Okej, zacznijmy od tego, że jeżdżę od około roku. Lecz w dużych odstępach czasu; na początku jeździłam regularnie od grudnia do marca, potem zaczęłam znowu jeździć w lipcu i skończyłam dwiema nieprzyjemnymi sytuacjami we wrześniu. Problemy zaczęły się w sierpniu. Jeździłam z koleżanką, ona pierwsza na klaczy ja druga na wałachu (ten wałach miał nieciekawą przeszłość i często lubił robić różne ,,psikusy" jeźdźcom). Nie byłam jeszcze gotowa na jazdę na nim, lecz nie miałam innego wyboru bo spokojna klacz na której jeździłam się rozchorowała. Jeszcze między wierszami dodam, że gdy ta klacz zachorowała zostały tylko 2 konie do jazdy na jakieś 10/15 osób dziennie... po prostu były strasznie zmęczone. Ok, zacznijmy od pierwszej nieprzyjemnej sytuacji która mnie spotkała. Właśnie zaczęłam stępować za koleżanką na przydzielonych nam koniach, klacz przede mną na której siedziała moja koleżanka się spłoszyła. Wałach na którym siedziałam w ślepo za nią. Koleżanka spadła, a ja nigdy nie galopując w ten oto sposób zaliczyłam swój pierwszy galop. Nie wiedziałam co się dzieje, złapałam się siodła i starałam się utrzymać. W pewnym momencie się zachwiałam ale nie spadłam. Wsiadłam potem znowu i już było ok. Po ok. 2 tygodniach znowu przyjechałam na jazdę. Gdy wsiadłam na wałacha, instruktor mi pokazał ,,jak mam mu dawać bata" i klepnął go po zadzie 4 razy batem. A że ten koń bał się bata to już czułam co się święci... zaczął chodzić po całej ujeżdżalni i się mnie nie słuchał, gdy spróbowałam zakłusować dając mu kilka łydek nie reagował, więc dałam mu bata. Pogalopował kilka fuli (przepraszam jeśli źle napisałam) i pokłusował przez pół ujeżdżalni. Anglezowałam a łzy spływały mi po policzkach. Jeszcze po tym jak pogalopował instruktor powiedział, że to był tylko kłus. Chciałam zakłusować, ale nie używając bata. Oczywiście wałach jak to panienka z humorkami nie chciał zakłusować. Do końca jazdy stępowałam. I od tamtego czasu nie było mnie w stajni. Tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu nie chcę jeździć na tych ,,opętanych'' kucykach i czekam aż spokojna klacz wyzdrowieje. I tak od 4 miesięcy nie było mnie w stajni. Ale wiem, że nie chcę na pewno do niej wrócić, bo jest tam kompletny brak odpowiedzialności i ostatnio ten wałach na którym jeździłam jest tak zamęczany, że nie wiem czy gdzieś tego nie zgłosić...
Też tak miałam... Tylko że ja jeździłam na wałachu który przy kłusie nagle skręcał mi do środka. Skończyło się na tym że zmieniłam stajnię gdzie instruktorzy są bardziej odpowiedzialni. Może ty też spróbuj poszukać innej stajni w twoich okolicach? 10-15 jazd dziennie na dwa konie. Ja raczej bym to gdzieś zgłosiła. Mam nadzieję że pomogłam :) pozdrawiam<br>
Miałam podobnie, tylko że instruktorka kazała mi przyspieszyć, coś spłoszyło konia na którym byłam. Ogier zaczął galopować i zrzucił mnie. Uderzyłam o ziemię, straciłam przytomność i obudziłam się w szpitalu. Przez rok nie miałam styczności z żadnym koniem, nawet małym kucykiem. Po roku zmieniłam stajnie i przełamałam strach.Na twoim miejscu bym zgłosiła to do właściciela stajni, żeby go zwolnił za nie odpowiedzialność, lub coś.
Ja miałam inną sytuacje, ale mogę się podzielić historią jak sobie poradziłam ze strachem. Trafiłam do cudownej instruktorki, której po prostu nie spieszyło się i nie "śliniła" się na widok pieniędzy, brała i nadal bierze tyle, żeby utrzymać konie i siebie, nic poza tym. Radzę powoli wracać do jazdy, ja np. przez 2 lata, każdą jazdę zaczynałam na lonży, a dopiero po przezwyciężeniu początkowego lęku, kłusowałam, nawet galopowałam (potrafię) samodzielnie. Odczuwania jakiegokolwiek lęku na jazdach, pozbyłam się dopiero rok temu, kiedy zachorowałam na depresje, ale to inna historia.<br>Życzę powodzenia i trzymam kciuki
Okej, zacznijmy od tego, że jeżdżę od około roku. Lecz w dużych odstępach czasu; na początku jeździłam regularnie od grudnia do marca, potem zaczęłam znowu jeździć w lipcu i skończyłam dwiema nieprzyjemnymi sytuacjami we wrześniu. Problemy zaczęły się w sierpniu. Jeździłam z koleżanką, ona pierwsza na klaczy ja druga na wałachu (ten wałach miał nieciekawą przeszłość i często lubił robić różne ,,psikusy" jeźdźcom). Nie byłam jeszcze gotowa na jazdę na nim, lecz nie miałam innego wyboru bo spokojna klacz na której jeździłam się rozchorowała. Jeszcze między wierszami dodam, że gdy ta klacz zachorowała zostały tylko 2 konie do jazdy na jakieś 10/15 osób dziennie... po prostu były strasznie zmęczone. Ok, zacznijmy od pierwszej nieprzyjemnej sytuacji która mnie spotkała. Właśnie zaczęłam stępować za koleżanką na przydzielonych nam koniach, klacz przede mną na której siedziała moja koleżanka się spłoszyła. Wałach na którym siedziałam w ślepo za nią. Koleżanka spadła, a ja nigdy nie galopując w ten oto sposób zaliczyłam swój pierwszy galop. Nie wiedziałam co się dzieje, złapałam się siodła i starałam się utrzymać. W pewnym momencie się zachwiałam ale nie spadłam. Wsiadłam potem znowu i już było ok. Po ok. 2 tygodniach znowu przyjechałam na jazdę. Gdy wsiadłam na wałacha, instruktor mi pokazał ,,jak mam mu dawać bata" i klepnął go po zadzie 4 razy batem. A że ten koń bał się bata to już czułam co się święci... zaczął chodzić po całej ujeżdżalni i się mnie nie słuchał, gdy spróbowałam zakłusować dając mu kilka łydek nie reagował, więc dałam mu bata. Pogalopował kilka fuli (przepraszam jeśli źle napisałam) i pokłusował przez pół ujeżdżalni. Anglezowałam a łzy spływały mi po policzkach. Jeszcze po tym jak pogalopował instruktor powiedział, że to był tylko kłus. Chciałam zakłusować, ale nie używając bata. Oczywiście wałach jak to panienka z humorkami nie chciał zakłusować. Do końca jazdy stępowałam. I od tamtego czasu nie było mnie w stajni. Tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu nie chcę jeździć na tych ,,opętanych'' kucykach i czekam aż spokojna klacz wyzdrowieje. I tak od 4 miesięcy nie było mnie w stajni. Ale wiem, że nie chcę na pewno do niej wrócić, bo jest tam kompletny brak odpowiedzialności i ostatnio ten wałach na którym jeździłam jest tak zamęczany, że nie wiem czy gdzieś tego nie zgłosić...
Też tak miałam... Tylko że ja jeździłam na wałachu który przy kłusie nagle skręcał mi do środka. Skończyło się na tym że zmieniłam stajnię gdzie instruktorzy są bardziej odpowiedzialni. Może ty też spróbuj poszukać innej stajni w twoich okolicach? 10-15 jazd dziennie na dwa konie. Ja raczej bym to gdzieś zgłosiła. Mam nadzieję że pomogłam :) pozdrawiam<br>
Miałam podobnie, tylko że instruktorka kazała mi przyspieszyć, coś spłoszyło konia na którym byłam. Ogier zaczął galopować i zrzucił mnie. Uderzyłam o ziemię, straciłam przytomność i obudziłam się w szpitalu. Przez rok nie miałam styczności z żadnym koniem, nawet małym kucykiem. Po roku zmieniłam stajnie i przełamałam strach.Na twoim miejscu bym zgłosiła to do właściciela stajni, żeby go zwolnił za nie odpowiedzialność, lub coś.
Ja miałam inną sytuacje, ale mogę się podzielić historią jak sobie poradziłam ze strachem. Trafiłam do cudownej instruktorki, której po prostu nie spieszyło się i nie "śliniła" się na widok pieniędzy, brała i nadal bierze tyle, żeby utrzymać konie i siebie, nic poza tym. Radzę powoli wracać do jazdy, ja np. przez 2 lata, każdą jazdę zaczynałam na lonży, a dopiero po przezwyciężeniu początkowego lęku, kłusowałam, nawet galopowałam (potrafię) samodzielnie. Odczuwania jakiegokolwiek lęku na jazdach, pozbyłam się dopiero rok temu, kiedy zachorowałam na depresje, ale to inna historia.<br>Życzę powodzenia i trzymam kciuki