Reklama

Mongolia w siodle - pamiętnik z wyprawy cz.2

Rancho Rumak w Rybnie
28/12/2010 20:16
Poniedziałek w kroplach deszczu
Wsiadanie na konie, czas odjazdu, a tu masz Ci los – Czesiek i Andrzej mają nieswoje konie. Szukanie, sprawdzanie, zamieszanie. Nawet niewinnej Ani chcieli odebrać rumaka. Okazało się, że po prostu zamieniono im siodła, a konie były te same.
Deszczowy dzień był świetną okazją do wykorzystania naszych płaszczy, kurek i pałatek. Ja szpanowałam w pałatce, którą szef przewodników obwiązał mi w pasie uśmiechając się pod nosem. Grupa jednogłośnie stwierdziła, że wyglądam jak czekający na przytroczenie worek juczny. Nie tylko mój strój był rodem z balu przebierańców: Wojtek w swojej pałatce przypominał Gandalfa lub Czarnoksiężnika. Prezentując jeździecką modę przeciwdeszczową zajechaliśmy do jurtowiska na szlaku. Wzbogaciliśmy się o nowe smaki: potrawkę z suszonego mięsa baraniego i mąki – choć nie wyglądało apetycznie, znalazło się kilku śmiałków, żeby zjeść całą miseczkę.
Śluby
Tym razem ognicho było naprawdę wyjątkowe: obchodziliśmy polsko-mongolskie uroczystości zaślubin. Przewodnicy zaszczycili nas swoją obecnością na wieczorku, wznosili toast Erudment (czyli mongolskie „na zdrowie”), który otoczony jest rytuałem: na początku moczy się środkowy palec w kieliszku, następnie wskazuje się nim w 4 kierunkach, m.in. w stronę nieba, ziemi i dotyka czoła. Atmosfera zacieśniła się bardzo, aż zaczęliśmy organizować swatanie przyszłych małżonków. Zaczęło się od wybranka Agi –Bardziego, któremu Aga towarzyszyła na rajdzie, ponieważ jego koń miał wyjątkowo ozdobione ogłowie. Czyli był to ślub bezinteresowny. Kolejni nowożeńcy to: Olena i Zorgo (tu musze wspomnieć, że Olena na tę okazję ubrała del Ady, w którym wyglądała prześlicznie), Ania i szef przewodników, Ela i kolega szefa przewodników oraz na końcu prowokator swatania: Czesiek z naszą przewodniczką Adą (już bez dela). Acha, zapomniałam wyjaśnić słowa del: jest to narodowy strój mongolski, sięgający mniej więcej do kolan, przewiązany pasem koloru zielonego (kobiety) lub pomarańczowego (mężczyźni).
W góry hej
Pod względem jeździeckim odcinek dostarczył nam najwięcej emocji – z biegiem czasu nas stepowy, pagórkowaty krajobraz zmieniał się w coraz bardziej strome i podmokłe obszary. To był czas, kiedy mnie i Annę złapała nie dająca się odeprzeć wena wymyślania piosenki wyjazdowej.
Muzyka – zapożyczona z „Hej sokoły”
Słowa – Anna & Sylwia, spisane na świstku jadąc konno
Weszliśmy w warstwę chmur: to tu rozstrzygają się kwestie opadów śniegu, deszczu itp. Na szczycie (ok. 2400m.) czekała nas ogromna śnieżyca, mróz, co zwiększało satysfakcję zdobycia tego miejsca. Schodziliśmy prowadząc koniki, które z każdą chwilą zaskakiwały mnie bardziej: ich umiejętność chodzenia po górach), odporność na mróz i zmęczenie czynią je jedną z najbardziej wytrzymałych ras na świecie. Modrzewiowe lasy mijane przez nas przybierały już pastelowych, jesiennych kolorów. To tu mieszkają hodowcy reniferów Catami w drewnianych szałasach w kształcie indiańskiego tipi z paleniskiem pośrodku.
Ostatnia prosta to szaleńczy pościg w stronę jeziora. Chubsuguł to kolejny cud natury: jego barwy przechodzą do błękitu przez zieleń, turkus, fiolet aż do czerwieni (od pływających listków).
Środa plażowa
Wyruszyliśmy z obozowiska jak zawsze rankiem, czyli o 12, ale tym razem mijany krajobraz był zupełnie inny: po prawo jezioro, po lewo góry, a przed nami łąki i lasy do galopad. Dojeżdżając z Anną do Gwardii Przedniej, która oczywiście dawno nas wyprzedziła okazało się, że chłopaki napalili już ognisko postojowe. Poszłyśmy z Oleną fotografką na ubocze, przebrałyśmy się w nasze stroje kąpielowe, a tu ni stąd ni zowąd zaczęli pojawiać się chłopaki żądni zdjęć z nami. Dało to początek sesji w bikini nad jeziorem, w temperaturze ok. 5 stopni. Stylistą modelek był Staszek i zaczęły się pojawiać wersje w czapce i szaliku, w strojach kowbojskich, z Oleną i chłopakami ubranymi jak na Syberię. Andrzej nawet wciągnął nas do lodowatej wody… ”Bo trzeba twardym być, twardym!” jak to mówią chłopaki.
