W tym roku spełniło się marzenie moich ostatnich kilku lat - byłam na wyprawie konnej po Mongolii i chciałabym się z Wami podzielic moimi wrażeniami. Rajd konny obejmował tereny górskie i nad jeziorem Chubsuguł w Parku Narodowym o tej samej nazwie. Zapraszam do Mongoli z Grupą Wyprawową Chate, w której jestem przewodnikiem, a na razie do lektury mojego pamiętnika , mam nadzieję że was nie zanudzę:
Mongolia – pamiętnik, wyprawowe myśli Sylwii K. (8.09-26.09.2010r.) Okęcie 08.09.2010r. Spotkanie z grupą – każdy badawczo przyglądał się nowo poznanym osobom z myślą: Jak to będzie? Czy się zgramy pomimo różnic wieku? Ułan Bator Na lotnisku odebrała nas Ada ze swoim mężem Tuszenem – nasi przewodnicy mongolscy. Od razu ujęli nas swoją życzliwością. Stolica odznacza się brakiem ładu i porządku w budownictwie, chaosem, nie zakończonymi budowami. Wrażenie jakby coś zaczęło się 20 lat temu i cały czas trwało w tym zaczęciu. Hitem był ketchup Dawtona z Błonia, z którym do zdjęcia zapozowała mi Pani ekspedientka wkładając fartuszek specjalnie na tę okazję. Wyjeżdżając z Ułan Bator zdziwiło nas bardzo jak wysoko i szczelnie odgradzane są domostwa. Ogrodzone wnętrze niczym nie różni się od reszty przestrzeni, taki sam step, jedynie jurta stoi gdzieś w kącie. Ani śladu urządzeń, ogródków, przedmiotów. Na szczęście są jeszcze miejsca, gdzie modła europejska nie dotarła. Obserwujemy pozornie zmieniający się krajobraz Mongolii: bezkresne, stepowe przestrzenie. Troszeczkę przypominają nasze połoniny. W przydrożnej restauracji z odwagą zamówiliśmy baraninę wczuwając się w smak lokalnej kuchni. Chociaż zrodziły się wątpliwości co do baraniego pochodzenia baraniny (inne warianty to z kozy lub psa) to ustaliliśmy wspólną wersję baraninową i tego postanowiliśmy się trzymać w relacji z obiadku. W Eli odezwała się nagła chęć spróbowania herbatki sute-czaj z kobylego mleka, wody, zielonej herbaty i soli, czym zaraziła całą grupę. Chociaż herbatka nam smakowała nie uśpiliśmy naszej czujności na prawdopodobne nieprzyjęcie obcego płynu przez nasz organizm i piliśmy tylko małe ilości. W końcu przed nami długa droga… Z powodu zmiany otoczenia, wyżywienia, bakterii tu występujących musimy, powtarzam musimy się dezynfekować, żeby uniknąć zatruć pokarmowych. Wiadomo – jak trzeba to trzeba. Do tego celu używamy oczywiście Chingis Chana. Takich sytuacji zdarza się sporo, np.: przed podróżą samolotem lub samochodem po lokalnych drogach. W miarę oddalania się od stolicy widzimy coraz więcej samotnych jurt otoczonych stadami owiec, kóz, krów i oczywiście koni. Niektóre konie stoją osiodłane przy jurtach jakby czekały, aż ich właścicielowi skończy się mąką i będzie musiał jechać do sąsiada pożyczyć. Zaczęliśmy zauważać, że jadąc przez step w ogóle nie ma znaczenia ustalanie godziny czy dnia tygodnia. O mierze czasu poza krajami wysoko rozwiniętymi pisze Ryszard Kapuściński w Lapidarium: „Każdy, kto żył z koczownikami na pustyni czy wśród Indian Amazonii, wie, jak nasz zegarek traci tam sens i rację bytu. Jest zbędnym mechanizmem, abstrakcją oderwaną od życia.” Dojechaliśmy na miejsce noclegowe o zmroku, więc mogliśmy jedynie wyobrażać sobie jak wygląda ta dolinka. Rozbijanie pierwszego obozu przebiegło bardzo sprawnie, oczywiście część damska szybciej rozbiła swoje namioty – dziewczyny górą! Pierwsze, wspólne ognisko i przygotowanie posiłku zaczęło powoli oddalać nasze umysły od cywilizacji. Integrowaliśmy się do późnych godzin nocnych. Ogień ma w sobie niesamowicie kojącą moc nie pozwalającą od siebie oderwać wzroku. Poranek na stepie Był to najpiękniejszy poranek w moim życiu. Słońce powoli wyłaniało się znad wzgórz oświetlając nasze obozowisko. Na szczęście nie było problemów z kolejkami do mycia, ponieważ pobliski strumyk był wystarczająco długi, aby pomieścić wszystkich. Czesiek nawet przyznał się, że miał ciepłą wodę. Niespodzianka na drodze: od ostatniej wyprawy przybyła znaczna długość asfaltu (ku zdziwieniu przewodników). Na tę okazję zrobiliśmy postój przy barze, gdzie mieliśmy możliwość skosztowania kolejnego mongolskiego specjału: pierożków z baraniną o nazwie „bunc”. W pobliżu odkryliśmy kapliczkę buddyjską, przy której Ada wyjaśniła nam rytuał modlitwy, oraz święte owoo – miejsce przebywania bóstw, ozdobione błękitnymi wstążkami. Motory to drugie konie Mongołów – służą do przemieszczania się ale także do zaganiania stad. Jednego z tych mechanicznych rumaków spotkaliśmy przy sklepie. Kolor czerwony, siedzenie wygodne, aczkolwiek podarte. Kierowca nie omieszkał usiąść na maszynie, ja oczywiście też nie dałam tylnemu siedzeniu zostać pustemu. Właściciel pojazdu widząc całe zamieszanie… … podszedł i rozpalił nam motor. Kolejny stepowy pomysł grupy to odpoczynek nad brzegiem rzeki, całkiem szerokiej, a na pewno malowniczej. Znaleźli się nawet śmiałkowie do kąpieli. Lecz główna „nadrzeczna” atrakcja była dopiero przed nami! Gdy wszyscy byliśmy już przy samochodzie czekając tylko na Elę, a Andrzej zarządził „2 minuty do odjazdu” nagle poczuliśmy dudnienie ziemi pod nogami. Stado krów i jaków (ok. 300 szt.) prowadzone przez pasterzy na koniach pędziło prosto na nas. Poczuliśmy się jak na Dzikim Wschodzie i zaciekawieni obserwowaliśmy próby przeprawienia się na drugą stronę rzeki. Aga i nasi mongolscy przewodnicy nawet pomagali w przepędzaniu bydła, jednak nie doczekaliśmy do zakończenia przeprawy, bo gonił nas czas. Spotkanie z jurtą Dotarliśmy do jurty Ady siostry. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć wnętrze jurty, poczuć atmosferę, jaka tu panuje i skosztować prawdziwego mongolskiego chleba oraz serów. Jakże twarde i słone! Próbowaliśmy również lokalnych trunków: archi (destylowane krowie mleko) oraz kumysu (sfermentowane mleko klaczy). Rozbawieni zaczęliśmy śpiewać różne polskie przeboje, głównie ogniskowe i udało nam się w to wciągnąć również mongolską część towarzystwa. Słuchając stepowych pieśni, śpiewanych nawet na trzy głosy, tak profesjonalnie i melodyjnie okazało się, że w kwestii śpiewu jesteśmy absolutnie spaleni. Po magicznym wieczorze w jurcie cała grupa przeniosła się do namiotu chłopaków, udowadniając, że w 2-osobowym namiocie może zmieścić się 9 osób! Takie warunki, przymusowo zbliżające nas do siebie, spowodowały wielkie zintegrowanie grupy. Od tej pory czuliśmy się jakbyśmy się znali od dawna, nie istotne były różnice wieku czy wykonywane zawody. Czekał nas tylko jeden dzień podróży samochodowej, pyszny obiadek w Moron (dla wegetarianki Ani kolejny raz jajecznica z baranem) i o zmroku dotarliśmy nad Chubsuguł. Na koń! Niedzielny poranek nad Chubsugułem zaczęliśmy pysznym śniadankiem – zupą z barana, a właściwie potrawką, ponieważ danie składające się z ziemniaków, makaronu i oczywiście barana było dość gęste i pożywne. Ja zdobyłam się pierwszy raz na publiczne mycie głowy – w całej procedurze uczestniczyło kilka osób: począwszy od podgrzewacza wody, przez polewacza wody na głowę, zamaczacza włosów, a skończywszy na kilku doradzaczach i obserwatorach. Nastał czas pakowania, a właściwie przepakowywania naszych atrybutów do worków: jeden worek na 2 osoby. Sztuka kompromisu – tak zapakować swoje rzeczy, aby ta druga osoba myślała, że zostało jej więcej miejsca. Obserwowaliśmy troczenie koni jucznych. Staranne, profesjonalne wyważanie worków, niwelowanie wystających elementów, które mogłyby uwierać konie. Siodła mongolskie zupełnie nie przypominają naszych europejskich – kilka drewnianych desek nakrytych kolorowym materiałem, z licznymi ozdobami w miejscu, gdzie siedzi jeździec! Ewidentnie jest to siodło dla twardzieli. Ale za takich Mongołowie nas najwyraźniej nie uważali, ponieważ otrzymaliśmy wersje soft – sama drewniano-metalowa terlica przykryta gąbką w rodzaju siodełka od traktora. Jeden z właścicieli koni zapytany przeze mnie dlaczego jeżdżą w tak twardych siodłach, skoro mają też wersje z siodełkiem od traktora, powiedział, że mongolskie są: tradycyjnym narodowym siodłem, dużo wygodniejszym dla konia, kolorowe, pięknie ozdobione. RUSZYLIŚMY Nastał długo oczekiwany moment rozpoczęcia rajdu. Podobierane koniki do jeźdźców: chłopaki chcieli szybsze, dziewczyny wolniejsze, jakoś z tego wybrnęliśmy. Największą frajdą na początku okazały się galopy. Najpierw część grupy (już nie będę tu imiennie wspominać) oszczędzała konie, twierdząc, że ich szkoda, by już po 2 godzinach miało poganiać je linkami i zmuszać do galopu. Wszystko rozchodziło się o to, by być w Gwardii Przedniej. Prestiż, nobilitacja. Koniki, choć małe, ale niesamowicie wytrwałe, mocne i dzielne: potrafią galopować kilometrami, nawet po kamieniach (nie podkute). Takie konie mogła stworzyć tylko naturalna, stepowa hodowla. Dobiliśmy do kanionu po wyschniętej rzece, nasz obóz rozłożyliśmy na górze, nad urwiskiem, mając wspaniały i przerażający widok w dół. Ada tajemniczo chodziła po łąkach zbierając roślinki, okazało się, że znalazła dla nas zioła lecznicze: Huh degd – na kaszel Manjingaraw – na ból gardła Pierwsza rajdowa kolacyjka to Wojtkowy pomysł: makaron z sosem bolońskim i pieczonym bocz uszkiem. Pyszności. Ognicho natchnęło nas do śpiewów; repertuar był bardzo wyszukany – od piosenek biesiadnych, przez góralskie (oj tu było kilku specjalistów), rockowe, aż do Marleny Detrich (solówka Ani) i SDM (Olena). Jednak prawdziwym przebojem była tańczona przez Agę i Czesia kukaracza. Kiedy słowa śpiewanych piosenek ograniczyły się do 1 lub 2 pierwszych, był to znak do zakończenia imprezy. Poniedziałek w kroplach deszczu Wsiadanie na konie, czas odjazdu, a tu masz Ci los – Czesiek i Andrzej mają nieswoje konie. Szukanie, sprawdzanie, zamieszanie. Nawet niewinnej Ani chcieli odebrać rumaka. Okazało się, że po prostu zamieniono im siodła, a konie były te same. Deszczowy dzień był świetną okazją do wykorzystania naszych płaszczy, kurek i pałatek. Ja szpanowałam w pałatce, którą szef przewodników obwiązał mi w pasie uśmiechając się pod nosem. Grupa jednogłośnie stwierdziła, że wyglądam jak czekający na przytroczenie worek juczny. Nie tylko mój strój był rodem z balu przebierańców: Wojtek w swojej pałatce przypominał Gandalfa lub Czarnoksiężnika. Prezentując jeździecką modę przeciwdeszczową zajechaliśmy do jurtowiska na szlaku. Wzbogaciliśmy się o nowe smaki: potrawkę z suszonego mięsa baraniego i mąki – choć nie wyglądało apetycznie, znalazło się kilku śmiałków, żeby zjeść całą miseczkę. Śluby Tym razem ognicho było naprawdę wyjątkowe: obchodziliśmy polsko-mongolskie uroczystości zaślubin. Przewodnicy zaszczycili nas swoją obecnością na wieczorku, wznosili toast Erudment (czyli mongolskie „na zdrowie”), który otoczony jest rytuałem: na początku moczy się środkowy palec w kieliszku, następnie wskazuje się nim w 4 kierunkach, m.in. w stronę nieba, ziemi i dotyka czoła. Atmosfera zacieśniła się bardzo, aż zaczęliśmy organizować swatanie przyszłych małżonków. Zaczęło się od wybranka Agi –Bardziego, któremu Aga towarzyszyła na rajdzie, ponieważ jego koń miał wyjątkowo ozdobione ogłowie. Czyli był to ślub bezinteresowny. Kolejni nowożeńcy to: Olena i Zorgo (tu musze wspomnieć, że Olena na tę okazję ubrała del Ady, w którym wyglądała prześlicznie), Ania i szef przewodników, Ela i kolega szefa przewodników oraz na końcu prowokator swatania: Czesiek z naszą przewodniczką Adą (już bez dela). Acha, zapomniałam wyjaśnić słowa del: jest to narodowy strój mongolski, sięgający mniej więcej do kolan, przewiązany pasem koloru zielonego (kobiety) lub pomarańczowego (mężczyźni). W góry hej Pod względem jeździeckim odcinek dostarczył nam najwięcej emocji – z biegiem czasu nas stepowy, pagórkowaty krajobraz zmieniał się w coraz bardziej strome i podmokłe obszary. To był czas, kiedy mnie i Annę złapała nie dająca się odeprzeć wena wymyślania piosenki wyjazdowej. Muzyka – zapożyczona z „Hej sokoły” Słowa – Anna & Sylwia, spisane na świstku jadąc konno Weszliśmy w warstwę chmur: to tu rozstrzygają się kwestie opadów śniegu, deszczu itp. Na szczycie (ok. 2400m.) czekała nas ogromna śnieżyca, mróz, co zwiększało satysfakcję zdobycia tego miejsca. Schodziliśmy prowadząc koniki, które z każdą chwilą zaskakiwały mnie bardziej: ich umiejętność chodzenia po górach), odporność na mróz i zmęczenie czynią je jedną z najbardziej wytrzymałych ras na świecie. Modrzewiowe lasy mijane przez nas przybierały już pastelowych, jesiennych kolorów. To tu mieszkają hodowcy reniferów Catami w drewnianych szałasach w kształcie indiańskiego tipi z paleniskiem pośrodku. Ostatnia prosta to szaleńczy pościg w stronę jeziora. Chubsuguł to kolejny cud natury: jego barwy przechodzą do błękitu przez zieleń, turkus, fiolet aż do czerwieni (od pływających listków). Środa plażowa Wyruszyliśmy z obozowiska jak zawsze rankiem, czyli o 12, ale tym razem mijany krajobraz był zupełnie inny: po prawo jezioro, po lewo góry, a przed nami łąki i lasy do galopad. Dojeżdżając z Anną do Gwardii Przedniej, która oczywiście dawno nas wyprzedziła okazało się, że chłopaki napalili już ognisko postojowe. Poszłyśmy z Oleną fotografką na ubocze, przebrałyśmy się w nasze stroje kąpielowe, a tu ni stąd ni zowąd zaczęli pojawiać się chłopaki żądni zdjęć z nami. Dało to początek sesji w bikini nad jeziorem, w temperaturze ok. 5 stopni. Stylistą modelek był Staszek i zaczęły się pojawiać wersje w czapce i szaliku, w strojach kowbojskich, z Oleną i chłopakami ubranymi jak na Syberię. Andrzej nawet wciągnął nas do lodowatej wody… ”Bo trzeba twardym być, twardym!” jak to mówią chłopaki. Obozowisko okazało się być w przecudnym miejscu na skarpie, przy wpadającej do Chubsugułu. Nawet nie zauważyliśmy braku Wojtka w grupie, aż do czasu, kiedy pojawił się pędzący koń z siodłem pod brzuchem i czymś co ciągnęło się za nim. Wszyscy zamarli w bezdechu. Gdy koń dobiegł bliżej zobaczyliśmy, że coś, co powiewa to tylko kurtka. Ale takim razie gdzie jest Wojtek? Po chwili wynurzyła się z lasu postać, uśmiechnięta od ucha do ucha, idąca żwawym krokiem. To on. Już wiedział, że będzie musiał przyznać, że jest dupa a nie jeździec, wypić za zdrowie swoje konia, a my za jego upadek. I tak też się stało przy wieczornym ognisku. To nie był koniec ogniskowych wrażeń: miałyśmy z Anną występ przed grupą, podczas którego śpiewałyśmy wymyśloną przez nas pioseneczkę. Czwartek – brzegiem jeziora Tego dnia mieliśmy kilka rewelacji smakowych na kolację: jedną z nich były rybki kupione od rybaków przez Andrzeja. Ryby z jeziora Chubsuguł. Chłopaki wymyślili też ruszt pod patelnię z trójnogu, wypatroszyli ryby, a Wojtek ochotnik smażył nam rybki. Goniec Zorgo przywiózł w nocy (konno) kolejne rewelacje dla podniebienia: zamówiony specjalnie dla nas chleb i placki (ciepłe) z jurty. Mniam, niepowtarzalny smak lokalnego jedzenia. Staszek w odpowiedzi na naszą piosenkę z poprzedniego wieczora wygłosił prześmieszny odczyt trzynastozgłoskowcem/ No nie wiem co my byśmy bez tych chłopaków zrobili… Piątek – ostatni dzień rajdu. Gwardia Przednia przecierając trasę natknęła się na Mongoła – pustelnika żyjącego w lesie, nad brzegiem jeziora. Zostali poczęstowani chlebkiem i herbatą i uznając, że facet samotnie żyć nie może, chcieli handlować naszą Anię. Tranzakcja się nie powiodła, ponieważ ów pustelnik stwierdził, że ma tylko 1 łóżko… Dobiłam z przewodnikiem Bardzim do sklepiku, z ławeczką przy wejściu, kołkami do przywiązania konia i stolikiem na obiadek, gdzie siedziała grupa. Takiego utargu jak tamtego dnia to sklepik stepowy nie miał pewnie przez kilka miesięcy Wokół sklepu toczyło się życie towarzyskie: ktoś rozmawiał na ławeczce, ktoś podjechał na motorze na zakupy, inni przejeżdżając samochodem z całym dobytkiem m.in. taczkami na dachu podrzucili dostawę chleba, jaki spacerowały w tą i z powrotem. Obóz rozbiliśmy na zboczu i od razu z Anią przystąpiłyśmy do zbierania atrybutów na festiwal Naadam, a właściwie jego namiastkę w wydaniu kabaretowym. Festiwal składał się z 3 części: Wyścigi konne (u nas slalom wokół menażek z siodłem lub kompanem na plecach) Łucznictwo (rzucanie patykiem do puszek) Zapasy (trzymanie judo w na pałatkach – walczyły pary damsko-męskie z przeciwnych drużyn) Nie muszę raczej dodawać, ze przy każdej konkurencji, zarówno zawodnicy jak i kibice umierali ze śmiechu. Ostatni dzień rajdu Smutny był powrót do Hatgal, pożegnania z przewodnikami i końmi. Chubsuguł pożegnałyśmy myjąc głowy w jego mroźnej wodzie. Ruszyliśmy do Moron, gdzie czekał nas nocleg u kolejnej siostry Ady, a tam czym chata bogata: pierożki z baraniną i cebulką, dżemik, kompoty z owoców i sery. Dyskoteka w Moron – nie do opisania, za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. Rozkręciliśmy 2 dyskoteki, nie mając pojęcia ile siły, energii i radości życia jest w nas. Trzy dni przez step dostarczyły nam kolejnych wrażeń, m.in.: podpatrzenie jak doi się klacz, zakupu siodła przez Andrzeja, , śniegu o poranku, pchania kieratu dla uzyskania wody na stepie. Ostatnia noc na stepie zmotywowała mnie z Anną do noclegu pod gołym niebem. Śpiworki, ognicho dawały nam dużo ciepła, ale i tak część męska grupy odczuwając silną potrzebę opieki nad nami, dowartościującą ich męskie ego, przykrywali nas pałatkami, dokładali do ogniska. Oj chłopaki, chłopaki. Powrót Początkowo grobową atmosferę powrotu przerwała Ada puszczając polską kasetę z przebojami lat ’60 i ’70. Co się działo! Tańce, hulanki, swawole! Nie przerwał tego nawet wjazd do Parku Narodowego Khustain, gdzie mieliśmy oglądać konie Przewalskiego na wolności. Rozkrzyczana ekipa wypadła przed busa śpiewając i tańcząc przy rurze od słupa parkingowego! Podeszła do nas Mongołka mówiąca po polsku i stwierdziła, że tylko Polacy mają taki temperament. Po dojechaniu do Ułan Bator ruszyliśmy w szał zakupów na bazarku. To było miejsce nieskończone! Buty, czapki, dele, siodła, biżuterię, noże – kupowaliśmy wszystko, co było do kupienia! Pełnia kolorów, tłoku, pośpiechu i (czasami) złodziei. Bazar. A wieczorem… Dyskoteki Ułan Bator nasze! Jak już je pozamykali, pojechaliśmy taksówką (w 10os.) na kebaba. Szkoda było marnować tej ostatniej nocy na spanie. Żal, żal za Mongolią…
no to teraz musimy wypróbować twoje mongolskie siodło ;-) może na Bryczku?