Reklama
  • jagienka2011-03-10 17:16:04

    Z tego względu, że tamto się już tak rozwineło, że nie ma już czego wymyślać więc rozpoczynam drugie.Pewnego dnia była sobie dziewczynka, która marzyła o własnym koniu...

  • qniareczka 2011-03-10 17:20:13

    (proszę piszmy o dobrych losach dla bohaterów, bo ja przedtem apelowałam, a wszyscy to najlepiej to chcieli, aby coś złego tylko było... pfff...) ... i na urodziny dostała...

  • Karolla 2011-03-10 17:43:48

    konio-zebre, dlatego, że uwielbiała zebry tak samo jak konie ;)

  • jagienka 2011-03-10 17:53:14

    chwile grozy też muszą być ;] 

  • Reklama
  • redakcja 2011-03-10 18:04:05

    no więc mała czy duża dziewczynka dostała go i wszyscy uchachani  lub uhahani byli i ;D

  • Karolla 2011-03-10 19:29:25

    koniozebra była bardzo mała. mimo tego skakała bardzo wysoko i słynęła z niezwykłej szybkości, odwagi i przywiązania do jeźdźca...

  • redakcja 2011-03-10 21:07:21

    Uwielbiała startować w zawodach z tą małą, jakże kochającą ją dziewczynką..

  • jagienka 2011-03-11 14:57:53

    ale pewnego razu koń wyłamał i...

  • Reklama
  • redakcja 2011-03-11 16:00:51

    [Co wyłamał???]Dobra... wyłamał ogrodzenie (najwyraźniej było próchniate XD) i pobiegł daleko, daleko, przez pola i łąki, gdyż bardzo lubił cwałować po otwartych przestrzeniach.

  • redakcja 2011-03-11 16:04:13

    Przebiegł przez drogę i potrąciła go ciężarówka wioząca konia do stajni,z której uciekł.;)(nie wiem czy było coś o jakiejś stajni,ale trudno; dajmy na to,ze było. !;D)

  • tala1992 2011-03-12 14:10:42

    Koniozebra mimo wypadku wstała, nic się jej nie stało, uciekła do innych koni, jak sie okazało mieszkał tam handlarz a konie tuczył i wywoził do rzeźni

  • tala1992 2011-03-15 21:50:25

    Halo, pisze tu ktoś??

  • Reklama
  • redakcja 2011-04-04 20:20:23

    Koniozebra jakoś uciekł, w ostatniej chwili. Po czym bardzo szybko pobiegł do...

  • Figaro 2011-04-05 19:51:50

    Moja córka wróciła pewnego dnia ze szkoły i ze smutkiem w głosie powiedziała: -Tatusiu, pani od religii mówiła dzisiaj, że zwierzęta nie potrafią kochać... Spojrzałem jej głęboko w oczy i mocno przytuliłem. Zrobiło mi się tym bardziej przykro, iż wiem jakim uczuciem darzy nasze psy i konia; jak bardzo one są do niej przywiązane... Cóż miałem jej odpowiedzieć? W tym momencie przypomniała mi się pewna historia! Był rok 1944, styczeń. Trwała jeszcze wojna. Na skraju Puszczy Białej, w miejscu od dawna przez ludzi zapomnianym, mieszkał stary człowiek. Zawierucha wojennarzuciła gdzieś w świat jego synów, a żona zmarła tuż po wybuchu wojny. Pozostał sam, oddając się całkowicie pracom w gospodarstwie. Jedyną radość stanowiły dla niego trzy konie, dwie dorodne klacze i 3,5 letni ogier, syn starszej z nich. Jak to jednak w życiu bywa , po jakimś czasie sytuacja zmusiła go do sprzedania obu klaczy. Nie miał z tym najmniejszego problemu, bowiem od dłuższego czasu wzbudzały one zainteresowanie łowczego, mieszkającego kilkanaście kilometrów dalej... Pozostali sami. Stary często polował, zapewniając tym samym środki na utrzymaniegospodarstwa. Przemierzał gęstwiny i parowy leśne w przeszukiwaniu pułapek ustawionych wcześniej. W tych wojażach zawsze towarzyszył mu koń. Kilometrowe wędrówki po puszczy wyrobiły w ogierze niezwykłą odwagę i wytrzymałość. Sierść miał gładką i lśniącą, a pod elastyczną skórą , niczym orkiestra symfoniczna, grały mięśnie... Podczas jednej z takich wędrówek, został dość poważnie ranny. Kula przeszyła mu obojczyk. Nie było czasu zastanawiać się, kto i skąd strzela...? Stary podczołgał się do ogiera i z trudem wdrapał na jego grzbiet. Koń powoli ruszył w kierunku domu. Niósł go tak, jakby wiedział,że wszystko zależy wyłącznie od niego. Dotarli do obejścia. W stajni Stary zdjął siodło i zamknął ogiera. Resztkami sił dotarł do domu i z trudem wdrapał na łóżko w kuchni. Siły go opuszczały. Wysoka gorączka, duża utrata krwi doprowadziły w końcu do śmierci! W stajni pozostał ogier.. Na próżno wypatrywał swojego pana. Raz po raz spoglądał w stronę drzwi i rżał z nadzieją. Ranek nie przyniósł niczego nowego. Przy kolejnym szarpnięciu pękło ogniwo łańcucha od uździenicy i choć nie mógł wydostać się na zewnątrz, to dzięki temu zyskał swobodny dostęp do beczki z wodą, która stała w drugim końcu stajni. Skończyło się siano, koń dojadał resztki słomy. Powoli opadał z sił. Stał się osowiały, lśniąca dotąd sierść zmatowiała. Skóra straciła elastyczność, odsłaniając żebra zwierzęcia. Jeszcze próbował wydobyć z siebie rżenie, jeszcze nasłuchiwał , ale na jego głos odpowiadały wyłącznie ściany budynku...Po jakimś czasie ucichł ... Powoli umierał...W tym samym czasie przez ostępy leśne podążał uciekinier z niemieckiego obozu pracy. Był wyczerpany. Wędrówka z zachodu trwała kilkanaście dni i ostro dała mu się we znaki.Zmierzał do swojej rodzinnej wsi, a droga przebiegała właśnie przez puszczę. Dotarł do zabudowań, przyczaił się. Przez dłuższą chwilę obserwował okolicę gospodarstwa i pilnie nasłuchiwał. Cisza...Podczołgał się bliżej. Nic...Żadnego ujadania psa, żadnych odgłosów .Odczekał jeszcze chwilę i ruszył w kierunku chałupy. Wszedł do środka . W nozdrza uderzył go niesamowity, słodki odór...W półmroku dostrzegł leżącą postać. Podszedł ostrożnie i stanął przy łóżku. Był przyzwyczajony do takich widoków, ale martwy wzrok gospodarza sprawił ,że ciało przybysza przeszył zimny dreszcz. Powoli schylił się i zamknął powieki mężczyzny... Po chwili usłyszał ciche rżenie. Dobiegało z budynku na drugim końcu podwórka. Opuścił kuchnię. Szybkim krokiem udał się w kierunku stajni. Otworzył drzwi..i...znieruchomiał. Koń, a właściwie coś co jeszcze niedawno koniem było, z trudnością uniósł głowę, zarżał i ledwie podnosząc nogi zbliżył się do człowieka. Podszedł , położył łeb na ramieniu mężczyzny i westchnął głęboko... Biedaku, jakich ty męczarni musiałeś doświadczyć..? Zaraz cię napoję i nakarmię..! To mówiąc, rozejrzał się. W kącie dostrzegł wiadro. W studni na podwórku nabrał wody i dał zwierzęciu. Pilnował, by nie piło zbyt łapczywie... Następnie rzucił ogierowi garść siana. Koń zaczął jeść. Był uratowany. . . .Mijały tygodnie. Człowiek i koń szybko nabierali sił. Zapasy żywności były wystarczające. Ogier codziennie był na wybiegu. Zawsze po szaleńczych galopadach podbiegał do mężczyzny, kładł swą prześliczną suchą głowę na jego ramieniu i rżał cichutko, zadowolony... Rodziła się między nimi silna, uczuciowa więź. Nadeszła wiosna . W przyrodzie następowały gwałtowne zmiany. Ze zdwojoną energią budziły się do życia zwierzęta i rośliny. Ptaki koncertowały już od wczesnych godzin, stawiając na nogi całą okolicę. Mężczyzna postanowił kontynuować przerwaną podróż. Zarówno jego jak i ogiera czekała trudna, pełna niebezpieczeństw droga. Puszcza dawała schronienie bandom opryszków i wielu innym „typom spod ciemnej gwiazdy”, którzy bez chwili zastanowienia mogli zabić drugiego człowieka... To ciągle był czas wojny. Wyruszyli bladym świtem. Koń był w świetnej formie. Wprost tryskał energią. Przebyli około 35 kilometrów. Ze względów bezpieczeństwa poruszali się z dala od jakichkolwiek wyznaczonych szlaków. Pokonywali gęste i podmokłe tereny, gdzie prawdopodobnie nigdy nie zapuściła się żadna dwunożna istota... O zmroku dotarli do dużej łąki, na której stały kilkuletnie, zapomniane stogi siana. Dawały ciepło i schronienie. Mężczyzna zsiadł z konia, rozsiodłał go i wytarł do sucha. Ogier zarżał i tradycyjnie położył łeb na ramieniu człowieka. Następnie zaczął skubać źdźbła młodziutkiej trawy. Wędrowiec zakopał się w sianie i natychmiast zasnął. W środku nocy obudził go przeraźliwy hałas. Pełne trwogi rżenie ogiera błyskawicznie podniosło poziom adrenaliny. W ciemności dostrzegł konia,który za wszelką cenę próbował wyrwać się z rąk jakiegoś intruza. W ułamku sekundy rzucił się na ratunek zwierzęciu. Jakaś postać zastąpiła mu drogę. Poczuł silne uderzenie w głowę i upadł. Przez chwilę słyszał jeszcze nawołujących się ludzi i kwik konia. Potem wszystko ucichło. Stracił przytomność... . . . Był czerwcowy poranek 1954 roku. Tego dnia Tadeusz Miączyński wybierał się do pobliskiego miasteczka. Dwa razy w miesiącu odbywały się tam duże jarmarki zwane przez chłopów „końskimi”. Podczas wojny władze okupacyjne zabraniały tego rodzaju działalności, więc teraz kto żyw ciągnął w kierunku miasteczka, by nadrobić tamten czas. Handlowano wszystkim! Największym zainteresowaniem cieszył się jednak plac ze zwierzętami gospodarskimi, a szczególnie końmi... Miączyński wstał około czwartej rano, cichutko ubrał się i wyszedł do stajni. Dwie prześliczne kare klacze przywitały go radosnym rżeniem. Nasypał koniom obroku. Kiedy zjadły, wyczyścił je i zaprzągł do lekkiej bryczki. Parę minut po siódmej był już na jarmarku. Znalazł dogodne miejsce przy parkanie i wyprzągł klacze. Z tyłu powozu miały świeże siano i wodę. Upewnił się jeszcze czy wszystko jest w należytym porządku i wolnym krokiem udał się w głąb targowiska. Środowisko krzykliwych handlarzy, głuche klaśnięcia „przybijanych”dłoni wieńczące transakcję, grudki ziemi wylatujące spod kopyt koni i przyśpieszone oddechy ich właścicieli, którzy starali się zaprezentować je z jak najlepszej strony,stwarzały niepowtarzalny, swojski klimat. Miączyńskiego znali wszyscy w okolicy. Był miłośnikiem i hodowcą koni. Cieszył się dużym uznaniem wśród rolników i innych hodowców , a z jego zdaniem liczyli się nawet Cyganie, którzy stanowili największa grupę wśród handlujących i z natury byli nieufni wobec „obcych”. Dochodziła jedenasta. Mężczyzna powoli zmierzał do swojej bryczki, gdy usłyszał mocne, niskie rżenie...Jakież ono było znajome..! Zatrzymał się i spojrzał przed siebie. W drugim końcu placu strasznie się kotłowało,a tłum ludzi w panice pierzchał na boki. W tej sekundzie dostrzegł karego konia, który galopował prosto na niego rżąc z podniecenia. Poznał go od razu. Ogier wrył się kopytami w ziemię, wyciągnął głowę i położył na ramieniu człowieka. Drżał. Miączyński ze łzami w oczach przesunął dłoń po czole zwierzęcia. Ogier chrapami musnął go po poliku... . . . Tadeusz Miączyński to mój dziadek. Opowiedział mi tę historię, gdy miałem dwanaście lat. Ogier spędził u niego resztę życia. Dożył 25 lat, zostawiając wspaniałe potomstwo. Zapytałem wtedy dziadka jak to było możliwe, że po dziesięciu latach zwierzę może pamiętać człowieka? Dziadek zamyślił się, a po chwili powiedział: -Widzisz, wnusiu, on mnie po prostu kochał!



Reklama
Reklama