Najpierw wiedza, a potem koń Aneta Wielgus (artykuł ten napisałam dla KONIA POLSKIEGO który został opublikowany w numerze 07.2011) Czy egzaminy na odznaki jeździeckie PZJ są prowadzone rzetelnie? Kto ma uczyć początkujących nie tyle jazdy konnej, ile tego, jak postępować z końmi? Czy ludzie, którzy nic bądź niewiele wiedzą o koniach, powinny w ogóle kupować konie? Prowadzę z mężem na Mazowszu małą agroturystykę konną, a także pensjonat dla koni. Z naszych usług korzystają różni ludzie - zarówno dzieci, jak i dorośli. Niedawno miałam grupę dziewcząt w wieku od 14 do 17 lat. Przed feriami, które dziewczynki te miały spędzić u nas, zapytały mnie, czy w ramach czasu wolnego od jazdy konnej mogę im poopowiadać coś na temat życia koni, jazdy itd. itp. Zgodziłam się wypełnić im czas wolny w taki sposób. Pierwsze zajęcia rozpoczęłam pytaniem: - Drogie dziewczęta, co możecie mi powiedzieć na temat koni, ich sposobu życia, żywienia, pracy? Zapadła cisza... - No jak to, macie własne konie, niektóre z was także brązowe odznaki i nie macie mi nic do powiedzenia na temat tak fascynujących zwierząt? - zapytałam ze zdziwieniem. - Dobrze, dam wam 20 minut na to, żebyście miedzy sobą podzieliły się wiedzą na ten temat. Zostawiłam je i poszłam zajrzeć do komputera w poszukiwaniu pomocy w najprostszej wersji: pytań do brązowej, srebrnej i złotej odznaki. Podpierałam się też książkami: "Zasady jazdy konnej. Podstawowe wyszkolenie jeźdźca i konia”, "Mowa ciała koni”, "Koń i jego potrzeby”, oraz latami zdobywaną wiedzą własną. Gdy dochodziłam do pokoju słyszałam, że panuje tam martwa cisza. Pomyślałam wtedy: "Matko kochana! Mając, własne konie i odznaki jeździeckie nie mają sobie nic, totalnie nic, do przekazania”! Gdy weszłam, cisza trwała nadal, a dziewczyny zerkały tylko jedna na drugą, uśmiechając się. - Dobrze - rzekłam - co zatem możecie mi powiedzieć? Co wiecie o swoich pupilach? - No, że... są roślinożerne, jedzą siano i owies... Jeździ się na nich w dyscyplinach typu skoki, ujeżdżenie - odpowiedziała jedna z nich. - I co, to już wszystko? - zapytałam. - Chyba tak... - usłyszałam. - To jak wy zdałyście te odznaki?! - No bo były tylko proste pytania, a jak się nie znało odpowiedzi, to zadawali następne - odpowiedziały dziewczyny. Szczerze mówiąc, załamałam się... Zaczęłam z nimi przerabiać pytanie po pytaniu, zmuszając je do myślenia. Pracowałyśmy tak po 4 godziny dziennie, ponadto powtarzałyśmy te wszystkie pytania przy porannych wachtach pielęgnacyjnych i pracach porządkowych w stajni. Niestety, w tak krótkim czasie nie udało nam się przerobić wszystkiego. Dziewczyny, chociaż widzą mnie co tydzień, miały łzy w oczach, kiedy rodzice pakowali je do samochodów. Cieszę się, że wyjechały z jakąś wiedzą teoretyczną i praktycznymi umiejętnościami. Umówiłyśmy się, że teraz zawsze, gdy będą przyjeżdżać, to będziemy to kontynuować, a nie tylko trenować jazdę. Nie znam się na tym olejną ciekawostką są ludzie, którzy trzymają konie w pensjonacie. Jedną z klaczy znam od 4 lat. Przygoda z nią zaczęła się w prywatnej hodowli koni arabskich, gdzie pracowałam. Mój były szef poinformował mnie, że do stada jego prywatnych koni dołączy jeszcze jeden - klacz arabska w wieku ok. 3 lat. Pomyślałam, że mamy 36 koni, więc jeden więcej czy mniej nie robi mi różnicy. Klacz przywieziono do stadniny na środkach uspokajających; wypuszczona z przyczepy transportowej wybiegła do stada tamtejszych koni jak oszalała. Była spocona ze stresu i od upału, miała poskręcaną, nie rozczesywaną grzywę i ogon. Jej właściciel poinformował mnie, że to koń, który był "wolno żyjący” i jej kontakt z człowiekiem jest marny. Jednym słowem, trzeba ją "zrobić”. Zdziwiona zapytałam: - Zrobić?... - No tak - odpowiedział - nauczyć ją wszystkiego od podstaw i zajeździć. - Aha... - odparłam totalnie zaskoczona, ale pomyślałam, że to w końcu nie pierwszy i nie ostatni koń do "zrobienia”. Zapytałam właściciela, jak długo ma tego konia i jaki miał z nim kontakt do tej pory. Okazało się, że kupił klacz, gdy skończyła 6 miesięcy, dla swojej znajomej, żeby "wzmocnić relacje”. Do tej pory arabka była u jakiegoś znajomego, 130 km od Warszawy, na zielonych łąkach. - To czemu ją zabraliście? - zapytałam. - Bo zlikwidował stajnię, nie opłacała mu się - odpowiedział - A jak często widywałeś konia i czy ktoś z nim już pracował? - No, ten znajomy miał się nią zajmować, ale wiecznie nie miał czasu. Ja jeździłem do niej raz w miesiącu, albo rzadziej. Raz, że daleko była, a dwa - po prostu nie znam się na tym - powiedział. Ręce mi opadły. Żal mi było tej klaczy. Przyszedł wieczór, a jej szaleństwo i rozpacz trwały. Zaczęliśmy spędzać konie do stajni, ale ona nie dała się zagonić, choć czekał na nią przygotowany boks i kolacja w żłobie. Próbowaliśmy zachęcić ją do wejścia wiaderkiem z owsem, ale nawet nie zerkała na nie. Próby podejścia i schwytania za kantar kończyły się stawaniem dęba ze mną uwieszoną na kantarze. Biegaliśmy tak za nią do godz. 23, a w końcu zostawiliśmy na noc na wybiegu, z zapasem wody i siana. Taka sytuacja trwała kilka dni, aż kiedyś w końcu klacz wpadła do stajni przy spędzaniu koni i udało się zagnać ją do boksu. Odtąd wiedziała, że to jej miejsce. Z czasem przyszły próby głaskania i oswajania jej, potem czesania, prowadzenia i pracy z ziemi. Długo to trwało. Niestety, pewnego wrześniowego dnia mój szef oświadczył, że koń wyjeżdża... Niebawem ja też stamtąd odeszłam razem z moim koniem. Jakiś czas potem spotkałam właściciela arabki. Narzekał na stajnie, w których stała. Opowiedział o nieudolnych próbach zajeżdżenia klaczy - w ostrogach, bo zrzucała ludzi próbujących ją poskromić. Te opowieści zmroziły mi krew w żyłach, zaproponowałam wiec, że ponieważ i ja po raz kolejny muszę przenieść swojego konia do innej stajni, to może byśmy wstawili je do jednej, bo się znają i lubią. I tak uczyniliśmy. Potem mój Niuniek uległ w tej stajni poważnemu wypadkowi - omal nie stracił oka, o czym właściciel pensjonatu nawet nie raczył mnie poinformować. Kolejna zmiana stajni, i następna... Arabka i Niuniek nie rozstawali się, klacz przy nim coraz bardziej łagodniała, pomimo tego że mój koń był ogierem. Konie chodziły na jednym padoku, odseparowane od stada, czego nie mogli rozumieć pracownicy. Postanowili rozdzielić je bez mojej zgody... To był ostatni pensjonat u obcych ludzi. Miałam dość, postanowiłam założyć z mężem własną stajnię. Konie do dziś są razem, arabka bardzo się uspokoiła i wyciszyła. Niestety, nastawienie i zainteresowanie jej właściciela nadal nie są poprawne - widuje klacz, gdy przyjeżdża uiścić pieniądze za pensjonat. I żadnych pozytywnych relacji między nimi nie ma. Znudziły się wnuczce Kucka Karina i jej 2-letni syn Kongo trafiły do mnie przypadkiem. Któregoś dnia przy bramie kręcił się nieśmiało facet z 9-letnią dziewczynką. Kiedy zapytałam, o co chodzi, opowiedział mi o koniach, które znudziły się jego wnuczce i chce się ich pozbyć, najlepiej sprzedać za jakąś symboliczną sumę. Proponował... 2 zł - tak, tak, 2 zł! Niewiele myśląc zgodziłam się i poprosiłam, żeby zawieźli mnie do koni, bym mogła zobaczyć, co nabyłam. Kuce stały w ciemnej stajni, na półmetrowej warstwie gnoju, w poobgryzanych boksach. Miały zapyziałą pozlepianą sierść, nie wypuszczano ich na padok od jesieni, a karmione były co drugi dzień, jak ktoś przyjechał sprawdzić czy stajnia jeszcze stoi, bo była pozostawiona bez opieki. Obraz nędzy i rozpaczy. Zabrałam klacz i źrebaka jeszcze tego samego dnia, doprowadzenie ich do "stanu używalności” trwało cztery miesiące! Smutne jest to, że koń posłużył dziecku jako zabawka - pobawiło się i znudziło, a dorośli... Brak mi słów na ten temat, jak też na temat warunków chowu tych koni. Wielki jest, można jeździć! Innym razem zadzwonił do mnie człowiek, który powiedział, że jedzie do nas z koniem. Zapytałam go, czy widział naszą stajnię i warunki, jakie oferujemy. Stwierdził, że nie, ale dobrze będzie. No cóż, zobaczymy co z tego wyniknie... Pod bramę zajechał samochód z jednokonną przyczepą. W środku stał mały źrebak uwiązany do barierki sznurkiem za szyję! Zapytałam, w jakim jest wieku, a facet odparł, że 8 miesięcy. Kupił go za 1500 zł i jest to ogierek świeżo zabrany od mamy. Potem podszedł z nożem do przyczepy, otworzył drzwiczki i odciął koniowi sznurek z szyi, krzycząc do kolegi: - Otwieraj! Trap opadł... Źrebię wyskoczyło spocone i przerażone. Właściciel z uśmiechem na twarzy powiedział: - Kupiłem go dla córki, ona tak bardzo kocha konie. Za dwa miesiące będzie na nim jeździć! Zmroziło mnie, mój mąż spojrzał na mnie i powiedział do faceta: - Ten koń jest przecież za młody! - E tam, wielki jest, można jeździć! - odpowiedział właściciel. Zamurowało nas... Podpisaliśmy umowę stosowną do takich "przypadków”. Koń tymczasem przedostał się do stada, rozwalając wszystkie ogrodzenia po drodze... Dobrze, że reszta koni nie uciekła, bo były zbyt zaaferowane obroną przed intruzem. Zareagowaliśmy z mężem energicznie; chociaż byłam w 6. miesiącu ciąży rzuciłam się do łapania koni własnych, a następnie ogierka. A jego pan stał i cieszył się "jak głupi do sera” ze zniszczeń, jakie poczynił jego koń. Po złapaniu ogierka oświadczyłam właścicielowi, że moja stajnia nie jest właściwa dla jego konia i niech jak najszybciej poszuka innej. Następnego dnia koń protestował - nie jadł, nie pił, za to cały czas biegał spocony po boksie, nawołując matkę. Wieczorem staranował dziwi ze mną zapierającą się o nie, następnego dnia próbował zrobić to samo. Już bardzo zła poinformowałam przez telefon właściciela konia, żeby go stąd natychmiast zabierał. Pojawił się około południa z przyczepą i dwoma pomagierami oraz pretensjami, co ja chcę od takiego spokojnego konika. Aż się spocił, gdy zobaczył konia dosłownie "chodzącego po ścianach” i zniszczenia przez niego poczynione. Stwierdził, że już go pakują, a szkody pokryje... Załadunek trwał 4 godziny, nie obyło się bez weterynarza, który musiał podać źrebakowi "głupiego Jasia”. Najpierw jednak przez 2 godziny usiłowali konia jakoś przytrzymać i zablokować, żeby w ogóle udało się zrobić zastrzyk. Po dwóch "głupich Jasiach” koń wyjechał razem ze swoim zestresowanym właścicielem. Z koniem trzeba pracować! Inny przykład. Kochający dziadek kupił wnuczce klacz, wówczas 5-letnią (dziś ma 8 lat). Dziewczynka chciała mieć po prostu konika do kochania, do przytulania. Klacz była zupełnie "surowa”. Poprzednia właścicielka ponoć w międzyczasie zajeździła ją tak "na szybko”, "naturalem”, i wmawiała dzieciom, że dla konia tak jest lepiej. Przystosowywała też dziewczynę (16 lat) do tego typu jazdy i na tym koniec! Moja diagnoza: koń dający założyć siodło, wsiąść i jeździć na sobie, ale nie reagujący na dosiad, łydki - na nic, idzie tylko do przodu w reakcji na skakanie jej po grzbiecie. Dziewczyna też nie umiejąca jeździć, raczej trzymająca się na koniu. Błagała o pomoc w jego "zrobieniu” i popracowaniu nad jej umiejętnościami, a także w zdobyciu wiedzy na temat koni. Będzie się uczyć razem ze swoją klaczą. Swoją drogą, ludzie sprzedający takie konie dzieciom i innym nieświadomym osobom, robią niezły biznes! Trafiły do nas w pensjonat dwie klacze wielkopolskie - obie z temperamentem i brakiem respektu dla człowieka: 16-letnia, zniszczona w rekreacji, zaciągnięta w pysku matka oraz jej 2-letnia latorośl, przejmująca nawyki od mamy. Klacz sprzedano ludziom, którzy kupili ją córce - bo takie mieli marzenie: koń przystosowany do jazdy "naturalnej” i dziewczynka (której się wydaje, że umie tak jeździć). Źrebię pojawiło się 3 lata później. Ich 17-letnia właścicielka twierdziła, że jazda na starej klaczy jest katorgą, bo się nie słucha i robi pod jeźdźcem co chce. Podjęłam wyzwanie - osiodłałam, wsiadłam. W czasie jazdy okazało się, że to cwana kobyła i doskonale wyczuwa umiejętności jeźdźca. Ja nie miałam z nią żadnego problemu, za to jak wsiadła jej "pańcia”, to wyszło na jaw, że... jeździć nie potrafi. Wzięłam się więc za przystosowanie dziewczyny. Klacz pod siodłem była OK, ale kompletnie niewychowana: przepychała się, taranowała człowieka - doskonale zdawała sobie sprawę z własnej siły. Źrebak zachowywał się tak jak matka. Postawiłam sprawę jasno: po co im ten źrebak, skoro dziewczyna ledwo sobie radzi ze starszą klaczą, a młodej potrzebny jest ktoś do kochania i do pracy. Usłyszałam, że się przyzwyczaili i szkoda im sprzedać. Na moją odpowiedź, że trzeba zacząć z koniem pracować, rodzice stwierdzili, iż zajmą się klaczką, tylko proszą mnie o pomoc w nauce - i ich, i konia. Teraz razem z koniem pilnie uczą się pracy nad nim. Sami już potrafią zauważyć, jak taka praca zbliża i ile daje. A dziewczyna też coraz lepiej dogaduje się ze starszą klaczą i coraz więcej wie o koniu oraz o tym, jak się z nim obchodzić. Jak to zrobić? Dlaczego opowiedziałam te wszystkie historie? Co je łączy? Wniosek, jaki można z nich wysnuć, jest taki, że na ogół źle kończą się sytuacje, kiedy właścicielami koni stają się osoby, które nie mają o tych zwierzętach bladego pojęcia. Dlatego dobrze, iż PZJ wprowadził zasadę, że zanim się poczyni jakieś kroki na drodze kariery sportowej, najpierw trzeba zdać egzamin na odznakę jeździecką. Dobrze by jeszcze było, aby te egzaminy były rzetelne, aby nie wypuszczać osób, które wprawdzie mają odznakę, ale ich wiedza na temat koni jest nadal niezadowalająca. Ale jest problem znacznie poważniejszy: co zrobić z tymi, którzy kupują konie, nic o nich nie wiedzą, a nie zamierzają bądź nie muszą poddawać swojej wiedzy weryfikacji w postaci egzaminu na odznaki? Czy można wprowadzić obowiązek takiego egzaminu dla każdego, kto chce stać się właścicielem konia? Wiem, że to nierealne, ale pomarzyć można. Gdyby udało się wprowadzić jakieś tego typu zabezpieczenie, konie byłyby pomysłodawcy dozgonnie wdzięczne.
Najpierw wiedza, a potem koń Aneta Wielgus (artykuł ten napisałam dla KONIA POLSKIEGO który został opublikowany w numerze 07.2011) Czy egzaminy na odznaki jeździeckie PZJ są prowadzone rzetelnie? Kto ma uczyć początkujących nie tyle jazdy konnej, ile tego, jak postępować z końmi? Czy ludzie, którzy nic bądź niewiele wiedzą o koniach, powinny w ogóle kupować konie? Prowadzę z mężem na Mazowszu małą agroturystykę konną, a także pensjonat dla koni. Z naszych usług korzystają różni ludzie - zarówno dzieci, jak i dorośli. Niedawno miałam grupę dziewcząt w wieku od 14 do 17 lat. Przed feriami, które dziewczynki te miały spędzić u nas, zapytały mnie, czy w ramach czasu wolnego od jazdy konnej mogę im poopowiadać coś na temat życia koni, jazdy itd. itp. Zgodziłam się wypełnić im czas wolny w taki sposób. Pierwsze zajęcia rozpoczęłam pytaniem: - Drogie dziewczęta, co możecie mi powiedzieć na temat koni, ich sposobu życia, żywienia, pracy? Zapadła cisza... - No jak to, macie własne konie, niektóre z was także brązowe odznaki i nie macie mi nic do powiedzenia na temat tak fascynujących zwierząt? - zapytałam ze zdziwieniem. - Dobrze, dam wam 20 minut na to, żebyście miedzy sobą podzieliły się wiedzą na ten temat. Zostawiłam je i poszłam zajrzeć do komputera w poszukiwaniu pomocy w najprostszej wersji: pytań do brązowej, srebrnej i złotej odznaki. Podpierałam się też książkami: "Zasady jazdy konnej. Podstawowe wyszkolenie jeźdźca i konia”, "Mowa ciała koni”, "Koń i jego potrzeby”, oraz latami zdobywaną wiedzą własną. Gdy dochodziłam do pokoju słyszałam, że panuje tam martwa cisza. Pomyślałam wtedy: "Matko kochana! Mając, własne konie i odznaki jeździeckie nie mają sobie nic, totalnie nic, do przekazania”! Gdy weszłam, cisza trwała nadal, a dziewczyny zerkały tylko jedna na drugą, uśmiechając się. - Dobrze - rzekłam - co zatem możecie mi powiedzieć? Co wiecie o swoich pupilach? - No, że... są roślinożerne, jedzą siano i owies... Jeździ się na nich w dyscyplinach typu skoki, ujeżdżenie - odpowiedziała jedna z nich. - I co, to już wszystko? - zapytałam. - Chyba tak... - usłyszałam. - To jak wy zdałyście te odznaki?! - No bo były tylko proste pytania, a jak się nie znało odpowiedzi, to zadawali następne - odpowiedziały dziewczyny. Szczerze mówiąc, załamałam się... Zaczęłam z nimi przerabiać pytanie po pytaniu, zmuszając je do myślenia. Pracowałyśmy tak po 4 godziny dziennie, ponadto powtarzałyśmy te wszystkie pytania przy porannych wachtach pielęgnacyjnych i pracach porządkowych w stajni. Niestety, w tak krótkim czasie nie udało nam się przerobić wszystkiego. Dziewczyny, chociaż widzą mnie co tydzień, miały łzy w oczach, kiedy rodzice pakowali je do samochodów. Cieszę się, że wyjechały z jakąś wiedzą teoretyczną i praktycznymi umiejętnościami. Umówiłyśmy się, że teraz zawsze, gdy będą przyjeżdżać, to będziemy to kontynuować, a nie tylko trenować jazdę. Nie znam się na tym olejną ciekawostką są ludzie, którzy trzymają konie w pensjonacie. Jedną z klaczy znam od 4 lat. Przygoda z nią zaczęła się w prywatnej hodowli koni arabskich, gdzie pracowałam. Mój były szef poinformował mnie, że do stada jego prywatnych koni dołączy jeszcze jeden - klacz arabska w wieku ok. 3 lat. Pomyślałam, że mamy 36 koni, więc jeden więcej czy mniej nie robi mi różnicy. Klacz przywieziono do stadniny na środkach uspokajających; wypuszczona z przyczepy transportowej wybiegła do stada tamtejszych koni jak oszalała. Była spocona ze stresu i od upału, miała poskręcaną, nie rozczesywaną grzywę i ogon. Jej właściciel poinformował mnie, że to koń, który był "wolno żyjący” i jej kontakt z człowiekiem jest marny. Jednym słowem, trzeba ją "zrobić”. Zdziwiona zapytałam: - Zrobić?... - No tak - odpowiedział - nauczyć ją wszystkiego od podstaw i zajeździć. - Aha... - odparłam totalnie zaskoczona, ale pomyślałam, że to w końcu nie pierwszy i nie ostatni koń do "zrobienia”. Zapytałam właściciela, jak długo ma tego konia i jaki miał z nim kontakt do tej pory. Okazało się, że kupił klacz, gdy skończyła 6 miesięcy, dla swojej znajomej, żeby "wzmocnić relacje”. Do tej pory arabka była u jakiegoś znajomego, 130 km od Warszawy, na zielonych łąkach. - To czemu ją zabraliście? - zapytałam. - Bo zlikwidował stajnię, nie opłacała mu się - odpowiedział - A jak często widywałeś konia i czy ktoś z nim już pracował? - No, ten znajomy miał się nią zajmować, ale wiecznie nie miał czasu. Ja jeździłem do niej raz w miesiącu, albo rzadziej. Raz, że daleko była, a dwa - po prostu nie znam się na tym - powiedział. Ręce mi opadły. Żal mi było tej klaczy. Przyszedł wieczór, a jej szaleństwo i rozpacz trwały. Zaczęliśmy spędzać konie do stajni, ale ona nie dała się zagonić, choć czekał na nią przygotowany boks i kolacja w żłobie. Próbowaliśmy zachęcić ją do wejścia wiaderkiem z owsem, ale nawet nie zerkała na nie. Próby podejścia i schwytania za kantar kończyły się stawaniem dęba ze mną uwieszoną na kantarze. Biegaliśmy tak za nią do godz. 23, a w końcu zostawiliśmy na noc na wybiegu, z zapasem wody i siana. Taka sytuacja trwała kilka dni, aż kiedyś w końcu klacz wpadła do stajni przy spędzaniu koni i udało się zagnać ją do boksu. Odtąd wiedziała, że to jej miejsce. Z czasem przyszły próby głaskania i oswajania jej, potem czesania, prowadzenia i pracy z ziemi. Długo to trwało. Niestety, pewnego wrześniowego dnia mój szef oświadczył, że koń wyjeżdża... Niebawem ja też stamtąd odeszłam razem z moim koniem. Jakiś czas potem spotkałam właściciela arabki. Narzekał na stajnie, w których stała. Opowiedział o nieudolnych próbach zajeżdżenia klaczy - w ostrogach, bo zrzucała ludzi próbujących ją poskromić. Te opowieści zmroziły mi krew w żyłach, zaproponowałam wiec, że ponieważ i ja po raz kolejny muszę przenieść swojego konia do innej stajni, to może byśmy wstawili je do jednej, bo się znają i lubią. I tak uczyniliśmy. Potem mój Niuniek uległ w tej stajni poważnemu wypadkowi - omal nie stracił oka, o czym właściciel pensjonatu nawet nie raczył mnie poinformować. Kolejna zmiana stajni, i następna... Arabka i Niuniek nie rozstawali się, klacz przy nim coraz bardziej łagodniała, pomimo tego że mój koń był ogierem. Konie chodziły na jednym padoku, odseparowane od stada, czego nie mogli rozumieć pracownicy. Postanowili rozdzielić je bez mojej zgody... To był ostatni pensjonat u obcych ludzi. Miałam dość, postanowiłam założyć z mężem własną stajnię. Konie do dziś są razem, arabka bardzo się uspokoiła i wyciszyła. Niestety, nastawienie i zainteresowanie jej właściciela nadal nie są poprawne - widuje klacz, gdy przyjeżdża uiścić pieniądze za pensjonat. I żadnych pozytywnych relacji między nimi nie ma. Znudziły się wnuczce Kucka Karina i jej 2-letni syn Kongo trafiły do mnie przypadkiem. Któregoś dnia przy bramie kręcił się nieśmiało facet z 9-letnią dziewczynką. Kiedy zapytałam, o co chodzi, opowiedział mi o koniach, które znudziły się jego wnuczce i chce się ich pozbyć, najlepiej sprzedać za jakąś symboliczną sumę. Proponował... 2 zł - tak, tak, 2 zł! Niewiele myśląc zgodziłam się i poprosiłam, żeby zawieźli mnie do koni, bym mogła zobaczyć, co nabyłam. Kuce stały w ciemnej stajni, na półmetrowej warstwie gnoju, w poobgryzanych boksach. Miały zapyziałą pozlepianą sierść, nie wypuszczano ich na padok od jesieni, a karmione były co drugi dzień, jak ktoś przyjechał sprawdzić czy stajnia jeszcze stoi, bo była pozostawiona bez opieki. Obraz nędzy i rozpaczy. Zabrałam klacz i źrebaka jeszcze tego samego dnia, doprowadzenie ich do "stanu używalności” trwało cztery miesiące! Smutne jest to, że koń posłużył dziecku jako zabawka - pobawiło się i znudziło, a dorośli... Brak mi słów na ten temat, jak też na temat warunków chowu tych koni. Wielki jest, można jeździć! Innym razem zadzwonił do mnie człowiek, który powiedział, że jedzie do nas z koniem. Zapytałam go, czy widział naszą stajnię i warunki, jakie oferujemy. Stwierdził, że nie, ale dobrze będzie. No cóż, zobaczymy co z tego wyniknie... Pod bramę zajechał samochód z jednokonną przyczepą. W środku stał mały źrebak uwiązany do barierki sznurkiem za szyję! Zapytałam, w jakim jest wieku, a facet odparł, że 8 miesięcy. Kupił go za 1500 zł i jest to ogierek świeżo zabrany od mamy. Potem podszedł z nożem do przyczepy, otworzył drzwiczki i odciął koniowi sznurek z szyi, krzycząc do kolegi: - Otwieraj! Trap opadł... Źrebię wyskoczyło spocone i przerażone. Właściciel z uśmiechem na twarzy powiedział: - Kupiłem go dla córki, ona tak bardzo kocha konie. Za dwa miesiące będzie na nim jeździć! Zmroziło mnie, mój mąż spojrzał na mnie i powiedział do faceta: - Ten koń jest przecież za młody! - E tam, wielki jest, można jeździć! - odpowiedział właściciel. Zamurowało nas... Podpisaliśmy umowę stosowną do takich "przypadków”. Koń tymczasem przedostał się do stada, rozwalając wszystkie ogrodzenia po drodze... Dobrze, że reszta koni nie uciekła, bo były zbyt zaaferowane obroną przed intruzem. Zareagowaliśmy z mężem energicznie; chociaż byłam w 6. miesiącu ciąży rzuciłam się do łapania koni własnych, a następnie ogierka. A jego pan stał i cieszył się "jak głupi do sera” ze zniszczeń, jakie poczynił jego koń. Po złapaniu ogierka oświadczyłam właścicielowi, że moja stajnia nie jest właściwa dla jego konia i niech jak najszybciej poszuka innej. Następnego dnia koń protestował - nie jadł, nie pił, za to cały czas biegał spocony po boksie, nawołując matkę. Wieczorem staranował dziwi ze mną zapierającą się o nie, następnego dnia próbował zrobić to samo. Już bardzo zła poinformowałam przez telefon właściciela konia, żeby go stąd natychmiast zabierał. Pojawił się około południa z przyczepą i dwoma pomagierami oraz pretensjami, co ja chcę od takiego spokojnego konika. Aż się spocił, gdy zobaczył konia dosłownie "chodzącego po ścianach” i zniszczenia przez niego poczynione. Stwierdził, że już go pakują, a szkody pokryje... Załadunek trwał 4 godziny, nie obyło się bez weterynarza, który musiał podać źrebakowi "głupiego Jasia”. Najpierw jednak przez 2 godziny usiłowali konia jakoś przytrzymać i zablokować, żeby w ogóle udało się zrobić zastrzyk. Po dwóch "głupich Jasiach” koń wyjechał razem ze swoim zestresowanym właścicielem. Z koniem trzeba pracować! Inny przykład. Kochający dziadek kupił wnuczce klacz, wówczas 5-letnią (dziś ma 8 lat). Dziewczynka chciała mieć po prostu konika do kochania, do przytulania. Klacz była zupełnie "surowa”. Poprzednia właścicielka ponoć w międzyczasie zajeździła ją tak "na szybko”, "naturalem”, i wmawiała dzieciom, że dla konia tak jest lepiej. Przystosowywała też dziewczynę (16 lat) do tego typu jazdy i na tym koniec! Moja diagnoza: koń dający założyć siodło, wsiąść i jeździć na sobie, ale nie reagujący na dosiad, łydki - na nic, idzie tylko do przodu w reakcji na skakanie jej po grzbiecie. Dziewczyna też nie umiejąca jeździć, raczej trzymająca się na koniu. Błagała o pomoc w jego "zrobieniu” i popracowaniu nad jej umiejętnościami, a także w zdobyciu wiedzy na temat koni. Będzie się uczyć razem ze swoją klaczą. Swoją drogą, ludzie sprzedający takie konie dzieciom i innym nieświadomym osobom, robią niezły biznes! Trafiły do nas w pensjonat dwie klacze wielkopolskie - obie z temperamentem i brakiem respektu dla człowieka: 16-letnia, zniszczona w rekreacji, zaciągnięta w pysku matka oraz jej 2-letnia latorośl, przejmująca nawyki od mamy. Klacz sprzedano ludziom, którzy kupili ją córce - bo takie mieli marzenie: koń przystosowany do jazdy "naturalnej” i dziewczynka (której się wydaje, że umie tak jeździć). Źrebię pojawiło się 3 lata później. Ich 17-letnia właścicielka twierdziła, że jazda na starej klaczy jest katorgą, bo się nie słucha i robi pod jeźdźcem co chce. Podjęłam wyzwanie - osiodłałam, wsiadłam. W czasie jazdy okazało się, że to cwana kobyła i doskonale wyczuwa umiejętności jeźdźca. Ja nie miałam z nią żadnego problemu, za to jak wsiadła jej "pańcia”, to wyszło na jaw, że... jeździć nie potrafi. Wzięłam się więc za przystosowanie dziewczyny. Klacz pod siodłem była OK, ale kompletnie niewychowana: przepychała się, taranowała człowieka - doskonale zdawała sobie sprawę z własnej siły. Źrebak zachowywał się tak jak matka. Postawiłam sprawę jasno: po co im ten źrebak, skoro dziewczyna ledwo sobie radzi ze starszą klaczą, a młodej potrzebny jest ktoś do kochania i do pracy. Usłyszałam, że się przyzwyczaili i szkoda im sprzedać. Na moją odpowiedź, że trzeba zacząć z koniem pracować, rodzice stwierdzili, iż zajmą się klaczką, tylko proszą mnie o pomoc w nauce - i ich, i konia. Teraz razem z koniem pilnie uczą się pracy nad nim. Sami już potrafią zauważyć, jak taka praca zbliża i ile daje. A dziewczyna też coraz lepiej dogaduje się ze starszą klaczą i coraz więcej wie o koniu oraz o tym, jak się z nim obchodzić. Jak to zrobić? Dlaczego opowiedziałam te wszystkie historie? Co je łączy? Wniosek, jaki można z nich wysnuć, jest taki, że na ogół źle kończą się sytuacje, kiedy właścicielami koni stają się osoby, które nie mają o tych zwierzętach bladego pojęcia. Dlatego dobrze, iż PZJ wprowadził zasadę, że zanim się poczyni jakieś kroki na drodze kariery sportowej, najpierw trzeba zdać egzamin na odznakę jeździecką. Dobrze by jeszcze było, aby te egzaminy były rzetelne, aby nie wypuszczać osób, które wprawdzie mają odznakę, ale ich wiedza na temat koni jest nadal niezadowalająca. Ale jest problem znacznie poważniejszy: co zrobić z tymi, którzy kupują konie, nic o nich nie wiedzą, a nie zamierzają bądź nie muszą poddawać swojej wiedzy weryfikacji w postaci egzaminu na odznaki? Czy można wprowadzić obowiązek takiego egzaminu dla każdego, kto chce stać się właścicielem konia? Wiem, że to nierealne, ale pomarzyć można. Gdyby udało się wprowadzić jakieś tego typu zabezpieczenie, konie byłyby pomysłodawcy dozgonnie wdzięczne.