżał na mój widok!
Niestety wyjazd trwał tylko pięć dni. Musieliśmy wracać. Przed odjazdem posprzątałam z pomocą przyjaciółek wybieg, ostatni raz przytuliłam Kibica i... mam teraz tylko wspomnienia.

Po tym zdarzeniu konie stały się bliższe memu sercu. Postanowiłam pojechać do stajni. Tata pracuje w dwóch - w jednej prowadzi jazdy, w drugiej opiekuje się końmi. Pojechaliśmy do drugiej. Jest to hodowla koni trakeńskich, obecnie przebywa tam osiem koni, w tym dwa jednoroczne źrebaki. Kiedy tam dojechaliśmy okazało się że jednemu ze źrebiąt nie da się przypiąć lonży do kantara. Tata wziął sprawy w swoje ręce. Powiedział jasno:koń sam musi do mnie przyjść, siła tu nie pomoże. Razem z tatą stałam w boksie prze 15 minut, czekając na Glutka (konik tak się nie nazywa, ale tata lubi wymyślać koniom własne przezwiska). Obserwując zachowanie konia stwierdziliśmy że chyba dostał po pysku bo bał się wyciągniętej ręki. Tatę to zezłościło - nie znosi przemocy. Postanowił przekupić Glutka jedzeniem. Poszedł do magazynu, a ja w tym czasie weszłam do boksu. Cmoknęłam na konia. Ten przyszedł. Wcyiągnęłam rękę. Zawachał się, ale został. Po chwili bez problemu przyczepiłam mu do kantaru lonżę. Jak gdyby nigdy nic...

W piątek znowu tam jadę. Mam nadzieję, że moja miłość do koni, pisze się dalej, na nowo...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama