Do Falgo Ranch przyjechałam w ramach pomocy przy koniach w zamian za jazdę.W grę wchodziły, jak się umawiałam z właścicielką, panią Iwoną Falgowską : karmienie, padokowanie, pomoc początkującym w siodłaniu, dozór przy czyszczeniu koni ze sprawdzaniem czy wszystko w porządku i temu podobne prace. Na początku było super - rodzinna atmosfera, dużo jazdy, częste wypady nad rzekę itp. Z czasem jednak przestało być tak różowo. Pani Falgowska zaczęła mieć chwiejne nastroje - była wtedy wyniosła, obrażalska i sarkastyczna. Rozumiem, że każdy ma gorsze dni wiec mimo wszystko bardzo ją lubiłam. Później jednak te gorsze okresy wzięły górę nad resztą. Było sporo spięć i pogorszyły się moje warunki pracy. Zmniejszono czas jazd, a zwiększono zakres i godziny pracy. Na koniec doszło do tego, że pracowałam od rana do wieczora, będąc na każde zawołanie. Byłam wtedy w ciągłym stresie, bo nic co robiłam bez względu na to jak dobrze to robiłam, nie mogło zadowolić pani Falgowskiej, mimo że prace wykonywałam bez zarzutu. Przeszkadzała jej nawet moja smutna mina - efekt przemęczenia. Wtedy już do moich obowiązków oprócz tego na co się umawiałyśmy należało prowadzenie jazd w charakterze instruktora, organizowanie czasu obozowiczkom i wyręczanie innych w pracach. Byłam nie tylko pomocnikiem ale instruktorem, wychowawcą obozowym i parobkiem pracującym jak robot; czasem nawet byłam ostro ganiona za chwilę odpoczynku albo kiedy głośno się roześmiałam razem z uczestniczkami obozu. Często słyszałam ze strony pani Falgowskiej złośliwe komentarze i aluzje na swój temat. Mam 17 lat. Z jednej strony kobieta podkreślała moją niepełnoletniość, z drugiej zaś obarczała odpowiedzialnością za obozowiczów. Jeździłam jako jedyna osoba nadzorująca w teren z obozowiczkami młodszymi od siebie, albo z początkującymi ludźmi. Jestem odpowiedzialna i zawsze troszczyłam się o bezpieczeństwo podopiecznych, niestety pod koniec jednego z naprawdę spokojnych terenów zdarzył przykry incydent-nagle ktoś z tyłu mnie wyprzedził i naraz wszystkie konie zerwały się do dzikiego galopu. Było to na równej drodze spory kawałek przed asfaltową drogą we wsi- zmieniłam specjalnie trasę żeby ominąć pagórkowatą dróżkę obok<z górki konie za bardzo się rozpędzały> a jeszcze wcześniej zamieniłam konie 2 jeźdźcom bo jedna z dziewczynek nie radzila sobie ze swoim koniem. Zrobiłam to w trosce o jej bezpieczeństwo. Wiek pozostałych jeźdźców to 11-14 lat. Po obu stronach drogi-tej równiejszej- były gęsto rosnące grube drzewa. Jechaliśmy tak szybko ze bałam się wjechać pomiędzy nie, żeby wyhamować konie na polu-jechaliśmy tak szybko że rozmywały mi się ich krawędzie, poza tym nie miałam pewności że inni: 1) zjadą w bok za mną 2) utrzymają się na koniach 3) nie zderzą się z drzewem Jechaliśmy w dzikim pędzie przez wieś(5 koni - ja byłam na końcu bo wszyscy wysunęli się od razu przede mnie) Jedna dziewczynka spadła z konia i trochę się poobcierała ale poza tym nikomu nie stało się nic poważnego. Po fakcie to ja zgarnęłam większość winy za całe zdarzenie. Pani Falgowska twierdziła że wykazałam się egoizmem, bo nie skręciłam pomiędzy drzewa