Witam wszystkich,piszę ten wątek jako jeździec początkujący, osoba dorosła.Postaram się wyjaśnić dlaczego postanowiłam skończyć z jazdą konną zanim tak naprawdę rozpoczęłam ją na dobre. Dlaczego uważam, że jest bezsensu i frustruje jak chyba żaden inny sport... Od dziecka marzyłam, żeby jeździć konno, kochałam wszystkie zwierzęta, więc nie było w tym nic dziwnego. Raczej na tym forum spotkam samych wielbicieli jeździectwa, więc proszę się wczuć:Chcesz jeździć konno jako dziecko, niestety rodziców najzwyczajniej nie stać na opłacanie tej zachcianki - nie mowa nawet o posiadaniu własnego konia - po prostu lekcje są zbyt drogie. W końcu osiągasz pełnoletność, pracujesz za grosze i oddajesz połowę wypłaty na lekcje jazdy - myślisz udało się, w końcu!Niestety po paru miesiącach stwierdzasz, że wydajesz kupę kasy (tak - dla niektórych 300 zł na karnet to połowa wypłaty) i nic dalej z tego nie będzie. Odkrywasz, że w pobliskiej stajni, w której jeździsz nic cię nie nauczono - wygląda to bardziej na wynajem konia na godzinę niż NAUKA JAZDY. Powiesz - "zmień stajnię!" - w innych niekoniecznie jest lepiej, a jeszcze drożej i dalej, co dla osoby, która nie ma samochodu jest jednak przeszkodą. Każdy "instruktor" uczy inaczej, mówi co innego, przeczą sami sobie. Rodzice nie zawiozą mnie do wybranej stajni, nie zaleją do baku, nie opłacą zachcianki.Idziesz w końcu do byle jakiej stajni z tą ciężko zarobioną kasą i widzisz tylko ogrom nastolatek i dzieciaków, wysiadających z rodzicami z drogich samochodów, z nietanim własnym sprzętem, jeżdżących regularnie lub dzierżawiących konie czy nawet posiadających własne w pensjonacie - wszystko za grubą kasę rodziców. A potem wyrasta taka i uczy mnie jeździć dziewczyna młodsza ode mnie (a stara nie jestem), bo jeździ już 8 czy 10 lat konno.Nie jest to żal spowodowany zazdrością, że inni mają a ja nie - tak jest pod każdym względem, tak wyszło, lecz tym, że mimo dużych chęci nie ma środków a tym samym możliwości spełnienia marzeń. Powiesz - szukaj, brak kasy nie jest przeszkodą, pomagaj komuś, w stajni itd. - odpowiadam: kto przyjmie do pomocy osobę, która dopiero zaczęła, która sama niewiele umie? A sprzątanie boksów przez kilka dni w tygodniu w stajni oddalonej o 30 km za godzinę jazdy też nie jest rozwiązaniem, bo przecież masz normalną pracę i musisz do niej chodzić.Snobistyczne towarzystwo jeździeckie początkujących rekreantów traktuje z góry, płacisz tę kasę a i tak czujesz się w stajni jak stary intruz - odbębnij godzinkę jazdy, płać i spadaj!Co innego jeśli trenujesz u nas sportowo lub masz konia w pensjonacie...Wpadasz w kompleksy, wiesz, że nie dasz rady "uczyć się" na tyle długo, żeby dobrze jeździć - jeszcze na forum ci napiszą coś w stylu, że "ja jeżdżę 10 lat i nie powiem, że umiem dobrze jeździć, a ty jeździsz pół roku i mówisz, że umiesz?".I wtedy dochodzisz do wniosku, że jazda konna w twoim przypadku jest bezsensu, staje się przyczyną zdenerwowania, kompleksów i frustracji - ambicja stała się twoim wrogiem.Wierzyłam, że nauczę się w miarę podstaw jeździectwa, znajdę tanią dzierżawę i będę mogła trwać w pasji - niestety, rzeczywistość okazała się brutalna - możesz jedynie w takim ciągu co najwyżej nadal latami jeździć w kółko na małym maneżu - piszcie co chcecie, ale nie o to chodzi w jeździe konnej...Piszę ten post, bo może czujesz tak samo jak ja, może jeszcze do tego nie dojrzałeś, ale pojawiają się już w Twojej głowie podobne myśli i zastanawiasz się co robić: czy warto tracić nerwy? Moja odpowiedź już padła: nie warto. Jest to gra niewarta świeczki.Piszę ten post do osób, które nie urodziły się "w siodle" na wsi ani nie mają pieniędzy na spełnianie marzenia w stopniu zadowalającym.Piszę ten post jako wyraz frustracji zwykłej dziewczyny, której się nie udało do wszystkich zadufanych w sobie adeptów jazdy konnej.Piszę ten post, zostawiając informację, że jeżeli kiedykolwiek w moim życiu pojawi się okazja pozwalająca na jazdę konną w normalny sposób, bez stresu o pieniądze, o brak umiejętności, presję czasu czy otoczenia "mistrzów jeździectwa" - wrócę do tego, jednak na chwilę obecną, w warunkach jakie są - mówię: to koniec.
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)zgadzam się , zwłaszcza ze zdaniem że "sport wymaga poświęceń i samozaparcia." Nikt nie mówił, że jazda konna jest łatwa i przyjdzie od tak sobie i po paru jazdach jeździ się jak zawodowiec. Na to potrzeba lat, wytrwałości ... Trzeba pokonać pewne rzeczy, także w psychice, aby jeździć ... Mam nadzieję, że każdy kto kocha konie i jest to jego prawdziwa pasja, będzie wytrwale dążył do tego, aby się w niej spełniać! :)
najwyrazniej zle trafilas. szczerze wspolczuje. wiesz ja na codzien spotykalam sie z tym, ze ktos prosto w twarz mowil mi, ze jezdzic nie umiem. i zdaje sb z tego sprawe. niestety wiem, ze wielkim sportowcem nigdy nie bede. bardzo chce probowac. niestety tak ten parszywy swiat jest zorganizowany, ze jednak za wszystkim stoja pieniadze. moze kiedys uda ci sie znalezc jakiegos prywatnego wlasciciela, ktory bedzie miec 2, gora 3 konie i bedzie potrzebowal kogos do pomocy... ;) bede trzymac za cb kciuki.
od dawna uwarzam, ze najwiecej ucza konie. niestety czasami trudno jest wyczuc granice, dlatego instruktor tez jest potrzebny... trudno to wszystko ze soba zgrac :(
Może nie jestem bogata..ale to sprawia mi przyjemność..nawet potrafie sama cos rpzeczytać i sobie tak pomóc na jeździe żeby uczyć się jeszcze więcej..Ja trafiłam na stajnią którą kocham i kochać będę..chociaż inni jej nie lubia.. Po prostu kocham konie tam i ludzi z tamtąd..Nie stać mnie na spełnienie marzeń..ale nie poddam się : )
Jestem mile zaskoczona jakimkolwiek zainteresowaniem moim długim postem. Widzę, że odezwały się głosy "mam podobnie", "nie stać mnie na spełnienie marzeń"..."Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy
przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych."Nie próbuję nikogo zniechęcić do nauki jazdy - wręcz przeciwnie - jeżeli
masz możliwości, udało Ci się mimo przeszkód, trwaj w tym i spełniaj
się. Gorzej jeżeli przeszkody okazały się nie do przeskoczenia, stąd
moja odpowiedź: nie chodzi przecież o brak zaparcia, stwierdzenie, że
jazda jest zbyt trudna czy brak chęci - w niemal wszystkich przypadkach
przeszkoda okazuje się jedna - pieniądze, a raczej ich niedostatek. Nie
zrozumieją tej frustracji osoby, które mają możliwość uczyć się jazdy w
kółko latami, bo nie muszą odliczać złotówek, które lecą podczas
siedzenia w siodle.
Uważam, że nie można tej dyscypliny porównywać do innych sportów - to nie rolki, rower, łyżwy, tenis czy cokolwiek innego, gdzie zaoszczędzisz - kupisz, co masz kupić i możesz się w to bawić.To nie taniec, teatr czy gimnastyka, gdzie często można rozwijać swoją pasję za darmo wśród ludzi, którzy bawią się tym co robią."Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie."Chyba nikt nie sądzi, że się nie orientowałam - niestety sytuacja w pobliżu mnie - na Śląsku - wygląda jak w poście pierwszym."Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport
elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy
przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim
sprzętem."Dokładnie - dobrze, że ktoś przyznał fakt o elitarności tego sportu, jazda konna jak widać niestety nie jest dla wszystkich jak próbują przekonać Cię na stronach szkółek jeździeckich. Dlatego smutno mi bardzo i zadaję sobie pytanie: dlaczego ja wymyśliłam sobie akurat jazdę konną? W końcu marzenia do spełnienia to szczęścia klucz.
Podoba mi się ten post. Daje do myślenia, tylko powiedz czego oczekujesz od ludzi? Nie chce żeby to zabrzmiało sarkastycznie, więc potraktuj te pytania normalnie, ale chcesz współczucia ? rad ?Powiem Ci jakie sa moje odczucia. Zgodzę się, że w przypadku jazdy konnej nie wystarczy powiedziec sobie czegoś w stylu "chcec to moc" albo "jesli naprawde to kochasz, to bedziesz o to walczyć" (no, na jedno wyszło) . Tak się nie da, bo jeśli nie czujesz na jeździe swobody, to ona nie sprawi przyjemności. A jazda "na siłę" nie ma sensu. Przyjeżdżasz w miejsce, w którym chcesz czuć się szcześliwa, chcesz się rozluźnic i czerpać radość z tego co robisz a zostajesz zmierzona milionami spojrzen, za to uwagi instruktorów nie brzmią juz jak dobre rady tylko zwyczajna krytyka Twojej osoby.Moi rodzice też nie mieli kiedyś kasy. Dopiero po jakimś czasie zgodzili się puścić mnie na jazdę konną. Przez pierwszy rok jeździłam w stadninie czułam się dokładnie tak jak opisałam powyżej. Może to nie ja zarabiałam, ale rodzice liczyli mi każdą złotówkę. Ponieważ jazda tam mi sie nie podobałą zaczęłam jeździć na stajni, gdzie płaciłam dużo mniej, a jeździłam dużo więcej. Wszystko było super. Miałam samowolkę. Jeździłam na koniu, którego sobie wybrałam i nikt nie pilnował moich łydek, pleców ani rąk. Po 3 latach (jak już myślałam, ze tak super jeżdżę) zaczęłam sie porównywać do innych jeźdzców (mieli piękną postawe, idealny osiad i własnego konia). Stwierdziłam, ze jestem 3 lata w tył z techniką i wszystkimi szczegółami o które trzeba zadbać podczas jazdy konnej. Wróciłam do tej stadniny i lecę od nowa. Znowu "przemiłe" spojrzenia i wszyscy w koło nagle prostują plecki, udają, ze są idealni i wywyższają się. Staram się tym nie zniechęcać. Wcześniej mogłam galopować całą godzinę, a teraz w kółko kłus i ciagła korekta dosiadu. Ale nie ma drogi na skróty i to wszystko trzeba dopracować. Wiem, że moja sytuacja nie odnosci sie idalnie do twojego postu, ale tak jak Ty chciałam na swoim przykladzie opisać jak dla mnie wygląda jeździectwo.Za bardzo nie wiem co Ci powiedzieć. Z jednej strony w Twojej sytuacji ciężko jest czerpać przyjemność z jazdy, a na chama przeciez nie bedziesz na konia włazić. Z durgiej strony w moim przypadku pierwszy rok wyglądał tak samo, a ludzmi wokół siebie nie powinno się przejmować. Myślę, że jeżeli masz możliwość jazdy raz na tydzień to nie rezygnuj. To wystarczająco dużo żeby w ciągu dwóch lat nauczyć się już raczej swobodnie jeździć. Nie zwracaj uwagi na osoby, które unoszą się ze swoim bogactwem i własnym konikiem, bo takie są wszędzie.Poza tym może się okazać, że niektórzy tylko wydają się tacy nieprzyjemni przez swoją powage. Możesz zapytac o lekcje indywidualne, a jak już będziesz lepiej jeździć to pytaj o wyjazdy w teren. Taka jazda jest dużo przyjemniejsza. Dla mnie pierwszy rok był męczący, bo zaczęłam dokładnie tak jak Ty zaczęłaś. Ale w końcu przyjdzie ten moment, że będziesz swobodnie jeździć, a to bardzo dużo zmienia. Skoro nikomu wokól Ciebie nie pali się do uśmiechu to olej to. Może dzięki temu nie będziesz przeszczęśliwa....już nie mówiąc o tym, że dotlkiwe są wszystkie niepowodzenia na jeździe. Nie raz będziesz zła na konia albo na siebie, ale niestety to jest normalnie. Myślę, że nawet gdybyś miała swojego konia i jeździła dzień w dzień to tej sytuacji nie zmieni. Przyspieszyłoby jedynie naukę. Owszem jazda na własnym koniu przynosi wiecej satysfakcji, ale jazda sportowa wcale nie musi byc lepsza. Nikt po każdej jeździe nie schodzi z konia z uśmiechem. . Z resztą myślę, że masz tego świadomość, tylko otoczenie zniechęciło Cie do jeździectwa.Starałam się spojrzec w miare obiektywnie. Nie chciałam Cię niczym urazić. Trochę misz masz, ale mniej więcej tak to widzę...pozdrawiam :)
Ja jestem zdania, że nie każdy, kto kocha koniki powinien uprawiać jeździectwo. Ktoś, kogo frustruje i zniechęca brak pieniędzy, zachowanie innych jeźdźców, czy brak natychmiastowych postępów w jeździe, zwyczajnie może się do tego nie nadawać i nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Psychika jest bardzo ważna w każdym sporcie i nie ma w nim miejsca dla tych co płaczą, że są do niczego, nie dadzą rady, inni mają łatwiej, a oni nie potrafią i są tacy poszkodowani przez los. Oczywiście warto walczyć o marzenia, tylko, że zawsze może się okazać, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż to co sobie wyśniliśmy i wymarzyliśmy.
Ja jestem zdania, że nie każdy, kto kocha koniki powinien uprawiać jeździectwo. Ktoś, kogo frustruje i zniechęca brak pieniędzy, zachowanie innych jeźdźców, czy brak natychmiastowych postępów w jeździe, zwyczajnie może się do tego nie nadawać i nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Psychika jest bardzo ważna w każdym sporcie i nie ma w nim miejsca dla tych co płaczą, że są do niczego, nie dadzą rady, inni mają łatwiej, a oni nie potrafią i są tacy poszkodowani przez los. Oczywiście warto walczyć o marzenia, tylko, że zawsze może się okazać, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż to co sobie wyśniliśmy i wymarzyliśmy.Zgadzam się. Owszem, też nie mam dobrej sytuacji, bo jazda raz w tygodniu to nie są jakieś cuda. Ale jak będę starsza to może coś wymyślę np. jeździc konno za pomoce w stajni. Na razie nie mam takiej możliwości.
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)Wątpię, że obóz jeździecki jest lepszym rozwiązaniem. Założmy, że porządny obóz kosztuje 1400 zł za 10 dni w tym 20 godzin jazdy, a jedna jazda konna kosztuje 30zł. Wiesz ile za 1400zł by było jazd? Sama piszesz, że na jazdy ci zarabiają rodzice, więc... Ale rzeczywiście - obóz się przydaje, lecz nie dla osoby, która ma kiepską sytuację finansową.
Witajcie.
Doskonale rozumie "Aventie". Jeździectwo stety albo niestety wiąże się z
pieniędzmi, dużymi pieniędzmi. Sam sprzęty jest niekiedy wart tyle co
samochód. Ja dokładnie z takich samych względów nie jeżdżę konno. Nie
stać mnie na taką przyjemność. Mimo, że pracuję nie mogę sobie pozwolić
na regularne jazdy. Dwa lata temu zrobiłam sobie prezent na wakacje i
wykupiłam sobie 10 jazd. Dostałam konia, dostałam instruktora, jechałam w
zastępie. Oczywiście zauważalnie jechałam najgorzej. Wiem, że w
zastępie jeździ się, kiedy ma się jakieś pojęcie o jeździe. Kompletnie
nie umiałam się zgrać z koniem. To nie jego wina tylko moja. Raz było
dobrze, raz źle. Myślałam, że im więcej czasu będę przebywać z końmi to
zacznę je rozumieć. Stało się zupełnie odwrotnie. Zaczęłam się ich...
bać. Od momentu, kiedy koń mnie ugryzł i kopnął podchodzę do nich z
dystansem. Konie to wyczuwają dlatego postanowiłam spasować.
W zeszłe wakacje byłam w Książu i konie wystawiały łby z boksów, a ja
bałam się je pogłaskać po chrapach. Od tego czasu nie widziałam koni,
nie jeździłam. W dalszym ciągu kocham te piękne stworzenia, ale
stwierdziłam, że skoro nie mogę się im poświęcić to nie mam zamiaru na
siłę od czasu do czasu pokazywać się w stajni i tylko się przygnębiać,
że inni mogą częściej.
Wiadomo, że brak pieniędzy dla kogoś kto bardzo chce jeździć nie
stanowią przeszkody. Jednak te górnolotne słowa zderzają się z
rzeczywistością.
Becia, żeby konie poznać i przestać się ich bać nie koniecznie trzeba na nich jeździć. Samo przebywanie z nimi, przyglądanie jak się zachowują na pastwisku moze dać wiele satysfakcji :) Aventie Co do kasy, fakt to moze być problem... Ale myśle ze wazniejsze jest podejście i zaangazowanie bo gdybyś naprawde czerpała przyjemnosc z jazdy pewnie udałoby sie wyskrobać jakoś te 30 zł choć 2-3 razy na miesiac. Ja tez zaczelam jezdzic całkiem niedawno, bo rok temu, jako dorosła już osoba i też w stajni w której mieli mnie gdzieś... Z tym ze ja nigdy wczesniej nie marzyłąm, a nawet nie myślałam o jeżdzie konnej... na pierwsza lekcje poszłam przez przypadek i wpadłam w ten sport tak ze od roku nie myśle o niczym innym. Przez pierwszych 10 jazd odliczałam dni tygodnia kiedy znowu będe mogła iść na konie... I kasa sie nie liczyła... poprostu wpieprzam zupki chińskie na obiad ^^ i zawsze coś sie odłożyło. A wtedy tez nikt mnie niczego nie uczył,ale ja byłam uparta... duzo informacji mozna znaleść w internecie a jak masz juz jakieś blade pojęcie w teori to wiesz o co pytac w praktyce. I tak na jazdach to ja zadawałąm pytania, wszystkim co sie akurat nawineli na padoku, nie koniecznie instruktorowi. Nie wiem czy to zdałoby egzamin na dłuższa metę pewnie nie, teraz jezdze juz w innej stajni i to zupełnie inna nauka... Ale moja dociekliwość i zaangazownie wystarczyły na początek. Teraz nie widzę mojego zycia bez koni. Nawet jak nie jezdze to siedze w stajni, bo jak pisałam na początku uczyc sie mozna w różny sposób. Kończąc zycze wszystkim znalezienia pasji która wciągnie was jak mnie jeżdziectwo :)
Tortuga masz rację. Upór w tym co się robi jest najlepszym sposobem żeby dojść do celu. Czasami po prostu nie ma się tej motywacji, może się myśli, że to samo przyjdzie. Kiedyś oglądanie koni było najwspanialszą, najcudowniejszą rzeczą jaka mogła mi się przytrafić. Teraz im mniej z nimi przebywam tym trudniej mi się zachować, kiedy widzę je w rzeczywistości. Cóż taka jest kolej rzeczy.
Hej, aż się zdziwiłam czytając Twój post. Moja sytuacja wyglądała poniekąd podobnie. Zaczęłam swoją przygodę z jeździectwem w wieku 11 lat, a w wieku 15 lat zrezygnowałam z powodu ludzi, którzy traktowali mnie w stajni, delikatnie mówiąc, z góry. Ciągle mnie ktoś "gnoił" i traktował jak intruza, bo wszyscy wiedzieli że nie chcę jeździć sportowo i rywalizować, tylko chcę na zawsze pozostać w rekreacji i robić to dla przyjemności. W końcu moje wizyty w tamtejszej stajni kończyły się takim stresem że nie dałam rady tego kontynuować. Próbowałam zahaczyć się w innych stajniach, prywatnych, ale tam nie dość że było tak drogo, że rodzice nie chcieli dawać mi kasy, to jeszcze dostawałam konia na godzinę i "rób co chcesz". W końcu kompletnie zrezygnowałam z jeździectwa. Przez lata męczyłam się z tym, że odpuściłam z jednej strony, z drugiej strony z tym że nie mogę wrócić, bo do czego? Do wiecznie wrednych, wywyższających się, kasiastych jeźdźców, wśród których i tak zawsze będę gorsza? Bałam się, że nie dam rady... Ale niedawno coś się zmieniło. Mój chłopak, z ktorym jestem już prawie 3 lata, a który zna mnie od momentu kiedy przestałam jeździć konno, stwierdził, że jeżdżąc na stajnie może i się męczyłam, ale nie robiąc tego męczę się jeszcze bardziej. Wręcz zmusił mnie, abym uruchomiła kontakty z przeszłości i poszukała w miare taniej stajni. I