Witam wszystkich Jakiś czas temu zaliczyłam pierwszy upadek z Mustanga (mój prywatny koń). Niestety był trochę niefortunny, wszystko działo się na samym początku jazdy. Jak wiadomo konie często przy podpinaniu popręgu wciągają powietrze, tak też zrobił Mustang. I jak tak sobie stępowaliśmy, to je wypuścił, popręg się zluzował, a siodło lekko przekrzywiło. Mustang się wystraszył i popędził przed siebie. Na nieszczęście siodło zaczęło się bardziej przekrzywiać i zleciałam na bok razem z nim. Mustang latał jeszcze z siodłem pod brzuchem i było widać, że nieźle się wystarczył. Gdy kilka dni później ponownie na niego wsiadłam od razu ruszył galopem. Nie szło go zatrzymać, gdy tylko działałam wodzami jeszcze bardziej przyspieszał, na dosiad w ogóle nie reagował. Jak miał już dość to przeszedł do stępu i dalej jakoś szło jazdę poprowadzić. Dwa dni później, czyli dzisiaj, znowu wsiadłam i było jeszcze gorzej. Ledwo nogę zdążyłam przełożyć juz wystartował jak z armaty. Jak zwolnił, to wystarczyło, że chciałam skręcić tam gdzie mu się nie spodobało, albo przejść do kłusa i od nowa. Nic nie mogłam z nim zrobić, kompletnie nic. Wydawało mi się, że po prostu na lekkie szturchnięcie wodzą od razu ruszał do przodu. Mogę przysiądz, że nigdy nie jeździłam z ciężką rękom, zawsze staram się stosować nawet luźniejszy kontakt, więc na pewno nie pochodzi to od urazu szarpania itp. Zresztą to wszystko pojawiło się po wcześniej opisanym upadku. Samego wydarzenia nie pamiętam, iż trochę oberwało mi się po głowie, ale bardzo możliwe, że go pociągnęłam. Jednak nie wydaje mi się, abym zrobiła to aż tak silnie, że mu jakiś uraz psychiczny został. Zajeżdżałam go, tak na prawdę nikt poza mną na nim nie jeździł, od samego początku nie był to koń wrażliwy w pysku, aż nagle reaguje na najmniejsze sygnały. Od początku nie wykazywał nadmiernej chęci ruchu do przodu, po prostu chodził jak chciałam, nigdy nie wyrywał do przodu, co najwyżej zwalniał. Był po prostu zrównoważonym, spokojnym koniem pod siodłem. Aż nagle nie idzie go zatrzymać, nie może dłużej niż kilka minut stępować... zaraz wyrywa do przodu. Muszę jeszcze jednak przyznać, że jest to dość wrażliwy koń na działania z zewnątrz. Chodzi tu np. jak go lonżuje z siodłem i tybinka poleci do góry, to jest rura do przodu. Nie podaje tylnich nóg, bo na sam dotyk zaczyna wierzgać, jak zakładam siodło to też zaczyna być niespokojny, w mniejszym stopniu, ale zawsze. Nigdy to nie niosło żadnych konsekwencji, szybko się uspokajał i wszystko było dobrze. Na prawdę nie miałam z nim nigdy żadnych problemów, aż do dnia wypadku. Na dzisiejszej jeździe, kiedy opadłam już z sił, przegoniłam go z siodłem, później dodatkowo założyłam jeszcze wypinacze, żeby tak jakby zasymbolizowały te mini szarpnięcia przez wodze. I tutaj nie wzbudził w sumie za dużego entuzjazmu. Później wzięłam go jeszcze na lonże, żeby tak konkretniej go zmęczyć. Ponownie wsiadłam i ponownie wszystko od nowa, mimo iż ledwo dyszał. Niby pod koniec jazdy już normalnie zakłusowałam i było wszystko wporządku, ale ciągle czułam, że jest niespokojny i gdyby tylko miał siły ruszyłby do przodu. Podejrzewałam również, że skojarzył to sobie z upadkiem, w takim sensie, że jak rusza to ja spadam, bo w takich okolicznościach to się odbyło. I jak nigdy nic chciał mnie po prostu ponownie zrzucić. Ale to się czuje, kiedy koń coś chce złośliwie zrobić... a ja mam zupełnie inne odczucia, jakby się po prostu czegoś bał. Właściwie można go tylko zatrzymać poprzez takie konkretne szarpanie, nic innego nie wchodzi w gre, jedynie czekanie aż sam przejdzie do stępa. Zarówno jedno i drugie nie jest żadnych wyjściem, do niczego nie prowadzi, a tylko do pogorszenia stanu... Ciągłe przeganianie, lonżowania, byle tylko opadł z sił również nie ma przyszłości... Nie wiem co robić, może macie jakieś pomysły? Mam nadzieję, że komuś chciało się to wszystko przeczytać do końca. Dziękuję za wytrwałość i liczę na waszą pomoc.
Wytrwałam do końca :)Na pewno ten wypadek z przekręceniem siodła odbił mu się na psychice. Wg mnie powinnaś wrócić do pracy od podstaw, tak jakbyś zaczynała go ponownie zajeżdżać. Czy masz kogoś kto mógłby Ci pomóc przy wsiadaniu na niego i lonżowaniu? Nie mam na myśli tu pierwszej lepszej osoby ale takiej, która na koniach się zna i nie boi się ich. Drugie moje pytanie, czy koń reaguje na komendy głosowe? To też Ci się przyda przy jego "restarcie" (nie ukrywajmy- koń nie reagujący na Twoje polecenia jest, prawdę mówiąc, jak świeżo zajeżdżony koń).Szkoda troszeczkę, że zabrałaś się sama do naprawy problemu, bo pomoc drugiej osoby, która Ci konia pomoże nastawić i uspokoić jest niezbędna. Nie opanujesz go sama skoro puszcza się galopem i nie reaguje na pomoce. Teraz uspokojenie konia będzie trwało dłużej, bo niestety przez ten czas zdążył już nabyć złych cech.
Hmm.. w prawdzie jest pare osób, które mogłyby mi pomóc, ale to raptem 1-2 razy w tygodniu, a nie codziennie. Mam własną stajnie kilka metrów od domu i niestety ciężko w okolicy o kogoś obytego przy koniach. Na komendy głosowe reaguje bardzo dobrze. Na lonży nawet bat mi nie jest potrzebny, bo wszystkie polecenia głosowe wykonuje bez zarzutów. Ale jak mówiłam, kiedy szaleje pod siodłem, nic go już nie obchodzą. Jednak przed tym upadkiem, pod siodłem też na wszystko reagował, wręcz uspokajała go moja mowa, a teraz śladu po tym nie widać. Znaczy, w prawdzie nie naprawiałam problemu, bo tak jakby jeździłam tylko dwa razu od czasu upadku. Pierwsza jazda, nie wydawała mi się podejrzana, myślałam, ze po prostu ma za duzo energi w sobie. Dopiero na drugiej wyszło szydło z worka. I gdyby nie ta druga jazda to samego problemu bym nie znała, więc nie miałam nawet kiedy zabrać się za jego naprawę.
No cóż, nie widzę nic innego jak zacząć zajeżdżanie od nowa, na spokojnie, stopniowo. Szkoda tylko, że tak rzadko masz dostęp do pomocników.A powiedz mi jeszcze jedną rzecz, czy po tym wypadku masz wrażenie, że koń Ci mniej ufa? Coś się zmieniło w jego zachowaniu?
Właśnie nie, nic nie zmieniło się w jego zachowaniu na ziemi w stosunku do mnie. Chodzi za mną na wybiegu, opuszcza głowę podczas lonżowania... daje się lonżować na prawdą stronę, co kiedyś było niemożliwe, gdyż kiedy tylko chciałam zmienić kierunek, cofał się, wspinał, dzisiaj nie mam z tym problemów.
A ja mam takie pytanie, wsiadłaś na niego jak już wstałaś z ziemi? Koń bez wątpienia ma uraz psychiczny. Znam podobny przypadek, też z siodłem pod brzuchem, jakaś idiotka przy wsiadaniu nie dopięła popręgu i wiadomo co się stało. Przerażona klacz uciekła prosto do stajni, przeskakując przy tym ogrodzenie z tym siodłem. Dziś już chodzi normalnie, aczkolwiek kosztowało to bardzo wiele pracy. Po pierwsze musisz odbudować zaufanie konia do siodła i jeźdźca w nim. W tym wypadku gdy wsiadasz- ktoś Ci na początku musi go przytrzymać. I to konkretnie, żeby nie uciekł do przodu. A sama wsiadaj z podwyższenia, bardzo powoli i delikatnie. Jak już wsiądziesz, posiedź trochę, uspokój konia, posmyraj, itd. Nie ruszaj, dopóki się nie uspokoi. Na początek proponowałabym tylko stęp, może nawet żeby Cię ktoś poodprowadzał na nim, albo żeby go ktoś polonżował z Tobą na grzbiecie w stępie. Niestety musisz wrócić do podstaw. Dopóki nie będzie stał przy wsiadaniu, i nie będzie spokojny w stępie pod siodłem i Tobą- to dalej nie ma co iść. Lonżowanie go, żeby się zmęczył, jak dla mnie nie ma sensu. Bo to nie nadmiar energii sprawia, że ucieka.
Nie wsiadłam, gdyż konkretnie uderzyłam o ziemię i po prostu stan fizyczny mi nie pozwalał. Zaczne z nim wszystko od nowa, dzisiaj niestety nie mam możliwości, aby zacząć, bo przez cały dzień pada... Jednak jutro jak pogoda pozwoli, wezmę się do pracy ; ) Postaram się o kogoś do pomocy i zobaczymy jak to będzie. Dziękuję za pomoc.
No szkoda, że nie wsiadłaś od razu, bo to też ma ogromne znaczenie. Może na początek z tym wsiadaniem to nie na otwartej przestrzeni, jak jest taka możliwość, np. na jakimś kawałku przestrzeni w stajni, żeby osoba z ziemi mogła opanować konia. No i oczywiście pomocnik też dobrze, żeby ogarniał temat, że tak powiem. Nich trzyma konia na wodzach, albo pętelkę na nos załóżcie.
O pomocnikach pisałam wcześniej, nie mam możliwości, aby ktoś obyty pomagał mi codziennie. Będę się starać poprawić sytuacje i informować o wszystkim na bierząco.
Maro twój pierwszy post w tym wątku był sensowny, ale potem już pojechałaś. Wsiadać w stajni na panikującego, nieobliczalnego konia? Wsiadanie na dutce? Może prościej byłoby mu dać w żyłę, dopiero będzie spokojny...Niech w tej stajni zacznie się szarpać, odsadzi, poślizgnie, wpadnie na ścianę, przewróci się, przyciśnie kogoś do ściany - czarnych scenariuszy jest masa, większość sytuacji do uniknięcia na otwartej przestrzeni (ogrodzonej, ale otwartej) i na bezpiecznym podłożu.
Nie na dutce, chodzi mi o pętlę z uwiązu czy lonży wokół nosa żeby ktoś z ziemi miał lepszą kontrolę nad koniem w razie czego. Zamiast szarpania go za wędzidło. Nie znasz takiego patentu Człowieku z Lasu? Bo na kantarze to się raczej panikującego konia nie przytrzyma. Nie wiem jak wygląda przestrzeń w stajni, dlatego napisałam: "jeżeli jest taka możliwość". W mojej stajni na przykład jest i zawsze właśnie tam wsiadamy na problemowe konie czy na młodziaki. Na przestrzeni TAKI koń więcej ma pola do popisu. A tym bardziej jak jest, jak to napisała Deadmemories17 "wrażliwy na czynniki z zewnątrz". Zakładam, że potrafi ona trafnie ocenić, czy stajnia nadaje się do wsiadania czy nie. Poza tym i tak jak dla mnie w takiej sytuacji największe znaczenie będą miały umiejętności osoby stojącej na dole. Miałam już do czynienia z koniem, który wiał gdzie pieprz rośnie gdy, jeździec tylko nogę do strzemienia podniósł. I miałam okazję obsewowac jak profesjonalna trenerka pracowała z nim, w stajni właśnie, żeby nic go nie rozpraszało, oraz by nie miał zbyt dużego pola do popisu.
Witam wszystkich Jakiś czas temu zaliczyłam pierwszy upadek z Mustanga (mój prywatny koń). Niestety był trochę niefortunny, wszystko działo się na samym początku jazdy. Jak wiadomo konie często przy podpinaniu popręgu wciągają powietrze, tak też zrobił Mustang. I jak tak sobie stępowaliśmy, to je wypuścił, popręg się zluzował, a siodło lekko przekrzywiło. Mustang się wystraszył i popędził przed siebie. Na nieszczęście siodło zaczęło się bardziej przekrzywiać i zleciałam na bok razem z nim. Mustang latał jeszcze z siodłem pod brzuchem i było widać, że nieźle się wystarczył. Gdy kilka dni później ponownie na niego wsiadłam od razu ruszył galopem. Nie szło go zatrzymać, gdy tylko działałam wodzami jeszcze bardziej przyspieszał, na dosiad w ogóle nie reagował. Jak miał już dość to przeszedł do stępu i dalej jakoś szło jazdę poprowadzić. Dwa dni później, czyli dzisiaj, znowu wsiadłam i było jeszcze gorzej. Ledwo nogę zdążyłam przełożyć juz wystartował jak z armaty. Jak zwolnił, to wystarczyło, że chciałam skręcić tam gdzie mu się nie spodobało, albo przejść do kłusa i od nowa. Nic nie mogłam z nim zrobić, kompletnie nic. Wydawało mi się, że po prostu na lekkie szturchnięcie wodzą od razu ruszał do przodu. Mogę przysiądz, że nigdy nie jeździłam z ciężką rękom, zawsze staram się stosować nawet luźniejszy kontakt, więc na pewno nie pochodzi to od urazu szarpania itp. Zresztą to wszystko pojawiło się po wcześniej opisanym upadku. Samego wydarzenia nie pamiętam, iż trochę oberwało mi się po głowie, ale bardzo możliwe, że go pociągnęłam. Jednak nie wydaje mi się, abym zrobiła to aż tak silnie, że mu jakiś uraz psychiczny został. Zajeżdżałam go, tak na prawdę nikt poza mną na nim nie jeździł, od samego początku nie był to koń wrażliwy w pysku, aż nagle reaguje na najmniejsze sygnały. Od początku nie wykazywał nadmiernej chęci ruchu do przodu, po prostu chodził jak chciałam, nigdy nie wyrywał do przodu, co najwyżej zwalniał. Był po prostu zrównoważonym, spokojnym koniem pod siodłem. Aż nagle nie idzie go zatrzymać, nie może dłużej niż kilka minut stępować... zaraz wyrywa do przodu. Muszę jeszcze jednak przyznać, że jest to dość wrażliwy koń na działania z zewnątrz. Chodzi tu np. jak go lonżuje z siodłem i tybinka poleci do góry, to jest rura do przodu. Nie podaje tylnich nóg, bo na sam dotyk zaczyna wierzgać, jak zakładam siodło to też zaczyna być niespokojny, w mniejszym stopniu, ale zawsze. Nigdy to nie niosło żadnych konsekwencji, szybko się uspokajał i wszystko było dobrze. Na prawdę nie miałam z nim nigdy żadnych problemów, aż do dnia wypadku. Na dzisiejszej jeździe, kiedy opadłam już z sił, przegoniłam go z siodłem, później dodatkowo założyłam jeszcze wypinacze, żeby tak jakby zasymbolizowały te mini szarpnięcia przez wodze. I tutaj nie wzbudził w sumie za dużego entuzjazmu. Później wzięłam go jeszcze na lonże, żeby tak konkretniej go zmęczyć. Ponownie wsiadłam i ponownie wszystko od nowa, mimo iż ledwo dyszał. Niby pod koniec jazdy już normalnie zakłusowałam i było wszystko wporządku, ale ciągle czułam, że jest niespokojny i gdyby tylko miał siły ruszyłby do przodu. Podejrzewałam również, że skojarzył to sobie z upadkiem, w takim sensie, że jak rusza to ja spadam, bo w takich okolicznościach to się odbyło. I jak nigdy nic chciał mnie po prostu ponownie zrzucić. Ale to się czuje, kiedy koń coś chce złośliwie zrobić... a ja mam zupełnie inne odczucia, jakby się po prostu czegoś bał. Właściwie można go tylko zatrzymać poprzez takie konkretne szarpanie, nic innego nie wchodzi w gre, jedynie czekanie aż sam przejdzie do stępa. Zarówno jedno i drugie nie jest żadnych wyjściem, do niczego nie prowadzi, a tylko do pogorszenia stanu... Ciągłe przeganianie, lonżowania, byle tylko opadł z sił również nie ma przyszłości... Nie wiem co robić, może macie jakieś pomysły? Mam nadzieję, że komuś chciało się to wszystko przeczytać do końca. Dziękuję za wytrwałość i liczę na waszą pomoc.
Wytrwałam do końca :)Na pewno ten wypadek z przekręceniem siodła odbił mu się na psychice. Wg mnie powinnaś wrócić do pracy od podstaw, tak jakbyś zaczynała go ponownie zajeżdżać. Czy masz kogoś kto mógłby Ci pomóc przy wsiadaniu na niego i lonżowaniu? Nie mam na myśli tu pierwszej lepszej osoby ale takiej, która na koniach się zna i nie boi się ich. Drugie moje pytanie, czy koń reaguje na komendy głosowe? To też Ci się przyda przy jego "restarcie" (nie ukrywajmy- koń nie reagujący na Twoje polecenia jest, prawdę mówiąc, jak świeżo zajeżdżony koń).Szkoda troszeczkę, że zabrałaś się sama do naprawy problemu, bo pomoc drugiej osoby, która Ci konia pomoże nastawić i uspokoić jest niezbędna. Nie opanujesz go sama skoro puszcza się galopem i nie reaguje na pomoce. Teraz uspokojenie konia będzie trwało dłużej, bo niestety przez ten czas zdążył już nabyć złych cech.
Hmm.. w prawdzie jest pare osób, które mogłyby mi pomóc, ale to raptem 1-2 razy w tygodniu, a nie codziennie. Mam własną stajnie kilka metrów od domu i niestety ciężko w okolicy o kogoś obytego przy koniach. Na komendy głosowe reaguje bardzo dobrze. Na lonży nawet bat mi nie jest potrzebny, bo wszystkie polecenia głosowe wykonuje bez zarzutów. Ale jak mówiłam, kiedy szaleje pod siodłem, nic go już nie obchodzą. Jednak przed tym upadkiem, pod siodłem też na wszystko reagował, wręcz uspokajała go moja mowa, a teraz śladu po tym nie widać. Znaczy, w prawdzie nie naprawiałam problemu, bo tak jakby jeździłam tylko dwa razu od czasu upadku. Pierwsza jazda, nie wydawała mi się podejrzana, myślałam, ze po prostu ma za duzo energi w sobie. Dopiero na drugiej wyszło szydło z worka. I gdyby nie ta druga jazda to samego problemu bym nie znała, więc nie miałam nawet kiedy zabrać się za jego naprawę.
No cóż, nie widzę nic innego jak zacząć zajeżdżanie od nowa, na spokojnie, stopniowo. Szkoda tylko, że tak rzadko masz dostęp do pomocników.A powiedz mi jeszcze jedną rzecz, czy po tym wypadku masz wrażenie, że koń Ci mniej ufa? Coś się zmieniło w jego zachowaniu?
Właśnie nie, nic nie zmieniło się w jego zachowaniu na ziemi w stosunku do mnie. Chodzi za mną na wybiegu, opuszcza głowę podczas lonżowania... daje się lonżować na prawdą stronę, co kiedyś było niemożliwe, gdyż kiedy tylko chciałam zmienić kierunek, cofał się, wspinał, dzisiaj nie mam z tym problemów.