Obozowisko okazało się być w przecudnym miejscu na skarpie, przy wpadającej do Chubsugułu. Nawet nie zauważyliśmy braku Wojtka w grupie, aż do czasu, kiedy pojawił się pędzący koń z siodłem pod brzuchem i czymś co ciągnęło się za nim. Wszyscy zamarli w bezdechu. Gdy koń dobiegł bliżej zobaczyliśmy, że coś, co powiewa to tylko kurtka. Ale takim razie gdzie jest Wojtek? Po chwili wynurzyła się z lasu postać, uśmiechnięta od ucha do ucha, idąca żwawym krokiem. To on. Już wiedział, że będzie musiał przyznać, że jest dupa a nie jeździec, wypić za zdrowie swoje konia, a my za jego upadek. I tak też się stało przy wieczornym ognisku. To nie był koniec ogniskowych wrażeń: miałyśmy z Anną występ przed grupą, podczas którego śpiewałyśmy wymyśloną przez nas pioseneczkę.
Czwartek – brzegiem jeziora
Tego dnia mieliśmy kilka rewelacji smakowych na kolację: jedną z nich były rybki kupione od rybaków przez Andrzeja. Ryby z jeziora Chubsuguł. Chłopaki wymyślili też ruszt pod patelnię z trójnogu, wypatroszyli ryby, a Wojtek ochotnik smażył nam rybki. Goniec Zorgo przywiózł w nocy (konno) kolejne rewelacje dla podniebienia: zamówiony specjalnie dla nas chleb i placki (ciepłe) z jurty. Mniam, niepowtarzalny smak lokalnego jedzenia. Staszek w odpowiedzi na naszą piosenkę z poprzedniego wieczora wygłosił prześmieszny odczyt trzynastozgłoskowcem/ No nie wiem co my byśmy bez tych chłopaków zrobili…
Piątek – ostatni dzień rajdu.
Gwardia Przednia przecierając trasę natknęła się na Mongoła – pustelnika żyjącego w lesie, nad brzegiem jeziora. Zostali poczęstowani chlebkiem i herbatą i uznając, że facet samotnie żyć nie może, chcieli handlować naszą Anię. Tranzakcja się nie powiodła, ponieważ ów pustelnik stwierdził, że ma tylko 1 łóżko…
Dobiłam z przewodnikiem Bardzim do sklepiku, z ławeczką przy wejściu, kołkami do przywiązania konia i stolikiem na obiadek, gdzie siedziała grupa. Takiego utargu jak tamtego dnia to sklepik stepowy nie miał pewnie przez kilka miesięcy Wokół sklepu toczyło się życie towarzyskie: ktoś rozmawiał na ławeczce, ktoś podjechał na motorze na zakupy, inni przejeżdżając samochodem z całym dobytkiem m.in. taczkami na dachu podrzucili dostawę chleba, jaki spacerowały w tą i z powrotem.
Obóz rozbiliśmy na zboczu i od razu z Anią przystąpiłyśmy do zbierania atrybutów na festiwal Naadam, a właściwie jego namiastkę w wydaniu kabaretowym. Festiwal składał się z 3 części:
• Wyścigi konne (u nas slalom wokół menażek z siodłem lub kompanem na plecach)
• Łucznictwo (rzucanie patykiem do puszek)
• Zapasy (trzymanie judo w na pałatkach – walczyły pary damsko-męskie z przeciwnych drużyn)
Nie muszę raczej dodawać, ze przy każdej konkurencji, zarówno zawodnicy jak i kibice umierali ze śmiechu.
Ostatni dzień rajdu
Smutny był powrót do Hatgal, pożegnania z przewodnikami i końmi. Chubsuguł pożegnałyśmy myjąc głowy w jego mroźnej wodzie. Ruszyliśmy do Moron, gdzie czekał nas nocleg u kolejnej siostry Ady, a tam czym chata bogata: pierożki z baraniną i cebulką, dżemik, kompoty z owoców i sery.
Dyskoteka w Moron – nie do opisania, za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. Rozkręciliśmy 2 dyskoteki, nie mając pojęcia ile siły, energii i radości życia jest w nas.
Trzy dni przez step dostarczyły nam kolejnych wrażeń, m.in.: podpatrzenie jak doi się klacz, zakupu siodła przez Andrzeja, , śniegu o poranku, pchania kieratu dla uzyskania wody na stepie. Ostatnia noc na stepie zmotywowała mnie z Anną do noclegu pod gołym niebem. Śpiworki, ognicho dawały nam dużo ciepła, ale i tak część męska grupy odczuwając silną potrzebę opieki nad nami, dowartościującą ich męskie ego, przykrywali nas pałatkami, dokładali do ogniska. Oj chłopaki, chłopaki.
Powrót
Początkowo grobową atmosferę powrotu przerwała Ada puszczając polską kasetę z przebojami lat ’60 i ’70. Co się działo! Tańce, hulanki, swawole! Nie przerwał tego nawet wjazd do Parku Narodowego Khustain, gdzie mieliśmy oglądać konie Przewalskiego na wolności. Rozkrzyczana ekipa wypadła przed busa śpiewając i tańcząc przy rurze od słupa parkingowego! Podeszła do nas Mongołka mówiąca po polsku i stwierdziła, że tylko Polacy mają taki temperament.
Po dojechaniu do Ułan Bator ruszyliśmy w szał zakupów na bazarku. To było miejsce nieskończone! Buty, czapki, dele, siodła, biżuterię, noże – kupowaliśmy wszystko, co było do kupienia! Pełnia kolorów, tłoku, pośpiechu i (czasami) złodziei. Bazar.
A wieczorem… Dyskoteki Ułan Bator nasze! Jak już je pozamykali, pojechaliśmy taksówką (w 10os.) na kebaba. Szkoda było marnować tej ostatniej nocy na spanie.
Żal, żal za Mongolią…
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama