Witajcie!Jak już dawno pisałam, jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką przydomowej stajni w której do tej pory trzymaliśmy 2 moje klacze, wałacha męża i kucyka mojej 7-letniej córki. Tydzień temu sytuacja się zmieniła - doszedł do nas prawie 3 letni kucyk szetlandzki, piękny kasztanowaty z białą plamą na brzuszku. :) Dostaliśmy go za darmo od dalekiego sąsiada, który chciał się go pilnie pozbyć. Kucyk nazwany przez nas Ferdynand (a żeby pasowało do drugiego kucyka mojej córki Felicjana) miał bardzo dużo właścicieli, nie znamy jego pochodzenia i dokładnego wieku, szacujemy na ok. 3 lata. Wiele przeżył, był trzymany w okropnych warunkach... Nic więc dziwnego, że jeszcze tydzień temu nie zgadzał się na żaden kontakt z człowiekiem - gryzł, kopał i obijał się o boks. Daliśmy mu 2 dni spokoju, podczas którego przyzwyczajał się do otoczenia - w tym czasie nie był wypuszczany z boksu, jedynie moja córka go karmiła i poskramiała owocami, które odważył się jeść z ręki. 3 dnia postanowiłam go wypuścić na pastwisko, nie chcę, aby aż tyle siedział w boksie. Założyłam mu kantar(przez okienko w boksie), co było bardzo trudne, bo cały czas chciał gryźć... Kila godzin mu dałam na oswojenie się z tym czymś co ma na pysku, a później córka Ola wzięła go na uwiąz i pospacerowała z nim. Miała w zapasie kilka jabłek i marchewek, bo gdy tylko wyszedł ze stajni, rzucał się na wszystko i wszystkich dokoła. W ciągu następnych dni Również dużo z nim spacerowaliśmy, i wypuściliśmy na pastwisko. Nauczył się stępować na uwiązie bez rzucania na innych... choć nadal robi to szybko, niespokojnie.Przedwczoraj wzięłam go na lonżę, na kantarze. Jeśli w ogóle będzie zajeżdżany, trzeba będzie mu kupić sprzęt, którego na razie nie mamy... Na lonży chodził bardzo ładnie, ale ma ogromną fobię przed batem do lonżowania. Gdy tylko do wyciągnęłam i chciałam spróbować z nim pokłusować, od razu zerwał się do galopu i zaczął gnać przed siebie, tak rwał, że aż puściłam lonżę, oczywiście, udało mi się go złapać, ale przekonałam się, że na razie z batem nie pracujemy, co jest kolejnym utrudnieniem.Wczoraj jednak udało mi się go popędzić do kłusa i kłusuje wyśmienicie. Galopuje również. Widać że już to na lonży robił, reaguje na nazwy chodów. Wczoraj poprosiłam męża, o trzymanie lonży i spróbowałam go dosiąść. Przyzwyczaił się już do tego, że czasem człowiek koło niego stoi, chodzi, lub głaszcze, czy czyści (choć nadal nie przekonał się do kopystki, dlatego trudno się mu czyści kopyta). Podpięłam sobie linkę (cieniutką linkę, coś na wzór wodzy, ale nie do końca) do jego kantarka i usiadłam. W stępie dosyć rwał, ale gdy chciałam, przejść do kłusa na lonży, dopiero się zaczęło... podrygiwał łbem, a później gdy już zaczął galopować, nie mogłam do zatrzymać. Musiałam zeskoczyć z galopującego kucyka, co skończyło się dość boleśnie, ale nie poważnie. Mam pytanie, co do osób które już zajeżdżały kucyki:- Czy jest szansa, że będzie on normalnie, spokojnie chodził pod siodłem przy odpowiednim treningu? Zajeżdżałam już mnóstwo koni, ale nigdy kuców. I to do tego tak złośliwych, i bojaźliwych. Proszę o rady co do zajeżdżania go, w jaki sposób powinno przebiegać. :)Pozdrawiamy
Moim zdaniem trochę za szybko to wszystko idzie. Najpierw odczuliłabym go na bat i inne "strzaszne" rzeczy, później nauczyłabym go porządnie chodzić na lonży i dopiero jak by to umiał i przestałby się na Was rzucać to zaczęłabym proces zajeżdżania, ale nie tak "ty trzymaj, ja wsiadam i wio" tylko spokojnie, po kolei, najpierw przyzwyczaić do wędzidła, siodła, podpinania popręgu (!) i dopiero wtedy wsiadanie, ale na kilka sekund, z czasem na stęp i tak powolutku, a nie hop siup i koń ZŁAMANY a nie ZAJEŻDŻONY - takie jest moje zdanie ;)Pozdrawiam i życzę powodzenia :)
Masz rację, ale pod siodłem raczej chodzić nie będzie na razie. Chodzi o to, ze do najbliższego sklepu jeździeckiego mamy 45 km, a na siodło reaguje bardzo źle, chodził pod siodłem na rożnego rodzajów festynach i innych- był bardzo źle traktowany. Ja ostatnio siedziałam w siodle kilka miesięcy temu (a jeżdżę konno codziennie) na zawodach. Moja córka, która będzie na nim jeździć, jeśli go zajeździmy to na oklep, bo ona siodła unika jak ognia. Tak właśnie niedawno to przemyślałam, drugi kucyk ma siodło, bo jest szybki i genialny na zawody juniorskie i córka czasem jeździ, a on to raczej stajni opuszczał już nie będzie.Choć znajomość ogłowia może mu się przydać, ale to nam sąsiad ma jutro dać, bo dostał ogłowie już razem z nimi - zobaczymy czy się do czegoś nadaje. a bat do lonżowania córka dziś położyła mu na pastwisku, dookoła rozrzuciła mnóstwo marchewek - na początku to miejsce omijał szerokim łukiem, ale ciekawość zrobiła swoje. :)
No i tak z tym batem bym zrobiła. Później jak dotknie bata trzymanego w ręce to nagroda itp :) A co do siodła - a siodło Felicjana by na niego nie weszło? Na samo zajeżdżanie, żeby wiedział, że siodło jest fajne, nie gryzie i nie bije itp. Bo później możecie mieć problem, bo koń będzie świetnie zajeżdżony, ale jak tylko zobaczy siodło, to zacznie szaleć. Dlatego proponowałabym chociaż oswoić go na nowo z siodłem, bo jeżeli ma z nim złe wspomnienia to powinno to zostać naprawione :) A co do ogłowia - może spróbujcie na halterku? Ja tylko na nim jeżdżę od jakiegoś czasu i moja kobyła chodzi 100 razy lepiej niż na wędzidle :)Pozdrawiam ;)
Bardzo dziękuje za pomoc. Dzisiaj otrzymaliśmy ogłowie od wcześniejszego właściciela, który stwierdził, że jest odrobinę ciasnawe, ale da się założyć... Po spróbowaniu nałożenia (zresztą panicznie się bał tego ogłowia) Nie dopinał nic, tylko tak zobaczyłam jakie jest. Materiał tragiczny, twardy, cienki, mocno się wbijał w skórę konia. Wędzidło zardzewiałe, za duże... Tragedia dosłownie. I nigdzie zachowanych palców pod podgardlem ani niczym innym nie ma... :(Również Ferdek nie co zaprzyjaźnił się z batem. Córka od razu po powrocie ze szkoły nastrugała sobie marchewek i ruszyła z nim na pastwisko. Ładniej już chodzi, nie pędzi, idzie spokojnie i można go głaskać, choć nie stoi. Jeszcze długa droga przed nami, ale widać, że robi postępy i że, zajeżdżanie przy odpowiednim sposobie może się udać. Ja na córkę Olę i Ferdka podpatruję sobie z okna i nadzoruje, choć i tak mam do niej ogromne zaufanie, wie jak się obchodzić z końmi i nie chodzi o to, że mi się nie chce, tylko ona ogromnie tego pragnie.:) Na początku postępował trochę na lonży, bo i do niej go przyzwyczajamy. Kłusa też trochę było, choć trudno było go do niego przekonać, bez bata. Później z batem też chwila była, Ola w jednej ręce trzymała bat, a w drugiej marchew i nawet, choć bardzo ostrożnie kucyś został przekupiony. Także ćwiczyłyśmy tak, że ja trzymam Ferdynanda za uwiąz, i karmię marchewką, a Ola z tyłu za zadem trzyma bat, i go głaska. Nawet gdy zaczęła delikatnie nim ruszać, Ferdek nastawiał uszy, ale wołał jeść niż uciekać. Córka zauważyła, że Ferdek boi się tylko dużego bata do lonżowania, na taki zwykły i ujeżdżeniówkę reaguje dość spokojnie. Pokłusowała więc z nim po linii prostej od czasu do czasu delikatnie klepiąc w zadek palcatem i ładnie dość było. Jak tak sobie na nich patrzyłam, jak normalnie bawią się z batem i Ferdek się nie płoszy, nigdy bym nie pomyślała, że ten kucyś jeszcze tydzień temu nie wychodził z boksu, bał się ludzi.Siodło Felicjana jest dość duże, bo i Felek od Ferdka większy i grubszy. Ale można jako sam "oswajacz" siodło stosować, bo Ferdek w ogóle boi się go powąchać... Również chcieliśmy sprawdzić jego poglądy na temat szczotki, kopystki i ogólnie czyszczenia. Wzięłyśmy go do pomieszczenia, cieplutkiego z wężem w którym kąpiemy kobyłki i wykąpaliśmy i wyczyściłyśmy go. Na węża reaguje spokojnie, chętnie ustawiał się do ciepłego strumienia wody. Szczotki lubi, ale tylko te miękkie, gdy postępujemy do niego z igiełką, gdy tylko ją poczuje, odwraca łeb i próbuje ugryźć. Kopytka daje sobie czyścić, choć niechętnie podnosi. Wymyłyśmy mu grzywę i ciało specjalnym szaponem, kopytka przeszorowały pastą miętową , wyciągając z kopyt wszystkie obce ciała - dochody, słoma, trawa, jedzenie i inne takie. Skróciłam mu też trochę grzywę i ogon, a następnie zaplotłyśmy my mu mnóstwo malych warkoczyków na grzywie, loczki za kilka dni będzie Ferdek miał. Wprost z Salony piękności trafił do świeżo czyszczonego boksu na wyczekiwany odpoczynek. :) Pozdrawiamy
Niestety nie mogę nic mądrego powiedzieć bo się nie znam. Ale chciałam powiedzieć że bardzo fajnie Wam idzie :) I jestem pod ogromnym wrażeniem postępowania Twojej córki z końmi :) W ogóle jej fanką jestem :D Taka malutka ogarnięta :) Kiedyś może być o niej głośno :D
No czyli wszystko jest na dobrej drodze :) Cieszę się, że dobrze Wam idzie i że jest coraz lepiej :) Oby tak dalej to będzie wszystko miło i sympatycznie i córka będzie zaraz na Ferdku popylać ;pPozdrawiam ;)
dziękujemy. Jeśli macie ochotę możecie również poczytać relację z dnia dzisiejszego.Ja dzisiaj miałam wiele wolnego czasu i uszyłam Ferdkowi nowy kantarek, poprzedni to był stary kantar Felicjana, brudny, postrzępiony i twardy, więc czemu nie? :)Zwykły czarny kantarek, ale z wewnętrznej strony wyścieliłam go cieplutkim czarny misiem, z mojej starej bluzy. A karabińczyk jest metalowy, z poprzedniego kantarka, po prostu doczepiony. Czyli jak można zrobić coś z niczego. Również postanowiłyśmy zapoznać Ferdka z Felkiem, do tej pory tylko się z widzenia znali. Bardzo się cieszę, że mimo ich ogromnego indywidualizmu, jakoś się zaakceptowali i nawet 3 godzinki ze sobą się paśli na jednym pastwisku. Felicjan udawał obojętnego, a Ferdek podchodził do niego i trącał go pyskiem w szyję, aby zwrócił na niego uwagę. :)Po "wypasie" córka chwilę tym razem pomęczyła Felicjana, a dokładnie jego kręgosłup, galopując na oklep na czworoboku i robiąc sobie jakieś małe przeszkody z drzew i snopów siana. Ja natomiast pomęczyła obok Ferdka, na trawie. Na początek chwila lonży, bat na ziemii leżał obok mnie i kucyś szedł ładnie, choć nie do końca reaguje na nazwy chodów. Wzięłam bat do ręki, i dotknęłam końcem bata trawy, leżał tak pod skosem, a kucyk... jechał sobie dalej, jakby on go w ogóle nie obchodził. :) Ja później z nudów wyciągnęłam swoje klacze na czworobok i chciałam z nimi trochę poćwiczyć chodzenie za mną bez kantara (i to tak, żeby mnie nie staranować), i chodzenie na dotyk na oklep, gdy już na jedną wsiadłam, a drugą wypuściłam. W tym czasie Olenia ćwiczyła z Ferdkiem kłusowanie i galopowanie z ujeżdżeniowym batem, tym krótszym na lonży, po prostej. Stała jakiś metr od niego z całkiem ładnie im szło. Później na mały odpoczynek wzięła go do sadku za naszym domem, i nauczył się sam z niskiego drzewka sobie jabłuszka zrywać. :)
Witajcie!Jak już dawno pisałam, jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką przydomowej stajni w której do tej pory trzymaliśmy 2 moje klacze, wałacha męża i kucyka mojej 7-letniej córki. Tydzień temu sytuacja się zmieniła - doszedł do nas prawie 3 letni kucyk szetlandzki, piękny kasztanowaty z białą plamą na brzuszku. :) Dostaliśmy go za darmo od dalekiego sąsiada, który chciał się go pilnie pozbyć. Kucyk nazwany przez nas Ferdynand (a żeby pasowało do drugiego kucyka mojej córki Felicjana) miał bardzo dużo właścicieli, nie znamy jego pochodzenia i dokładnego wieku, szacujemy na ok. 3 lata. Wiele przeżył, był trzymany w okropnych warunkach... Nic więc dziwnego, że jeszcze tydzień temu nie zgadzał się na żaden kontakt z człowiekiem - gryzł, kopał i obijał się o boks. Daliśmy mu 2 dni spokoju, podczas którego przyzwyczajał się do otoczenia - w tym czasie nie był wypuszczany z boksu, jedynie moja córka go karmiła i poskramiała owocami, które odważył się jeść z ręki. 3 dnia postanowiłam go wypuścić na pastwisko, nie chcę, aby aż tyle siedział w boksie. Założyłam mu kantar(przez okienko w boksie), co było bardzo trudne, bo cały czas chciał gryźć... Kila godzin mu dałam na oswojenie się z tym czymś co ma na pysku, a później córka Ola wzięła go na uwiąz i pospacerowała z nim. Miała w zapasie kilka jabłek i marchewek, bo gdy tylko wyszedł ze stajni, rzucał się na wszystko i wszystkich dokoła. W ciągu następnych dni Również dużo z nim spacerowaliśmy, i wypuściliśmy na pastwisko. Nauczył się stępować na uwiązie bez rzucania na innych... choć nadal robi to szybko, niespokojnie.Przedwczoraj wzięłam go na lonżę, na kantarze. Jeśli w ogóle będzie zajeżdżany, trzeba będzie mu kupić sprzęt, którego na razie nie mamy... Na lonży chodził bardzo ładnie, ale ma ogromną fobię przed batem do lonżowania. Gdy tylko do wyciągnęłam i chciałam spróbować z nim pokłusować, od razu zerwał się do galopu i zaczął gnać przed siebie, tak rwał, że aż puściłam lonżę, oczywiście, udało mi się go złapać, ale przekonałam się, że na razie z batem nie pracujemy, co jest kolejnym utrudnieniem.Wczoraj jednak udało mi się go popędzić do kłusa i kłusuje wyśmienicie. Galopuje również. Widać że już to na lonży robił, reaguje na nazwy chodów. Wczoraj poprosiłam męża, o trzymanie lonży i spróbowałam go dosiąść. Przyzwyczaił się już do tego, że czasem człowiek koło niego stoi, chodzi, lub głaszcze, czy czyści (choć nadal nie przekonał się do kopystki, dlatego trudno się mu czyści kopyta). Podpięłam sobie linkę (cieniutką linkę, coś na wzór wodzy, ale nie do końca) do jego kantarka i usiadłam. W stępie dosyć rwał, ale gdy chciałam, przejść do kłusa na lonży, dopiero się zaczęło... podrygiwał łbem, a później gdy już zaczął galopować, nie mogłam do zatrzymać. Musiałam zeskoczyć z galopującego kucyka, co skończyło się dość boleśnie, ale nie poważnie. Mam pytanie, co do osób które już zajeżdżały kucyki:- Czy jest szansa, że będzie on normalnie, spokojnie chodził pod siodłem przy odpowiednim treningu? Zajeżdżałam już mnóstwo koni, ale nigdy kuców. I to do tego tak złośliwych, i bojaźliwych. Proszę o rady co do zajeżdżania go, w jaki sposób powinno przebiegać. :)Pozdrawiamy
Moim zdaniem trochę za szybko to wszystko idzie. Najpierw odczuliłabym go na bat i inne "strzaszne" rzeczy, później nauczyłabym go porządnie chodzić na lonży i dopiero jak by to umiał i przestałby się na Was rzucać to zaczęłabym proces zajeżdżania, ale nie tak "ty trzymaj, ja wsiadam i wio" tylko spokojnie, po kolei, najpierw przyzwyczaić do wędzidła, siodła, podpinania popręgu (!) i dopiero wtedy wsiadanie, ale na kilka sekund, z czasem na stęp i tak powolutku, a nie hop siup i koń ZŁAMANY a nie ZAJEŻDŻONY - takie jest moje zdanie ;)Pozdrawiam i życzę powodzenia :)
Masz rację, ale pod siodłem raczej chodzić nie będzie na razie. Chodzi o to, ze do najbliższego sklepu jeździeckiego mamy 45 km, a na siodło reaguje bardzo źle, chodził pod siodłem na rożnego rodzajów festynach i innych- był bardzo źle traktowany. Ja ostatnio siedziałam w siodle kilka miesięcy temu (a jeżdżę konno codziennie) na zawodach. Moja córka, która będzie na nim jeździć, jeśli go zajeździmy to na oklep, bo ona siodła unika jak ognia. Tak właśnie niedawno to przemyślałam, drugi kucyk ma siodło, bo jest szybki i genialny na zawody juniorskie i córka czasem jeździ, a on to raczej stajni opuszczał już nie będzie.Choć znajomość ogłowia może mu się przydać, ale to nam sąsiad ma jutro dać, bo dostał ogłowie już razem z nimi - zobaczymy czy się do czegoś nadaje. a bat do lonżowania córka dziś położyła mu na pastwisku, dookoła rozrzuciła mnóstwo marchewek - na początku to miejsce omijał szerokim łukiem, ale ciekawość zrobiła swoje. :)
No i tak z tym batem bym zrobiła. Później jak dotknie bata trzymanego w ręce to nagroda itp :) A co do siodła - a siodło Felicjana by na niego nie weszło? Na samo zajeżdżanie, żeby wiedział, że siodło jest fajne, nie gryzie i nie bije itp. Bo później możecie mieć problem, bo koń będzie świetnie zajeżdżony, ale jak tylko zobaczy siodło, to zacznie szaleć. Dlatego proponowałabym chociaż oswoić go na nowo z siodłem, bo jeżeli ma z nim złe wspomnienia to powinno to zostać naprawione :) A co do ogłowia - może spróbujcie na halterku? Ja tylko na nim jeżdżę od jakiegoś czasu i moja kobyła chodzi 100 razy lepiej niż na wędzidle :)Pozdrawiam ;)
Bardzo dziękuje za pomoc. Dzisiaj otrzymaliśmy ogłowie od wcześniejszego właściciela, który stwierdził, że jest odrobinę ciasnawe, ale da się założyć... Po spróbowaniu nałożenia (zresztą panicznie się bał tego ogłowia) Nie dopinał nic, tylko tak zobaczyłam jakie jest. Materiał tragiczny, twardy, cienki, mocno się wbijał w skórę konia. Wędzidło zardzewiałe, za duże... Tragedia dosłownie. I nigdzie zachowanych palców pod podgardlem ani niczym innym nie ma... :(Również Ferdek nie co zaprzyjaźnił się z batem. Córka od razu po powrocie ze szkoły nastrugała sobie marchewek i ruszyła z nim na pastwisko. Ładniej już chodzi, nie pędzi, idzie spokojnie i można go głaskać, choć nie stoi. Jeszcze długa droga przed nami, ale widać, że robi postępy i że, zajeżdżanie przy odpowiednim sposobie może się udać. Ja na córkę Olę i Ferdka podpatruję sobie z okna i nadzoruje, choć i tak mam do niej ogromne zaufanie, wie jak się obchodzić z końmi i nie chodzi o to, że mi się nie chce, tylko ona ogromnie tego pragnie.:) Na początku postępował trochę na lonży, bo i do niej go przyzwyczajamy. Kłusa też trochę było, choć trudno było go do niego przekonać, bez bata. Później z batem też chwila była, Ola w jednej ręce trzymała bat, a w drugiej marchew i nawet, choć bardzo ostrożnie kucyś został przekupiony. Także ćwiczyłyśmy tak, że ja trzymam Ferdynanda za uwiąz, i karmię marchewką, a Ola z tyłu za zadem trzyma bat, i go głaska. Nawet gdy zaczęła delikatnie nim ruszać, Ferdek nastawiał uszy, ale wołał jeść niż uciekać. Córka zauważyła, że Ferdek boi się tylko dużego bata do lonżowania, na taki zwykły i ujeżdżeniówkę reaguje dość spokojnie. Pokłusowała więc z nim po linii prostej od czasu do czasu delikatnie klepiąc w zadek palcatem i ładnie dość było. Jak tak sobie na nich patrzyłam, jak normalnie bawią się z batem i Ferdek się nie płoszy, nigdy bym nie pomyślała, że ten kucyś jeszcze tydzień temu nie wychodził z boksu, bał się ludzi.Siodło Felicjana jest dość duże, bo i Felek od Ferdka większy i grubszy. Ale można jako sam "oswajacz" siodło stosować, bo Ferdek w ogóle boi się go powąchać... Również chcieliśmy sprawdzić jego poglądy na temat szczotki, kopystki i ogólnie czyszczenia. Wzięłyśmy go do pomieszczenia, cieplutkiego z wężem w którym kąpiemy kobyłki i wykąpaliśmy i wyczyściłyśmy go. Na węża reaguje spokojnie, chętnie ustawiał się do ciepłego strumienia wody. Szczotki lubi, ale tylko te miękkie, gdy postępujemy do niego z igiełką, gdy tylko ją poczuje, odwraca łeb i próbuje ugryźć. Kopytka daje sobie czyścić, choć niechętnie podnosi. Wymyłyśmy mu grzywę i ciało specjalnym szaponem, kopytka przeszorowały pastą miętową , wyciągając z kopyt wszystkie obce ciała - dochody, słoma, trawa, jedzenie i inne takie. Skróciłam mu też trochę grzywę i ogon, a następnie zaplotłyśmy my mu mnóstwo malych warkoczyków na grzywie, loczki za kilka dni będzie Ferdek miał. Wprost z Salony piękności trafił do świeżo czyszczonego boksu na wyczekiwany odpoczynek. :) Pozdrawiamy
Niestety nie mogę nic mądrego powiedzieć bo się nie znam. Ale chciałam powiedzieć że bardzo fajnie Wam idzie :) I jestem pod ogromnym wrażeniem postępowania Twojej córki z końmi :) W ogóle jej fanką jestem :D Taka malutka ogarnięta :) Kiedyś może być o niej głośno :D
No czyli wszystko jest na dobrej drodze :) Cieszę się, że dobrze Wam idzie i że jest coraz lepiej :) Oby tak dalej to będzie wszystko miło i sympatycznie i córka będzie zaraz na Ferdku popylać ;pPozdrawiam ;)
dziękujemy. Jeśli macie ochotę możecie również poczytać relację z dnia dzisiejszego.Ja dzisiaj miałam wiele wolnego czasu i uszyłam Ferdkowi nowy kantarek, poprzedni to był stary kantar Felicjana, brudny, postrzępiony i twardy, więc czemu nie? :)Zwykły czarny kantarek, ale z wewnętrznej strony wyścieliłam go cieplutkim czarny misiem, z mojej starej bluzy. A karabińczyk jest metalowy, z poprzedniego kantarka, po prostu doczepiony. Czyli jak można zrobić coś z niczego. Również postanowiłyśmy zapoznać Ferdka z Felkiem, do tej pory tylko się z widzenia znali. Bardzo się cieszę, że mimo ich ogromnego indywidualizmu, jakoś się zaakceptowali i nawet 3 godzinki ze sobą się paśli na jednym pastwisku. Felicjan udawał obojętnego, a Ferdek podchodził do niego i trącał go pyskiem w szyję, aby zwrócił na niego uwagę. :)Po "wypasie" córka chwilę tym razem pomęczyła Felicjana, a dokładnie jego kręgosłup, galopując na oklep na czworoboku i robiąc sobie jakieś małe przeszkody z drzew i snopów siana. Ja natomiast pomęczyła obok Ferdka, na trawie. Na początek chwila lonży, bat na ziemii leżał obok mnie i kucyś szedł ładnie, choć nie do końca reaguje na nazwy chodów. Wzięłam bat do ręki, i dotknęłam końcem bata trawy, leżał tak pod skosem, a kucyk... jechał sobie dalej, jakby on go w ogóle nie obchodził. :) Ja później z nudów wyciągnęłam swoje klacze na czworobok i chciałam z nimi trochę poćwiczyć chodzenie za mną bez kantara (i to tak, żeby mnie nie staranować), i chodzenie na dotyk na oklep, gdy już na jedną wsiadłam, a drugą wypuściłam. W tym czasie Olenia ćwiczyła z Ferdkiem kłusowanie i galopowanie z ujeżdżeniowym batem, tym krótszym na lonży, po prostej. Stała jakiś metr od niego z całkiem ładnie im szło. Później na mały odpoczynek wzięła go do sadku za naszym domem, i nauczył się sam z niskiego drzewka sobie jabłuszka zrywać. :)