Wspinaczka na prawie pionowe wzniesienie na grzbiecie hucuła. Gdy zobaczyłam te jakże wysoką ścianę byłam przerażona! Objęłam tylko Burana wokół szyi, a ten wspiął się na jej szczyt jak gdyby nigdy nic. ;) Nigdy tego nie zapomnę. ;)
Moj 1 upadek z konia :) haa . Kiedys z moja kolezanka pojechalysmy do takich 3 koni ktorymi sie opiekujemy. 2 kiedys chodzily pod siodlem a jeden nie byl wogule zajezdzony. cwiczymy z nim oczywiscie itp. i ktoregos dnia na pastwisku wsiadlam na nia sobie na oklep. oczywiscie nie miala kantara, oglowia ani siodla. z tylu podeszla do mnie kolezanka i tupnela noga w ziemie. kon sie przestraszyl i pogalopowal przed siebie.:P ja oczywiscie spadlam niby celowo ale mniejsza i akurat zamiast na trawe to wpadlam w konskie łajnoo ....:) :) ale i tak bylo fajnie !
moja najciekawsza przygoda to z pewnością pewien zimowy teren.nie jest to śmieszne. ale na zawsze zapamiętam ten dzień i ten teren. nie mówiąc już o tym, że to były moje urodziny. xdno więc tak.w ferie zimowe. drugiego dnia wybraliśmy się w teren (jak co dzień z resztą) jako że były moje urodziny mogłam wybrać konia na którym chcę jechać, więc wybrałam oczywiście Maga. na nim najlepiej mi się jeździ.pojechaliśmy w stronę miasteczka.ale nie skręciliśmy w prawo tylko w lewo. i się zaczęło.jedziemy w zastępie. pierwszy jechał Maciek - instruktor a na końcu Magda - instruktorka. ja gdzieś tam w środku byłam. jechaliśmy poboczem (jeśli można tak powiedzieć po tej zimie xd) no i nagle przed nami jedzie traktor. kierowca zamiast się zatrzymać i wyłączyć silnik jechał dalej. konie się spłoszyły i zbiegły z drogi w metrowe zaspy śniegu. wypadło mi strzemię, więc stwierdziłam, że lepiej już spaść i postawić czekoladę niż panikować (u nas w stajni jest taki zwyczaj, że jak ktoś spadnie to stawia czekoladę) no więc zleciałam w śnieg. ale szybko się pozbierałam i wsiadłam na Maga. to był mój pierwszy upadek w życiu.w drodze powrotnej wyprzedził nas samochód z plandeką, która szeleściła. ja jechałam tym razem druga za Magdą, która jechała na Retoryce (a ten koń boi się głośnych samochodów) no i znów ta sama sytuacja. konie poszły w bok (oprócz Retoryki ale o tym zaraz) w te zaspy. tym razem nie wiedziałam co się dzieje. gdy spadałam to zobaczyłam tylko kopyta Maga nad swoją głową, a później tylko śnieg. gdy wstałam zobaczyłam, że konik stoi sobie spokojnie na drodze jakgdyby nigdy nic. xd gdy się podniosłam usłyszałam też głos instruktora "kto to tam pobiegł" a odpowiedź była taka "Magda na Retoryce". Retoryka zaczęła uciekać przed samochodem, a kierowca zamiast się zatrzymać jechał jeszcze szybciej. Magda zjechała na szczęście w boczną drogę i tam na nas zaczekała. a my w tym czasie dojechaliśmy do niej. wszyscy się martwiliśmy ale na szczęście nic się nikomu nie stało. :)
Ja byłam na koloniach i tam były jazdy. Miałam taką koleżankę która jeździła w szkółce i strasznie się wymądrzała na temat koni. Jak przyszła kolej na naszą grupę to ona chciała koniecznie jechać na czarnym ogierze Mawro. Instruktorkę ona już trochę denerwowała i powiedziała, że ja wsiądę na karego (był też najwyższy, a ja najniższa z całej grupy), a ona pójdzie na Migotkę. Kiedyś rozjeżdżaliśmy konie na padoku i Marta chciała oczywiście zakłusować. Instruktorka wiedziała, że ja z jazdą mam niewiele wspólnego i jej odradziła. Marta oczywiście naigrywała się ,że nawet kłusować nie potrafię. No a ja to ja. Przyglądałam się długo jeździe starszyzny i załapałam o co chodzi. Jak znowu przyszła kolej na naszą grupę Marta się nie pojawiła. Jeździła wcześniej, a teraz poszli z opiekunem na miasto. Wtedy to ja prowadziłam zastęp, tym razem na szpakowatym Eko i zakłusowałam. Po raz pierwszy! I wyszło mi to idealnie (jak powiedziała instruktorka). Nauczyła mnie co to jest anglezowanie i powiedziała że mam wrodzony talent i nie mogę go zmarnować. Kiedy powiedziałam Marcie, myślałam że zazdrość ją taka weźmie, że się nie pozbiera. Już od tej pory się nie śmiała i unikała mojego spojrzenia.Szkoda tylko, że nie jeżdżę w żadnej szkółce. Może zmarnowałam talent?
Było to chyba 7 maja br. i Rubinek miał 3-4 dni, kiedy postanowiłem wyprowadzić go z mamą na spacer i pokazać świat wokół stajni. Wypuściłem więc ich na trawkę koło stawu, gdzie wraz z Konradem podziwiałem jego pierwsze galopki u boku wreszcie trochę wolnej mamy. W pewnym momencie zamyślony, galopując zapatrzony w chmury Rubinek, dał wielkiego susa do wody. Staw ma kilka m głębokości, muliste dno i gęsto porośnięte trzcinami brzegi, więc rzuciłem się za nim do wody i gdy już przedostał się przez szuwary, złapałem go w pół i zacząłem ciągnąć do brzegu. Na brzegu, nad naszymi głowami głośno rżała Retoryka i chwilami myślałem, że zaraz na nas wpadnie. Po paru minutach szamotaniny, udało mi się wypchać małego na brzeg i gdy już go wylizała mama, poszły w ruch ręczniki. Chyba dopiero wtedy zauważyłem, że na dworze jest kilka st. ciepła, a ja cały mokry, ale nic to; takie sytuacje zacieśniają tylko więzi, o które w wspólnie z Retoryką w ciszy dbamy.
Ja nie mam jakichś szczegółnych końskich przygód biorąc pod uwagę to, że jeżdżę tylko 3 miesiące ;p No, ale mam za sobą pierwszy, bolesny upadek xd
Jechałam wtedy na Nicerze stępem w dół stromej góry. Nagle on się czegoś przestraszył i zaczął mi galopować w dół, kiedy wypadły mi nogi ze strzemion i wiedziałam, że spadnę i myślałam na który bok upaść :D W końcu upadłam na prawe biodro z bardzo szybkiego galopu. Byłam wtedy bez toczka, bo było tak gorąco, że nie mogłam w nim wytrzymać, więc zdjęłam go 3 min. przed upadkiem... Dodam, że to było 2 tyg. po mojej pierwszej jeździe. Siostra, która to widziała, bo była już na samym dole mówiła, że spadłam z takiej prędkości i tak gwałtownie, że myślała, ze umre albo chociaz nie wyjde z tego cało xd Na szczeście tylko miałam ubite biodro i nie mogłam chodzić przez 5 dni, ale się wylizałam jakoś ;D
Mój pierwszy upadek z konia.Kilka lat temu a dokładniej 3 lata, brałam udział w hubertusie w stajni u Macieja. jeździłam na koniu o imieniu Mag były zawody dla dzieci i przed tym kazano nam konie rozgrzać, no to wsiadłam na Maga i zaczełam kusować na prostej a inni jezdzili sobie gdzieś tam dalej. Ja jeszcze wtedy nie umiałam galopować no i wtedy Mag zaczął mi galopować na prostej drodze i niestety nie utrzymałam się i spadłam,trochę mnie bolała ręka, ale później zmieniłam konia i wygrałam puchar. Nigdy nie zapomnę tego dnia, chodź się trochę potłukłam, ale było warto..Jeszcze jedną końska przygoda, które przytrafiła mi się w tamte wakacje w stajni u Macieja na obozie. Minęło kilka dni obozu zanim wyjechaliśmy w teren. Po tych kilku dniach wyjechaliśmy na kilka koników w teren ja byłam na Palomie, i jedziemy sobie w zastępie na takiej łące i nasz instruktor dał na komendę, że będziemy galopować. No i galopujemy sobie, aż tu nagle konie rozbiegły się nam na boki i mój koń zaczął mi sadzić baraki, no i spadłam jej przed nogami i mnie nadepnęła na żebra, nie tylko ja spadłam koleżanka też.Nasi instruktorzy szybko zeskoczyli z koni i "Elwira nasza instruktorka krzyczy do Macieja idź do Eweliny Adzie nic nie jest" Maciej przybiegł do mnie i widzi na moich żebrach odciśnięte kopyto konia pyta czy modę oddychać i czy mogę się ruszać, a ja mu na to że nie jest tak źle i że przeżyje. Po kilku minutach wstałam i wsiadłam na konia i wróciłam do stajni. Nie byłam u lekarza bo nie było takiej potrzeby, ale kilka dni nie jeździłam konno bo mnie bolało, miałam kopyto odciśnięte na żebrach i każdy kolor siniaków poszłam do sauny i mi wszystko odeszło...
Ostatnio, nawet całkiem niedawno, bo w piątek dwa tygodnie temu- najszybszy galop, jakim kiedykolwiek jechałam :)
Do stajni wkroczyłam cała nastroszona, ponieważ tata jak zwykle się spóźnił i przyjechaliśmy 10 min. po czasie.
Podeszłam do grupy. Wszyscy czyścili konie. Było chyba z 8 osób. Nagle jakaś kobieta warknęła "Wetar". Rozzłościłam się. Oczywiście- został dla mnie tylko hucuł! Pytałam, czy mogę wziąść Aspiranta, albo chociaż Serafina (też hucuł, ale za to świetnie bryka). Odpowiedź jeszcze warkliwsza: "Wetar i już! Serafin nie chodzi w teren!" Złapałam więc kuca i, czyszcząc go, obrażona na cały świat, wymyślałam listę rzeczy, które mi się nie podobały:
1.Dostałam hucuła.
2. Nie mogłam go złapać z pastwiska, tylko z wybiegu pod stajnią- co to za zabawa.
3. Jedziemy w teren (ostatnio byłam w górach, i codziennie jeździliśmy w teren- ani jednej przeszkody od dwóch tygodni! Miałam serdecznie dość terenów).
4. Zamiast pani Emilki będzie z nami jakaś nadęta baba.
5.Jestem spóźniona.
6.Nie mogłam pojechać na oklep.
7. Było zimno, brzydko i do bani.
Marzyłam, żeby wykrzyczeć całą listę w twarz tej kobiecie, i obserwować, jak będzie zmieszana. Wetar jakby wyczuł mój nastrój, postanowił się nie narażać- spokojnie pochylił głowę podczas zakładania ogłowia, o dziwo nie nadymał się, kiedy dociągałam popręg. Reszta jeźdźców już czekała. No nic- wyruszyliśmy, wszyscy rozradowani, a ja wściekła. Oczywiście jechałam na końcu.
Po chwili okazało się, że nasze przystajenne tereny są tysiąc razy piękniejsze niż górskie. Jechałam na końcu, więc mogłam sobie podgalopowywać co jakiś czas (zwalniać, odczekiwać i puszczać się ze dwie foule galopem). Za mną był wprawdzie jeszcze Bohun, ale mój kucyk łatwo galopował, gdy reszta kłusowała, w dodatku zastęp rozciągał się.
Szybko nadeszła pora na galop. Okazało się, że w krótkich nożkach Wetara kryje się wielka siła. Galopowaliśmy szeroką polną drogą, z jednej strony był las, z drugiej bezkresne pole. Wetar mknął jak nigdy, ani na metr nie odstawał od grupy. Przeszłam do półsiadu, objęłam konia rękami za szyję. Spojrzałam do tyłu. Bohun, ślązak, mimo iż również galopował i dołączył wcześniej do grupy, ZOSTAŁ W TYLE. Wydawało mi się, że mknę szybciej niż kiedykolwiek, czułam uderzenie wiatru na twarzy. Nagle słońce wyłoniło się zza chmur, oświetliło cały las złotymi smugami. Odwróciłam się- drzewa umykały z zatrważającą prędkością. To było piękne, czułam dreszcz emocji. Nigdy jeszcze nie byłam tak szczęśliwa- ani skacząc na ogromnej Bestii, ani czując, jak Serafin wierzga pode mną niemal do pionu, a reszta jeźdźców przygląda się w podziwie. Wetar mknął tak szybko, że uderzenia jego kopyt zlały się w jeden ciąg. W górach nigdy tak długo i szybko nie galopowaliśmy, choć teraz był to już chyba cwał. Wydawało mi się, że kopyta konia oderwą się zaraz od ziemi i polecimy w chmury. Tego przeżycia nie sposób było przyrównać do czegokolwiek innego. Zamknęłam oczy, przytuliłam twarz do szyi konia. Słyszałam już tylko jego szybki oddech, czułam mokrą sierść, kolejne, ciągnące się w nieskończoność foule. Wetar dyszał, był zmęczony, ale nie poddawał się. Tak, jak ja- najmniejszy konik, najmłodsza dziewczyna. Udowodniliśmy, że nie jesteśmy gorsi od wielkiego Aspiranta, ognistej Bestii. W tej ulotnej chwili, wydawało mi się, że rzeczywiście zrozumiałam tego konia.
W końcu zwolniliśmy do kłusa, a potem do stępa. Widziałam pianę na boku Wetara,w ogóle pierwszy raz widziałam "spienionego" konia. Znów zamknęła oczy, chcąc jak najdłużej zatrzymać w sobie wrażenie tej szybkości, tej najpiękniejszej chwili w moim życiu.
moja najciekawsza przygoda to z pewnością pewien zimowy teren.nie jest to śmieszne. ale na zawsze zapamiętam ten dzień i ten teren. nie mówiąc już o tym, że to były moje urodziny. xdno więc tak.w ferie zimowe. drugiego dnia wybraliśmy się w teren (jak co dzień z resztą) jako że były moje urodziny mogłam wybrać konia na którym chcę jechać, więc wybrałam oczywiście Maga. na nim najlepiej mi się jeździ.pojechaliśmy w stronę miasteczka.ale nie skręciliśmy w prawo tylko w lewo. i się zaczęło.jedziemy w zastępie. pierwszy jechał Maciek - instruktor a na końcu Magda - instruktorka. ja gdzieś tam w środku byłam. jechaliśmy poboczem (jeśli można tak powiedzieć po tej zimie xd) no i nagle przed nami jedzie traktor. kierowca zamiast się zatrzymać i wyłączyć silnik jechał dalej. konie się spłoszyły i zbiegły z drogi w metrowe zaspy śniegu. wypadło mi strzemię, więc stwierdziłam, że lepiej już spaść i postawić czekoladę niż panikować (u nas w stajni jest taki zwyczaj, że jak ktoś spadnie to stawia czekoladę) no więc zleciałam w śnieg. ale szybko się pozbierałam i wsiadłam na Maga. to był mój pierwszy upadek w życiu.w drodze powrotnej wyprzedził nas samochód z plandeką, która szeleściła. ja jechałam tym razem druga za Magdą, która jechała na Retoryce (a ten koń boi się głośnych samochodów) no i znów ta sama sytuacja. konie poszły w bok (oprócz Retoryki ale o tym zaraz) w te zaspy. tym razem nie wiedziałam co się dzieje. gdy spadałam to zobaczyłam tylko kopyta Maga nad swoją głową, a później tylko śnieg. gdy wstałam zobaczyłam, że konik stoi sobie spokojnie na drodze jakgdyby nigdy nic. xd gdy się podniosłam usłyszałam też głos instruktora "kto to tam pobiegł" a odpowiedź była taka "Magda na Retoryce". Retoryka zaczęła uciekać przed samochodem, a kierowca zamiast się zatrzymać jechał jeszcze szybciej. Magda zjechała na szczęście w boczną drogę i tam na nas zaczekała. a my w tym czasie dojechaliśmy do niej. wszyscy się martwiliśmy ale na szczęście nic się nikomu nie stało. :)Maja, jakie to szczęście, że jednak Magda na niej jechała, a miał jechać na niej Sebastian, dopiero by było !
Napiszcie coś co wam się przydarzyło coś śmiesznego a może fajnego? Coś co zapadło wam w pamięć...
Wspinaczka na prawie pionowe wzniesienie na grzbiecie hucuła. Gdy zobaczyłam te jakże wysoką ścianę byłam przerażona! Objęłam tylko Burana wokół szyi, a ten wspiął się na jej szczyt jak gdyby nigdy nic. ;) Nigdy tego nie zapomnę. ;)
Moj 1 upadek z konia :) haa . Kiedys z moja kolezanka pojechalysmy do takich 3 koni ktorymi sie opiekujemy. 2 kiedys chodzily pod siodlem a jeden nie byl wogule zajezdzony. cwiczymy z nim oczywiscie itp. i ktoregos dnia na pastwisku wsiadlam na nia sobie na oklep. oczywiscie nie miala kantara, oglowia ani siodla. z tylu podeszla do mnie kolezanka i tupnela noga w ziemie. kon sie przestraszyl i pogalopowal przed siebie.:P ja oczywiscie spadlam niby celowo ale mniejsza i akurat zamiast na trawe to wpadlam w konskie łajnoo ....:) :) ale i tak bylo fajnie !
moja najciekawsza przygoda to z pewnością pewien zimowy teren.nie jest to śmieszne. ale na zawsze zapamiętam ten dzień i ten teren. nie mówiąc już o tym, że to były moje urodziny. xdno więc tak.w ferie zimowe. drugiego dnia wybraliśmy się w teren (jak co dzień z resztą) jako że były moje urodziny mogłam wybrać konia na którym chcę jechać, więc wybrałam oczywiście Maga. na nim najlepiej mi się jeździ.pojechaliśmy w stronę miasteczka.ale nie skręciliśmy w prawo tylko w lewo. i się zaczęło.jedziemy w zastępie. pierwszy jechał Maciek - instruktor a na końcu Magda - instruktorka. ja gdzieś tam w środku byłam. jechaliśmy poboczem (jeśli można tak powiedzieć po tej zimie xd) no i nagle przed nami jedzie traktor. kierowca zamiast się zatrzymać i wyłączyć silnik jechał dalej. konie się spłoszyły i zbiegły z drogi w metrowe zaspy śniegu. wypadło mi strzemię, więc stwierdziłam, że lepiej już spaść i postawić czekoladę niż panikować (u nas w stajni jest taki zwyczaj, że jak ktoś spadnie to stawia czekoladę) no więc zleciałam w śnieg. ale szybko się pozbierałam i wsiadłam na Maga. to był mój pierwszy upadek w życiu.w drodze powrotnej wyprzedził nas samochód z plandeką, która szeleściła. ja jechałam tym razem druga za Magdą, która jechała na Retoryce (a ten koń boi się głośnych samochodów) no i znów ta sama sytuacja. konie poszły w bok (oprócz Retoryki ale o tym zaraz) w te zaspy. tym razem nie wiedziałam co się dzieje. gdy spadałam to zobaczyłam tylko kopyta Maga nad swoją głową, a później tylko śnieg. gdy wstałam zobaczyłam, że konik stoi sobie spokojnie na drodze jakgdyby nigdy nic. xd gdy się podniosłam usłyszałam też głos instruktora "kto to tam pobiegł" a odpowiedź była taka "Magda na Retoryce". Retoryka zaczęła uciekać przed samochodem, a kierowca zamiast się zatrzymać jechał jeszcze szybciej. Magda zjechała na szczęście w boczną drogę i tam na nas zaczekała. a my w tym czasie dojechaliśmy do niej. wszyscy się martwiliśmy ale na szczęście nic się nikomu nie stało. :)
Ja byłam na koloniach i tam były jazdy. Miałam taką koleżankę która jeździła w szkółce i strasznie się wymądrzała na temat koni. Jak przyszła kolej na naszą grupę to ona chciała koniecznie jechać na czarnym ogierze Mawro. Instruktorkę ona już trochę denerwowała i powiedziała, że ja wsiądę na karego (był też najwyższy, a ja najniższa z całej grupy), a ona pójdzie na Migotkę. Kiedyś rozjeżdżaliśmy konie na padoku i Marta chciała oczywiście zakłusować. Instruktorka wiedziała, że ja z jazdą mam niewiele wspólnego i jej odradziła. Marta oczywiście naigrywała się ,że nawet kłusować nie potrafię. No a ja to ja. Przyglądałam się długo jeździe starszyzny i załapałam o co chodzi. Jak znowu przyszła kolej na naszą grupę Marta się nie pojawiła. Jeździła wcześniej, a teraz poszli z opiekunem na miasto. Wtedy to ja prowadziłam zastęp, tym razem na szpakowatym Eko i zakłusowałam. Po raz pierwszy! I wyszło mi to idealnie (jak powiedziała instruktorka). Nauczyła mnie co to jest anglezowanie i powiedziała że mam wrodzony talent i nie mogę go zmarnować. Kiedy powiedziałam Marcie, myślałam że zazdrość ją taka weźmie, że się nie pozbiera. Już od tej pory się nie śmiała i unikała mojego spojrzenia.Szkoda tylko, że nie jeżdżę w żadnej szkółce. Może zmarnowałam talent?
Pewnie nic straconego Mariolcia - do szkółki i już! ;)
Było to chyba 7 maja br. i Rubinek miał 3-4 dni, kiedy postanowiłem wyprowadzić go z mamą na spacer i pokazać świat wokół stajni. Wypuściłem więc ich na trawkę koło stawu, gdzie wraz z Konradem podziwiałem jego pierwsze galopki u boku wreszcie trochę wolnej mamy. W pewnym momencie zamyślony, galopując zapatrzony w chmury Rubinek, dał wielkiego susa do wody. Staw ma kilka m głębokości, muliste dno i gęsto porośnięte trzcinami brzegi, więc rzuciłem się za nim do wody i gdy już przedostał się przez szuwary, złapałem go w pół i zacząłem ciągnąć do brzegu. Na brzegu, nad naszymi głowami głośno rżała Retoryka i chwilami myślałem, że zaraz na nas wpadnie. Po paru minutach szamotaniny, udało mi się wypchać małego na brzeg i gdy już go wylizała mama, poszły w ruch ręczniki. Chyba dopiero wtedy zauważyłem, że na dworze jest kilka st. ciepła, a ja cały mokry, ale nic to; takie sytuacje zacieśniają tylko więzi, o które w wspólnie z Retoryką w ciszy dbamy.
...no i po kilkunastu minutach ja - w roli spóźnionej Marzanny.
Ja nie mam jakichś szczegółnych końskich przygód biorąc pod uwagę to, że jeżdżę tylko 3 miesiące ;p No, ale mam za sobą pierwszy, bolesny upadek xd Jechałam wtedy na Nicerze stępem w dół stromej góry. Nagle on się czegoś przestraszył i zaczął mi galopować w dół, kiedy wypadły mi nogi ze strzemion i wiedziałam, że spadnę i myślałam na który bok upaść :D W końcu upadłam na prawe biodro z bardzo szybkiego galopu. Byłam wtedy bez toczka, bo było tak gorąco, że nie mogłam w nim wytrzymać, więc zdjęłam go 3 min. przed upadkiem... Dodam, że to było 2 tyg. po mojej pierwszej jeździe. Siostra, która to widziała, bo była już na samym dole mówiła, że spadłam z takiej prędkości i tak gwałtownie, że myślała, ze umre albo chociaz nie wyjde z tego cało xd Na szczeście tylko miałam ubite biodro i nie mogłam chodzić przez 5 dni, ale się wylizałam jakoś ;D
Mój pierwszy upadek z konia.Kilka lat temu a dokładniej 3 lata, brałam udział w hubertusie w stajni u Macieja. jeździłam na koniu o imieniu Mag były zawody dla dzieci i przed tym kazano nam konie rozgrzać, no to wsiadłam na Maga i zaczełam kusować na prostej a inni jezdzili sobie gdzieś tam dalej. Ja jeszcze wtedy nie umiałam galopować no i wtedy Mag zaczął mi galopować na prostej drodze i niestety nie utrzymałam się i spadłam,trochę mnie bolała ręka, ale później zmieniłam konia i wygrałam puchar. Nigdy nie zapomnę tego dnia, chodź się trochę potłukłam, ale było warto..Jeszcze jedną końska przygoda, które przytrafiła mi się w tamte wakacje w stajni u Macieja na obozie. Minęło kilka dni obozu zanim wyjechaliśmy w teren. Po tych kilku dniach wyjechaliśmy na kilka koników w teren ja byłam na Palomie, i jedziemy sobie w zastępie na takiej łące i nasz instruktor dał na komendę, że będziemy galopować. No i galopujemy sobie, aż tu nagle konie rozbiegły się nam na boki i mój koń zaczął mi sadzić baraki, no i spadłam jej przed nogami i mnie nadepnęła na żebra, nie tylko ja spadłam koleżanka też.Nasi instruktorzy szybko zeskoczyli z koni i "Elwira nasza instruktorka krzyczy do Macieja idź do Eweliny Adzie nic nie jest" Maciej przybiegł do mnie i widzi na moich żebrach odciśnięte kopyto konia pyta czy modę oddychać i czy mogę się ruszać, a ja mu na to że nie jest tak źle i że przeżyje. Po kilku minutach wstałam i wsiadłam na konia i wróciłam do stajni. Nie byłam u lekarza bo nie było takiej potrzeby, ale kilka dni nie jeździłam konno bo mnie bolało, miałam kopyto odciśnięte na żebrach i każdy kolor siniaków poszłam do sauny i mi wszystko odeszło...
ja pisać nie będę tylko link podam Oleńko<333:***http://www.galopuje.pl/konie,nowa-stajnia-pierwsza-lekcja,10341.html
Ostatnio, nawet całkiem niedawno, bo w piątek dwa tygodnie temu- najszybszy galop, jakim kiedykolwiek jechałam :) Do stajni wkroczyłam cała nastroszona, ponieważ tata jak zwykle się spóźnił i przyjechaliśmy 10 min. po czasie. Podeszłam do grupy. Wszyscy czyścili konie. Było chyba z 8 osób. Nagle jakaś kobieta warknęła "Wetar". Rozzłościłam się. Oczywiście- został dla mnie tylko hucuł! Pytałam, czy mogę wziąść Aspiranta, albo chociaż Serafina (też hucuł, ale za to świetnie bryka). Odpowiedź jeszcze warkliwsza: "Wetar i już! Serafin nie chodzi w teren!" Złapałam więc kuca i, czyszcząc go, obrażona na cały świat, wymyślałam listę rzeczy, które mi się nie podobały: 1.Dostałam hucuła. 2. Nie mogłam go złapać z pastwiska, tylko z wybiegu pod stajnią- co to za zabawa. 3. Jedziemy w teren (ostatnio byłam w górach, i codziennie jeździliśmy w teren- ani jednej przeszkody od dwóch tygodni! Miałam serdecznie dość terenów). 4. Zamiast pani Emilki będzie z nami jakaś nadęta baba. 5.Jestem spóźniona. 6.Nie mogłam pojechać na oklep. 7. Było zimno, brzydko i do bani. Marzyłam, żeby wykrzyczeć całą listę w twarz tej kobiecie, i obserwować, jak będzie zmieszana. Wetar jakby wyczuł mój nastrój, postanowił się nie narażać- spokojnie pochylił głowę podczas zakładania ogłowia, o dziwo nie nadymał się, kiedy dociągałam popręg. Reszta jeźdźców już czekała. No nic- wyruszyliśmy, wszyscy rozradowani, a ja wściekła. Oczywiście jechałam na końcu. Po chwili okazało się, że nasze przystajenne tereny są tysiąc razy piękniejsze niż górskie. Jechałam na końcu, więc mogłam sobie podgalopowywać co jakiś czas (zwalniać, odczekiwać i puszczać się ze dwie foule galopem). Za mną był wprawdzie jeszcze Bohun, ale mój kucyk łatwo galopował, gdy reszta kłusowała, w dodatku zastęp rozciągał się. Szybko nadeszła pora na galop. Okazało się, że w krótkich nożkach Wetara kryje się wielka siła. Galopowaliśmy szeroką polną drogą, z jednej strony był las, z drugiej bezkresne pole. Wetar mknął jak nigdy, ani na metr nie odstawał od grupy. Przeszłam do półsiadu, objęłam konia rękami za szyję. Spojrzałam do tyłu. Bohun, ślązak, mimo iż również galopował i dołączył wcześniej do grupy, ZOSTAŁ W TYLE. Wydawało mi się, że mknę szybciej niż kiedykolwiek, czułam uderzenie wiatru na twarzy. Nagle słońce wyłoniło się zza chmur, oświetliło cały las złotymi smugami. Odwróciłam się- drzewa umykały z zatrważającą prędkością. To było piękne, czułam dreszcz emocji. Nigdy jeszcze nie byłam tak szczęśliwa- ani skacząc na ogromnej Bestii, ani czując, jak Serafin wierzga pode mną niemal do pionu, a reszta jeźdźców przygląda się w podziwie. Wetar mknął tak szybko, że uderzenia jego kopyt zlały się w jeden ciąg. W górach nigdy tak długo i szybko nie galopowaliśmy, choć teraz był to już chyba cwał. Wydawało mi się, że kopyta konia oderwą się zaraz od ziemi i polecimy w chmury. Tego przeżycia nie sposób było przyrównać do czegokolwiek innego. Zamknęłam oczy, przytuliłam twarz do szyi konia. Słyszałam już tylko jego szybki oddech, czułam mokrą sierść, kolejne, ciągnące się w nieskończoność foule. Wetar dyszał, był zmęczony, ale nie poddawał się. Tak, jak ja- najmniejszy konik, najmłodsza dziewczyna. Udowodniliśmy, że nie jesteśmy gorsi od wielkiego Aspiranta, ognistej Bestii. W tej ulotnej chwili, wydawało mi się, że rzeczywiście zrozumiałam tego konia. W końcu zwolniliśmy do kłusa, a potem do stępa. Widziałam pianę na boku Wetara,w ogóle pierwszy raz widziałam "spienionego" konia. Znów zamknęła oczy, chcąc jak najdłużej zatrzymać w sobie wrażenie tej szybkości, tej najpiękniejszej chwili w moim życiu.
moja najciekawsza przygoda to z pewnością pewien zimowy teren.nie jest to śmieszne. ale na zawsze zapamiętam ten dzień i ten teren. nie mówiąc już o tym, że to były moje urodziny. xdno więc tak.w ferie zimowe. drugiego dnia wybraliśmy się w teren (jak co dzień z resztą) jako że były moje urodziny mogłam wybrać konia na którym chcę jechać, więc wybrałam oczywiście Maga. na nim najlepiej mi się jeździ.pojechaliśmy w stronę miasteczka.ale nie skręciliśmy w prawo tylko w lewo. i się zaczęło.jedziemy w zastępie. pierwszy jechał Maciek - instruktor a na końcu Magda - instruktorka. ja gdzieś tam w środku byłam. jechaliśmy poboczem (jeśli można tak powiedzieć po tej zimie xd) no i nagle przed nami jedzie traktor. kierowca zamiast się zatrzymać i wyłączyć silnik jechał dalej. konie się spłoszyły i zbiegły z drogi w metrowe zaspy śniegu. wypadło mi strzemię, więc stwierdziłam, że lepiej już spaść i postawić czekoladę niż panikować (u nas w stajni jest taki zwyczaj, że jak ktoś spadnie to stawia czekoladę) no więc zleciałam w śnieg. ale szybko się pozbierałam i wsiadłam na Maga. to był mój pierwszy upadek w życiu.w drodze powrotnej wyprzedził nas samochód z plandeką, która szeleściła. ja jechałam tym razem druga za Magdą, która jechała na Retoryce (a ten koń boi się głośnych samochodów) no i znów ta sama sytuacja. konie poszły w bok (oprócz Retoryki ale o tym zaraz) w te zaspy. tym razem nie wiedziałam co się dzieje. gdy spadałam to zobaczyłam tylko kopyta Maga nad swoją głową, a później tylko śnieg. gdy wstałam zobaczyłam, że konik stoi sobie spokojnie na drodze jakgdyby nigdy nic. xd gdy się podniosłam usłyszałam też głos instruktora "kto to tam pobiegł" a odpowiedź była taka "Magda na Retoryce". Retoryka zaczęła uciekać przed samochodem, a kierowca zamiast się zatrzymać jechał jeszcze szybciej. Magda zjechała na szczęście w boczną drogę i tam na nas zaczekała. a my w tym czasie dojechaliśmy do niej. wszyscy się martwiliśmy ale na szczęście nic się nikomu nie stało. :)Maja, jakie to szczęście, że jednak Magda na niej jechała, a miał jechać na niej Sebastian, dopiero by było !
jakbym nie wiedziała. dobrze, że on wybrał Palomę, a nie Retorykę.