A ja mam takie pytanie, wsiadłaś na niego jak już wstałaś z ziemi? Koń bez wątpienia ma uraz psychiczny. Znam podobny przypadek, też z siodłem pod brzuchem, jakaś idiotka przy wsiadaniu nie dopięła popręgu i wiadomo co się stało. Przerażona klacz uciekła prosto do stajni, przeskakując przy tym ogrodzenie z tym siodłem. Dziś już chodzi normalnie, aczkolwiek kosztowało to bardzo wiele pracy. Po pierwsze musisz odbudować zaufanie konia do siodła i jeźdźca w nim. W tym wypadku gdy wsiadasz- ktoś Ci na początku musi go przytrzymać. I to konkretnie, żeby nie uciekł do przodu. A sama wsiadaj z podwyższenia, bardzo powoli i delikatnie. Jak już wsiądziesz, posiedź trochę, uspokój konia, posmyraj, itd. Nie ruszaj, dopóki się nie uspokoi. Na początek proponowałabym tylko stęp, może nawet żeby Cię ktoś poodprowadzał na nim, albo żeby go ktoś polonżował z Tobą na grzbiecie w stępie. Niestety musisz wrócić do podstaw. Dopóki nie będzie stał przy wsiadaniu, i nie będzie spokojny w stępie pod siodłem i Tobą- to dalej nie ma co iść. Lonżowanie go, żeby się zmęczył, jak dla mnie nie ma sensu. Bo to nie nadmiar energii sprawia, że ucieka.
Nie wsiadłam, gdyż konkretnie uderzyłam o ziemię i po prostu stan fizyczny mi nie pozwalał. Zaczne z nim wszystko od nowa, dzisiaj niestety nie mam możliwości, aby zacząć, bo przez cały dzień pada... Jednak jutro jak pogoda pozwoli, wezmę się do pracy ; ) Postaram się o kogoś do pomocy i zobaczymy jak to będzie. Dziękuję za pomoc.
No szkoda, że nie wsiadłaś od razu, bo to też ma ogromne znaczenie. Może na początek z tym wsiadaniem to nie na otwartej przestrzeni, jak jest taka możliwość, np. na jakimś kawałku przestrzeni w stajni, żeby osoba z ziemi mogła opanować konia. No i oczywiście pomocnik też dobrze, żeby ogarniał temat, że tak powiem. Nich trzyma konia na wodzach, albo pętelkę na nos załóżcie.
O pomocnikach pisałam wcześniej, nie mam możliwości, aby ktoś obyty pomagał mi codziennie. Będę się starać poprawić sytuacje i informować o wszystkim na bierząco.
Życzę powodzenia. :)
Maro twój pierwszy post w tym wątku był sensowny, ale potem już pojechałaś. Wsiadać w stajni na panikującego, nieobliczalnego konia? Wsiadanie na dutce? Może prościej byłoby mu dać w żyłę, dopiero będzie spokojny...Niech w tej stajni zacznie się szarpać, odsadzi, poślizgnie, wpadnie na ścianę, przewróci się, przyciśnie kogoś do ściany - czarnych scenariuszy jest masa, większość sytuacji do uniknięcia na otwartej przestrzeni (ogrodzonej, ale otwartej) i na bezpiecznym podłożu.
Nie na dutce, chodzi mi o pętlę z uwiązu czy lonży wokół nosa żeby ktoś z ziemi miał lepszą kontrolę nad koniem w razie czego. Zamiast szarpania go za wędzidło. Nie znasz takiego patentu Człowieku z Lasu? Bo na kantarze to się raczej panikującego konia nie przytrzyma. Nie wiem jak wygląda przestrzeń w stajni, dlatego napisałam: "jeżeli jest taka możliwość". W mojej stajni na przykład jest i zawsze właśnie tam wsiadamy na problemowe konie czy na młodziaki. Na przestrzeni TAKI koń więcej ma pola do popisu. A tym bardziej jak jest, jak to napisała Deadmemories17 "wrażliwy na czynniki z zewnątrz". Zakładam, że potrafi ona trafnie ocenić, czy stajnia nadaje się do wsiadania czy nie. Poza tym i tak jak dla mnie w takiej sytuacji największe znaczenie będą miały umiejętności osoby stojącej na dole. Miałam już do czynienia z koniem, który wiał gdzie pieprz rośnie gdy, jeździec tylko nogę do strzemienia podniósł. I miałam okazję obsewowac jak profesjonalna trenerka pracowała z nim, w stajni właśnie, żeby nic go nie rozpraszało, oraz by nie miał zbyt dużego pola do popisu.