myśląc tylko o sobie ,a także nieodpowiedzialnością (dzikie galopady) i bezmyślnością (zamiana koni). Zamiast słów otuchy słyszałam same oskarżenia. Dwoje młodszych dzieci, w tym syn pani Falgowskiej, zmieniło wersję wydarzeń na moją niekorzyść; jednocześnie nie uwierzono w moją wersję. Nie mam uprawnień instruktorskich ani wychowawczych, a mimo to powierzono mi tak ważne zadania. Nie uważam, że zawiniłam odnośnie tamtego zdarzenia. Nie zastosowano się do mojego polecenia, ktoś mnie wyprzedził a później nie dało się nad wszystkim zapanować. Innego dnia kobieta oświadczyła, że wyjeżdża na pół dnia do Szczecinka i zostawia pod moją opieką 3 dziewczynki ( 9-11 lat ). Podołałam zadaniu, organizując im ciekawe zajęcia, ale przecież mogłabym nie podołać, czegoś nie upilnować - a byłam jedyną osobą odpowiedzialną za wszystko. W końcu nie wytrzymałam ciągłego stresu, dręczenia psychicznego i wykorzystywania fizycznego. Wyjechałam. Piszę to wszystko bo chciałabym ostrzec wszystkie osoby, które miałyby ochotę nawiązać z panią Falgowską współpracę w jakimkolwiek charakterze.
Hey! Też jestem byłą ,,pomocą" państwa F. Wytrzymałam tam rok, ale potem odeszłam, głównie po tym jak dowiedziałam się, że zamierzają brać pod siodło konia, który nie skończył 2 lat, jak był ujeżdżany, albo raczej zajeżdżany miał rok i dziewięć miesięcy. Powiem więcej dają go dzieciom, które nie koniecznie super potrafią jeździć, żeby jeździć na tak młodym koniu. Ten biedny konik pracuje w wakacje po dwie godzinny dziennie na ciężkich terenach. Ogółem byłam również wykonywana do cna. Byłam w tamtym roku przez wszystkie obozy i już pierwszego dnia, kiedy tam przyjechałam wysłali mnie do grabienia siana. Właścicielka obiecała, że przyjedzie i mi pomoże niestety nie doczekałam się tego i dopiero przyjechał po prawie czterech godzinach jej mąż z przyczepą, żeby to siano załadować. Jak ja jeszcze byłam wstawałam z paroma obozowiczkami o piątej, by nakarmić konie. Zwykle schodziło nam do szóstej, one potem szły jeszcze na godzinę spać, ja już się nie kładłam, bo musiałam przygotować dla nich śniadanie, a potem iść wyprać konia, na którym jechałam w teren jako prowadząca. Lato było bardzo upalne, więc często wyjeżdżałyśmy w teren po 8. O 7 było śniadanie, a potem po konie. Mój koń był już czysty, więc musiałam pomagać obozowiczkom w przygotowaniu ich koni. Potem ruszałyśmy w teren. Nie było z nami oczywiście żadnego instruktora, ani osoby pełnoletniej chociażby. Za osobę odpowiedzialną za to wszystko uchodziłam ja. Na szczęście przez cały rok, jak tam jeździłam obyło się bez jakichkolwiek wypadków. O 10 wracałyśmy z terenu i obozowiczki w sumie już nie miały co robić przez cały dzień, więc gdybym ja miała gdzieś jechać to na pewno nie tam. Dla mnie oczywiście nie brakowało roboty. Cały dzień prowadziłam lonże, oprowadzanki tereny i zajęcia na ujeżdżalni. Jak dla mnie to jest chore, że ktoś taki jak ja uczył innych, jak poprawnie jeździć nie mając najmniejszych ku temu uprawnień. Często gęsto do prowadzenia oprowadzanek lub wyjazdów w teren były wykorzystywane inne obozowiczki (gdy ja już miałam bardzo, bardzo, bardzo napięty grafik). Bywało tak, że o zjedzeniu na spokojnie i śniadania i obiadu nie było mowy. Jeżeli jakimś cudem zdarzało się, że nikogo przez chwilę nie było na jazdę, to byłam przywoływana do innych robót, więc wakacje miałam świetne. Gdy przyjechałam jeszcze przed wakacjami, na Boże Ciało to zdarzyło się tak, że właścicielki nie było w sumie dwa dni, a do mnie umówiła na teren Niemców. Coś tam z niemieckiego umiem, ale niestety nie tak, by swobodnie się dogadać. Też się zdarzało, że zostawiała mi cały dom na głowie, bo gdzieś jechała. Moim zdaniem puszczanie jakiś obcych ludzi w teren na prowadzącego jest przegięciem. Co, jeżeli by się coś stało? Kto by był za to odpowiedzialny? Jeszcze ta ,,instruktorka" czułaby się winna. Szczerze mówiąc konie dla początkujących niespecjalnie się nadają, więc nie trudno tam o wypadek. Nie podobało mi się także traktowanie tych koni. Główną metodą jest tam bicie i agresja, takie podejście spowodowało u mnie całkowite odwrócenie się do jeździectwa naturalnego, które obecnie praktykuje. Jeżdżenie na koniu, który kuleje? Normalka! Wszystkie konie chodzą na czambonach, pod ludźmi, którzy pierwszy raz w życiu na nie wsiadają, a z tego co wiem to raczej w ten sposób psuje się zachowanie konia, a nie pomaga, zwłaszcza jeśli nie są użytkowane przez osoby, które się na tym znają. To niby miało spowodować, że konie nie będą brykać, nie za bardzo to działa. Mimo wszystko, iż robiłam tam od 5 rano do 22 non stop, to w tedy mi się podobało, bo ja chciałam pracować przy koniach i z końmi, a wiedziałam, że to praca lekka nie jest. Jednak kocham wszystko, co związane z tymi wspaniałymi zwierzętami. Możliwe, że byłabym i w tym roku, jednak najbardziej tknęła mnie nielojalność właścicieli. Robiłam tam wszystko za nich! Dosłownie wszystko! Prowadziłam wszystkie jazdy, zajmowałam się obozowiczkami, końmi, stajnią, jej dziećmi itd. A oni potrafili stwierdzić, że robię coś źle, niestety nie mówili tego mi, bo ja jestem otwarta na wszelką krytykę i bym się starała poprawiać moje błędy, obgadywali mnie natomiast przed innymi ludźmi. Trochę mnie to dotknęło, gdyż przez jakiś czas traktowałam ich jak rodzinę, chciałam tam zamieszkać! Mimo, że byłam tam niewolnikiem. Jednak w końcu zrozumiałam, że popełniłam ogromny błąd. Nie docierało to do mnie przez okrągły rok! Chociaż niektórzy nieskutecznie próbowali otworzyć mi oczy... Cieszę się, że z tamtąd odeszłam, bo na szczęście trafiłam na tak sympatycznych ludzi, że dopiero zrozumiałam ile tam z siebie dawałam. Niestety również nie sprawdziło się to, co mówiła mi właścicielka dotyczącego mojej pracy. Owszem mówiła o prowadzeniu jazd, aczkolwiek podkreśliła, że praca jest lekka. Miałam mieć w zamian za to naukę jazdy konnej, a jedynie kiedy tam jeździłam, to właśnie prowadząc tereny, co wcale przyjemnością taką nie było, bo cały czas martwiłam się o jeźdźców oraz o konie.Nikt nie może mieć zdania odmiennego od właścicieli, bo jest czystym złem! Nie polecam, ani jeśli ktoś by chciał być jako pomoc, ani nawet potencjalnym obozowiczom, gdyż za taką cenę można sobie znaleźć lepsze obozy z wykwalifikowaną kadrą i porządnymi zajęciami. Pozdrawiam
Hej, głowa do góry nie ma się co martwić. Byłam młodsza kiedy tam pomagałam byłam wtedy w podstawówce (5 i 6 kl) i z początku gimnazjum. Od samego początku zajmowałam się końmi, prowadziłam jazdy na placu i w terenie. Nigdy nie było żadnego wypadku .. A i tak potraktowano mnie jak nikogo kiedy moi rodzice postawili obok domek żebym nie musiała siedzieć na głowie właścicieli, którzy w sumie i tak traktowali mnie jak rodzinę. No ale wyszło jak wyszło .. Przyszłam pierwszego dnia wakacji (ostatnich już spędzonych w tym towarzystwie ) i okazało się że jak chce jeździć to mam płacić, mimo że właściciele wiedzieli że będę w wakacje u siebie ale i tak będę przesiadywać u nich całe dnie żeby pomagać przy koniach . Mimo wszystko starałam się robić jak najwięcej i pomagać dziewczynie, która wówczas tam przyjechała. Warunki strasznie się pogorszyły. A właścicielka była nie do zniesienia. Wiele razy przychodząc na jazdy słyszałam od kolonistek co mówiła o mnie właścicielka . Że kiedy byłam tam jako "pomoc" nic nie robiłam, że nie pomagałam itd.. Po prostu płakać się chciało że ktoś może tak nie doceniać cudzej pracy. Coraz bardziej mnie to denerwowało zresztą nie tylko mnie połowa pewnego turnusu wyjechała po 3 dniach. No ale są ludzie i taborety. Osobiście uważam że na samym początku właściciele byli bardzo sympatyczni (kiedy nie było kolinii a stajnia dopiero zaczęła nabierać "rozpędu") nigdy nie sądziłam że rozstanę się z tym miejscem. No ale jak się okazało pieniądze zmieniają ludzi. Więc stwierdziłam, że jeśli ktoś ma zarabiać na tym że płacę za jazdy a jeszcze pomagam to nie ma sensu. I cieszę się że zrezygnowałam w tym a nie innym momencie. Bo w kolejne wakacje byłam świadkiem jak właścicielka okładała źrebaka batem na placu. A kolonistka jeździ na drugim maluchu.
Pilzunek to ja właśnie z tobą spadłam w terenie , a jeśli chodzi o to to wszyscy macie rację spadłam tylko dlatego że konie zagalopowały strasznie dziko a ja (szczerzę mówiąc nie jeździłam jeszcze galopem) nie dałam rady się utrzymać jest to wina pani iwony .Ania miała brązową odznakę ale koń się spłoszyl i co poradzić 5 koni nie łatwo jest zatrzymać tymbardziej jak wszystkie cię wyprzedzą. Pani iwona popełniła błąd wysyłając nas w teren bez osoby dorosłej np.pana sławka.Przez resztę obozu z przyjaciółkami obserwowałyśmy jak p. F. traktowałą anię .TYRANKA IWONA tak ją powinni nazwać .mnie przezywano ponieważ spadłam (oczywiście przezywała mnie tylko pani Iwona . Teraz sytuacja wygląda tak mają źrebaka sprzedają prawie wszyskie konie i to chyba tyle .
Osobą które chcą tam jeździć nie radzę niech pojadą kilka kilometrów dalej a znajdą dobrą stajnię w Strzeszynie , oraz GENIALNĄ STAJNIĘ W KOMORZU !!!
ja osobiście teraz już galopuję ale po tym upadku (którego nogdy nie zapomnę) mam problemy z klatką piersiową oraz lewą CAŁĄ nogą ale mam pod opieką cudownego konia rasy wielkopolskiej tak jakbym miała własnego konia więc niczego do szczęścia mi nie potrzeba a co do FALGOWSKICH to powiem tak SZKODA SŁÓW!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Martyna P.
Do Falgo Ranch przyjechałam w ramach pomocy przy koniach w zamian za jazdę.W grę wchodziły, jak się umawiałam z właścicielką, panią Iwoną Falgowską : karmienie, padokowanie, pomoc początkującym w siodłaniu, dozór przy czyszczeniu koni ze sprawdzaniem czy wszystko w porządku i temu podobne prace. Na początku było super - rodzinna atmosfera, dużo jazdy, częste wypady nad rzekę itp. Z czasem jednak przestało być tak różowo. Pani Falgowska zaczęła mieć chwiejne nastroje - była wtedy wyniosła, obrażalska i sarkastyczna. Rozumiem, że każdy ma gorsze dni wiec mimo wszystko bardzo ją lubiłam. Później jednak te gorsze okresy wzięły górę nad resztą. Było sporo spięć i pogorszyły się moje warunki pracy. Zmniejszono czas jazd, a zwiększono zakres i godziny pracy. Na koniec doszło do tego, że pracowałam od rana do wieczora, będąc na każde zawołanie. Byłam wtedy w ciągłym stresie, bo nic co robiłam bez względu na to jak dobrze to robiłam, nie mogło zadowolić pani Falgowskiej, mimo że prace wykonywałam bez zarzutu. Przeszkadzała jej nawet moja smutna mina - efekt przemęczenia. Wtedy już do moich obowiązków oprócz tego na co się umawiałyśmy należało prowadzenie jazd w charakterze instruktora, organizowanie czasu obozowiczkom i wyręczanie innych w pracach. Byłam nie tylko pomocnikiem ale instruktorem, wychowawcą obozowym i parobkiem pracującym jak robot; czasem nawet byłam ostro ganiona za chwilę odpoczynku albo kiedy głośno się roześmiałam razem z uczestniczkami obozu. Często słyszałam ze strony pani Falgowskiej złośliwe komentarze i aluzje na swój temat. Mam 17 lat. Z jednej strony kobieta podkreślała moją niepełnoletniość, z drugiej zaś obarczała odpowiedzialnością za obozowiczów. Jeździłam jako jedyna osoba nadzorująca w teren z obozowiczkami młodszymi od siebie, albo z początkującymi ludźmi. Jestem odpowiedzialna i zawsze troszczyłam się o bezpieczeństwo podopiecznych, niestety pod koniec jednego z naprawdę spokojnych terenów zdarzył przykry incydent-nagle ktoś z tyłu mnie wyprzedził i naraz wszystkie konie zerwały się do dzikiego galopu. Było to na równej drodze spory kawałek przed asfaltową drogą we wsi- zmieniłam specjalnie trasę żeby ominąć pagórkowatą dróżkę obok<z górki konie za bardzo się rozpędzały> a jeszcze wcześniej zamieniłam konie 2 jeźdźcom bo jedna z dziewczynek nie radzila sobie ze swoim koniem. Zrobiłam to w trosce o jej bezpieczeństwo. Wiek pozostałych jeźdźców to 11-14 lat. Po obu stronach drogi-tej równiejszej- były gęsto rosnące grube drzewa. Jechaliśmy tak szybko ze bałam się wjechać pomiędzy nie, żeby wyhamować konie na polu-jechaliśmy tak szybko że rozmywały mi się ich krawędzie, poza tym nie miałam pewności że inni: 1) zjadą w bok za mną 2) utrzymają się na koniach 3) nie zderzą się z drzewem Jechaliśmy w dzikim pędzie przez wieś(5 koni - ja byłam na końcu bo wszyscy wysunęli się od razu przede mnie) Jedna dziewczynka spadła z konia i trochę się poobcierała ale poza tym nikomu nie stało się nic poważnego. Po fakcie to ja zgarnęłam większość winy za całe zdarzenie. Pani Falgowska twierdziła że wykazałam się egoizmem, bo nie skręciłam pomiędzy drzewa myśląc tylko o sobie ,a także nieodpowiedzialnością (dzikie galopady) i bezmyślnością (zamiana koni). Zamiast słów otuchy słyszałam same oskarżenia. Dwoje młodszych dzieci, w tym syn pani Falgowskiej, zmieniło wersję wydarzeń na moją niekorzyść; jednocześnie nie uwierzono w moją wersję. Nie mam uprawnień instruktorskich ani wychowawczych, a mimo to powierzono mi tak ważne zadania. Nie uważam, że zawiniłam odnośnie tamtego zdarzenia. Nie zastosowano się do mojego polecenia, ktoś mnie wyprzedził a później nie dało się nad wszystkim zapanować. Innego dnia kobieta oświadczyła, że wyjeżdża na pół dnia do Szczecinka i zostawia pod moją opieką 3 dziewczynki ( 9-11 lat ). Podołałam zadaniu, organizując im ciekawe zajęcia, ale przecież mogłabym nie podołać, czegoś nie upilnować - a byłam jedyną osobą odpowiedzialną za wszystko. W końcu nie wytrzymałam ciągłego stresu, dręczenia psychicznego i wykorzystywania fizycznego. Wyjechałam. Piszę to wszystko bo chciałabym ostrzec wszystkie osoby, które miałyby ochotę nawiązać z panią Falgowską współpracę w jakimkolwiek charakterze.
gdzie jest to Liszkowo ?
województwo ZachodniopomorskieSpotkałam to ogłoszenie też i miałam również zamiar jechać, lecz jednak się zdecydowałam i widzę że dobrze .
Ja niestety zrobilam ten blad i teraz pozostaje mi tylko ostrzeganie innych
Hey! Też jestem byłą ,,pomocą" państwa F. Wytrzymałam tam rok, ale potem odeszłam, głównie po tym jak dowiedziałam się, że zamierzają brać pod siodło konia, który nie skończył 2 lat, jak był ujeżdżany, albo raczej zajeżdżany miał rok i dziewięć miesięcy. Powiem więcej dają go dzieciom, które nie koniecznie super potrafią jeździć, żeby jeździć na tak młodym koniu. Ten biedny konik pracuje w wakacje po dwie godzinny dziennie na ciężkich terenach. Ogółem byłam również wykonywana do cna. Byłam w tamtym roku przez wszystkie obozy i już pierwszego dnia, kiedy tam przyjechałam wysłali mnie do grabienia siana. Właścicielka obiecała, że przyjedzie i mi pomoże niestety nie doczekałam się tego i dopiero przyjechał po prawie czterech godzinach jej mąż z przyczepą, żeby to siano załadować. Jak ja jeszcze byłam wstawałam z paroma obozowiczkami o piątej, by nakarmić konie. Zwykle schodziło nam do szóstej, one potem szły jeszcze na godzinę spać, ja już się nie kładłam, bo musiałam przygotować dla nich śniadanie, a potem iść wyprać konia, na którym jechałam w teren jako prowadząca. Lato było bardzo upalne, więc często wyjeżdżałyśmy w teren po 8. O 7 było śniadanie, a potem po konie. Mój koń był już czysty, więc musiałam pomagać obozowiczkom w przygotowaniu ich koni. Potem ruszałyśmy w teren. Nie było z nami oczywiście żadnego instruktora, ani osoby pełnoletniej chociażby. Za osobę odpowiedzialną za to wszystko uchodziłam ja. Na szczęście przez cały rok, jak tam jeździłam obyło się bez jakichkolwiek wypadków. O 10 wracałyśmy z terenu i obozowiczki w sumie już nie miały co robić przez cały dzień, więc gdybym ja miała gdzieś jechać to na pewno nie tam. Dla mnie oczywiście nie brakowało roboty. Cały dzień prowadziłam lonże, oprowadzanki tereny i zajęcia na ujeżdżalni. Jak dla mnie to jest chore, że ktoś taki jak ja uczył innych, jak poprawnie jeździć nie mając najmniejszych ku temu uprawnień. Często gęsto do prowadzenia oprowadzanek lub wyjazdów w teren były wykorzystywane inne obozowiczki (gdy ja już miałam bardzo, bardzo, bardzo napięty grafik). Bywało tak, że o zjedzeniu na spokojnie i śniadania i obiadu nie było mowy. Jeżeli jakimś cudem zdarzało się, że nikogo przez chwilę nie było na jazdę, to byłam przywoływana do innych robót, więc wakacje miałam świetne. Gdy przyjechałam jeszcze przed wakacjami, na Boże Ciało to zdarzyło się tak, że właścicielki nie było w sumie dwa dni, a do mnie umówiła na teren Niemców. Coś tam z niemieckiego umiem, ale niestety nie tak, by swobodnie się dogadać. Też się zdarzało, że zostawiała mi cały dom na głowie, bo gdzieś jechała. Moim zdaniem puszczanie jakiś obcych ludzi w teren na prowadzącego jest przegięciem. Co, jeżeli by się coś stało? Kto by był za to odpowiedzialny? Jeszcze ta ,,instruktorka" czułaby się winna. Szczerze mówiąc konie dla początkujących niespecjalnie się nadają, więc nie trudno tam o wypadek. Nie podobało mi się także traktowanie tych koni. Główną metodą jest tam bicie i agresja, takie podejście spowodowało u mnie całkowite odwrócenie się do jeździectwa naturalnego, które obecnie praktykuje. Jeżdżenie na koniu, który kuleje? Normalka! Wszystkie konie chodzą na czambonach, pod ludźmi, którzy pierwszy raz w życiu na nie wsiadają, a z tego co wiem to raczej w ten sposób psuje się zachowanie konia, a nie pomaga, zwłaszcza jeśli nie są użytkowane przez osoby, które się na tym znają. To niby miało spowodować, że konie nie będą brykać, nie za bardzo to działa. Mimo wszystko, iż robiłam tam od 5 rano do 22 non stop, to w tedy mi się podobało, bo ja chciałam pracować przy koniach i z końmi, a wiedziałam, że to praca lekka nie jest. Jednak kocham wszystko, co związane z tymi wspaniałymi zwierzętami. Możliwe, że byłabym i w tym roku, jednak najbardziej tknęła mnie nielojalność właścicieli. Robiłam tam wszystko za nich! Dosłownie wszystko! Prowadziłam wszystkie jazdy, zajmowałam się obozowiczkami, końmi, stajnią, jej dziećmi itd. A oni potrafili stwierdzić, że robię coś źle, niestety nie mówili tego mi, bo ja jestem otwarta na wszelką krytykę i bym się starała poprawiać moje błędy, obgadywali mnie natomiast przed innymi ludźmi. Trochę mnie to dotknęło, gdyż przez jakiś czas traktowałam ich jak rodzinę, chciałam tam zamieszkać! Mimo, że byłam tam niewolnikiem. Jednak w końcu zrozumiałam, że popełniłam ogromny błąd. Nie docierało to do mnie przez okrągły rok! Chociaż niektórzy nieskutecznie próbowali otworzyć mi oczy... Cieszę się, że z tamtąd odeszłam, bo na szczęście trafiłam na tak sympatycznych ludzi, że dopiero zrozumiałam ile tam z siebie dawałam. Niestety również nie sprawdziło się to, co mówiła mi właścicielka dotyczącego mojej pracy. Owszem mówiła o prowadzeniu jazd, aczkolwiek podkreśliła, że praca jest lekka. Miałam mieć w zamian za to naukę jazdy konnej, a jedynie kiedy tam jeździłam, to właśnie prowadząc tereny, co wcale przyjemnością taką nie było, bo cały czas martwiłam się o jeźdźców oraz o konie.Nikt nie może mieć zdania odmiennego od właścicieli, bo jest czystym złem! Nie polecam, ani jeśli ktoś by chciał być jako pomoc, ani nawet potencjalnym obozowiczom, gdyż za taką cenę można sobie znaleźć lepsze obozy z wykwalifikowaną kadrą i porządnymi zajęciami. Pozdrawiam
Hej, głowa do góry nie ma się co martwić. Byłam młodsza kiedy tam pomagałam byłam wtedy w podstawówce (5 i 6 kl) i z początku gimnazjum. Od samego początku zajmowałam się końmi, prowadziłam jazdy na placu i w terenie. Nigdy nie było żadnego wypadku .. A i tak potraktowano mnie jak nikogo kiedy moi rodzice postawili obok domek żebym nie musiała siedzieć na głowie właścicieli, którzy w sumie i tak traktowali mnie jak rodzinę. No ale wyszło jak wyszło .. Przyszłam pierwszego dnia wakacji (ostatnich już spędzonych w tym towarzystwie ) i okazało się że jak chce jeździć to mam płacić, mimo że właściciele wiedzieli że będę w wakacje u siebie ale i tak będę przesiadywać u nich całe dnie żeby pomagać przy koniach . Mimo wszystko starałam się robić jak najwięcej i pomagać dziewczynie, która wówczas tam przyjechała. Warunki strasznie się pogorszyły. A właścicielka była nie do zniesienia. Wiele razy przychodząc na jazdy słyszałam od kolonistek co mówiła o mnie właścicielka . Że kiedy byłam tam jako "pomoc" nic nie robiłam, że nie pomagałam itd.. Po prostu płakać się chciało że ktoś może tak nie doceniać cudzej pracy. Coraz bardziej mnie to denerwowało zresztą nie tylko mnie połowa pewnego turnusu wyjechała po 3 dniach. No ale są ludzie i taborety. Osobiście uważam że na samym początku właściciele byli bardzo sympatyczni (kiedy nie było kolinii a stajnia dopiero zaczęła nabierać "rozpędu") nigdy nie sądziłam że rozstanę się z tym miejscem. No ale jak się okazało pieniądze zmieniają ludzi. Więc stwierdziłam, że jeśli ktoś ma zarabiać na tym że płacę za jazdy a jeszcze pomagam to nie ma sensu. I cieszę się że zrezygnowałam w tym a nie innym momencie. Bo w kolejne wakacje byłam świadkiem jak właścicielka okładała źrebaka batem na placu. A kolonistka jeździ na drugim maluchu.
Pilzunek to ja właśnie z tobą spadłam w terenie , a jeśli chodzi o to to wszyscy macie rację spadłam tylko dlatego że konie zagalopowały strasznie dziko a ja (szczerzę mówiąc nie jeździłam jeszcze galopem) nie dałam rady się utrzymać jest to wina pani iwony .Ania miała brązową odznakę ale koń się spłoszyl i co poradzić 5 koni nie łatwo jest zatrzymać tymbardziej jak wszystkie cię wyprzedzą. Pani iwona popełniła błąd wysyłając nas w teren bez osoby dorosłej np.pana sławka.Przez resztę obozu z przyjaciółkami obserwowałyśmy jak p. F. traktowałą anię .TYRANKA IWONA tak ją powinni nazwać .mnie przezywano ponieważ spadłam (oczywiście przezywała mnie tylko pani Iwona . Teraz sytuacja wygląda tak mają źrebaka sprzedają prawie wszyskie konie i to chyba tyle . Osobą które chcą tam jeździć nie radzę niech pojadą kilka kilometrów dalej a znajdą dobrą stajnię w Strzeszynie , oraz GENIALNĄ STAJNIĘ W KOMORZU !!! ja osobiście teraz już galopuję ale po tym upadku (którego nogdy nie zapomnę) mam problemy z klatką piersiową oraz lewą CAŁĄ nogą ale mam pod opieką cudownego konia rasy wielkopolskiej tak jakbym miała własnego konia więc niczego do szczęścia mi nie potrzeba a co do FALGOWSKICH to powiem tak SZKODA SŁÓW!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Martyna P.