hendzi (w portalu od 2012-08-05 17:46:12)
Końmi zaczęłam się interesować, gdy byłam małym dzieckiem.
Od tamtego czasu pokonałam drugą drogę.
Dla mnie jazda konna to ciągła nadzieja, pogoń za marzeniami.
Od 7 roku życia kocham konie. Kiedyś to było mało znaczące hobby, sporadyczne jazdy..
Ale potem zaczęła budzić się niezwykła sympatia do tego sportu.
Konie towarzyszyły mi zawsze - na wakacjach, u rodziny, w każdą wolną chwilę.
Potem trafiłam do cudownego miejsca jakim jest WKS Śląsk w Rakowie, pod opiekę Pani Anii.
Denerwował mnie jej rygor, ostrość i stanowczość, ale gdy teraz na to patrzę.. to były najpiękniejsze chwile mojego życia.
Nie miałam planów na przyszłość , miałam tylko 10 lat. Nie doceniałam tego co mi dano.
Potem przestałam jeździć. Mama zaszła w ciążę, do Rakowa mieliśmy 1,5 godziny drogi i do tego 50zł za godzinę, nie moglismy sobie na to pozwolić.
Gdy moja mama była w ciązy nienawidziłam jej za to, że odebrała mi to wszystko.
Tak samo po narodzinach mojej siostry, obwiniałam ją za tę stratę.
Ale gdy miałam 13 lat kupiono mi konia - araba, Winda. Znajdował się on u znajomych hodowców.
Jeździłam tam często, lecz bez prawdziwego trenera powrót do formy był niemożliwy, jeździłam coraz rzadziej i radziej, bo siostra dorastała i wymagała więcej uwagi.
Od tamtego czasu zaczęłam marzyć o tym, jak cudownie byłoby wrócić do Rakowa, ale to było niemożliwe.
W 2011 pojechałam na obóz do Gutowa. Miło wspominam tamte wakacje, ale nie zmieniły nic w moim jeździectwie. Jazdy raz na miesiąc i marzenia..
Pod koniec wakacji mama pierwszy raz zobaczyła jak jeżdżę.
Była przerażona i nie chciała żebym ro więcej robiła..
W 2012 kupiono kolejnego konia -Grego. Nie mogłam na nim jeździć, bo miał zerwane ścięgna, poza tym - brak trenera.
Więc minął kolejny rok sporadycznych jazd.
Ale konie wciąż mnie otaczały, na każdym kroku towarzyszył mi ich obraz.
To był najcięższy rok. Odebrano mi praktycznie całkowicie to co kochałam.
Przynajmniej raz w miesiącu spędziłam noc w płaczu, histeryczną rozpaczą za tym co minęło.
Tego samego roku pojechaliśmy na Hubertusa do Rakowa, odwiedzić po latach to miejsce.
Na sam widok stajni serce zaczęło mi walić, znowu powróciły marzenia i nadzieje.
Spotkalismy tam panią Ankę, moją starą instruktorkę.
Zobaczywszy ją poryczałam się, kiedyś uwzięta jędza, a teraz ukochany wzrór.
Zaproponowaliśmy jej aby sprawdziła nasze dwa konie - Grego i nieujeżdżonego jeszcze Cezara.
Ona odłożyła to na wiosnę.
Całą zimę robiłam sobie nadzieje, snułam marzenia, planowałam.
W 2 dzień świąt postanowiłam poruszyć ten temat przy dotej pory nieswiadomej niczego mamie.
Ona zgasiła doszczętnie moje plany i marzenia, kolejna noc spędzona na płaczu.
Aż nadszedł ten dzień. Początek ferii, tata dzwoni do Pani Anki.
W tajemnicy przed mamą ustalił on plan - zawozimy tam konie.
Ale Pani Ania miała plany wobec mnie, chciała mi wyrobić odznakę, licencję i być moim trenerem skokowym.
Było to spełnienie moich marzeń, ba - nawet nie śmiałam o tym marzyć.
Ale do wiosny daleka droga.
Największy strach budziła we mnie reakcja mamy, gdy dowie się o naszym zamiarze.
Nie pozwalało mi to spać, oglądałam stare zdjęcia płacząc z niemocy.
Ale wczoraj się to stało - powiedziśmy jej o naszym postanowieniu.
Ona z niechęcią i wielkim niesmakiem się zgodziła.
Jej zgoda była dla mnie wszystkim
Teraz nic nie stoi mi na drodze do spełnienia największego marzenia życia.
5 lat walczyłam z przeciwami, z własnymi marzeniami.
Gdy tylko budziły się we mnie nadzieje, ktoś je gasił
Nie zliczę zapłakanych nocy
Ale teraz musi się udać
Mam 16 lat i liczę że niemożliwe się spełni
Że te 5 lat cierpień nie poszły na marne, ale dały mi siłę do walki
Uwierzcie mi, że pisząc tę historię cała się zaryczałam
Nie wiem jaka będzie moja radość gdy moje sny się spełnią.
Brak dodanych ogłoszeń.