udało się. Sama w to nie wierzyłam, ani nie byłam do tego przekonana. Ale od prawie dwóch miesięcy znów jeżdżę konno u dziewczyny (młodszej ode mnie ;)) na jej koniu, bo ona nie ma czasu na nim jeździć. Dziewczyna prowadzi mi jazdy za 20 zł, zabiera w teren, troszkę skaczemy, ćwiczymy dosiad. Może i nie jest profesjonalnym instruktorem, ale pracuje zawodowo w stajni, a atmosfera na jazdach z nią jest świetna. Niedługo będę dzierżawić jej konia. Po pięciu latach zatem wróciłam do jeździectwa, jestem szczęśliwa i wreszcie czuję że robię to co kocham. Piszę Ci tego posta, dlatego że wiem jak się czujesz i wiem, że jeździectwo jako sport elitarny, niestety zrzesza ludzi, którzy patrzą na nas z góry, co jest strasznie frustrujące. Ale uwierz mi, NIE DAJ SIĘ!! Dlaczego "system" ma pokrzyżować Twoje marzenia?! Wiem, jak się czujesz, ale słuchaj, marzyłaś o tym od zawsze, a początki zawsze są trudne! Poza tym, na pewno na stajni są też fajni ludzie, tylko musisz ich znaleźć!! :) Radzę Ci, uruchom kontakty prywatne, popytaj koleżanek, może trafisz jak ja, na kogoś, kto nie ogłasza się w mediach, ale ma konia na którym mogłabyś pojeździć? Nie rezygnuj, choć jest bardzo ciężko, nie warto tracić czegoś tak pięknego... Ja choć wróciłam do jeździectwa, zawsze będę żałowała tych pięciu straconych lat. Jakbyś chciała pogadać, to zawsze możesz napisać na priv. Nie poddawaj się :)
To trafiłaś na straszną stajnię - innymi słowy mówiąc. Ja nie umiałam jeździć konno, z utęsknieniem jako małe dziecko patrzyłam na obrazki śliczniusich koników i kucyków w różnych książeczkach dla dzieci. Kiedyś udałam się na przejażdżkę rowerem po okolicy, dwie-trzy ulice dalej od mojego domu znajdowała się stajnia, jeździłam tam codziennie patrzeć na konie biegające na pastwisku i jak inni jeżdżą konno.Pewnego razu jak tak sobie stałam i patrzyłam na te konie, podeszła do mnie instruktorka z owej stajni, przedstawiła się, zaprosiła mnie do środka, pokazała mi wszystkie konie, pozwoliła mi nawet jednego wyczyścić, pokazała mi wszystko co i jak (przypomnę, że byłam dla niej obcą osobą).Następnego dnia też tam przyjechałam i zapytałam się o szczegóły dotyczące jazdy konnej w tej stajni, koszty itp. Zaproponowano mi, że mogłabym pomagać przy koniach, czyścić je, sprzątać w stajni w zamian za jazdy. Minęły trzy lata, zmienili się instruktorzy, konie, wszystko się zmieniło. Odeszłam z tamtej stajni. Biorę treningi w dużej stajni raz w tygodniu, szkolę się, trenuję, a oprócz tego jeżdżę do pana, który ma konie, czyszczę je, opiekuje się nimi itd.Naprawdę, ale łatwo nie miałam. Rodzice zgodzili się na jazdy, ale tylko raz w tygodniu, dzięki tamtej stajni nauczyłam się naprawdę wielu rzeczy.Nauczyłam się podstaw, obchodzenia z końmi itp. Ale pomińmy to. Może jazda konna nie jest dla Ciebie, to sport jak każdy inny i jak każdy inny kosztuje. Tyle, że tu masz sporo wyjść, bo możesz porozmawiać, że chciałabyś pracować w stajni w zamian za jazdy, a na przykład w szkołach tańca nie ma takiej możliwości, no bo przecież nie będziesz zamiatać parkietu w zamian za treningi. Rozumiem, że niektóre szkoły organizują lekcje za darmo, ale tam niewiele można się nauczyć. Wybacz, ale każdy sprzęt do każdego sportu jest drogi nawet taka rakieta do tenisa kosztuje ;)Szkółki jeździeckie muszą się cenić. Udostępniają własne konie, uczą Cię, korygują Twoje błędy, poświęcają swój czas i jeszcze muszą przecież utrzymać z tego co zarobią swoje konie, kupować nowy sprzęt jeżeli stary uległ zniszczeniu. To się tylko tak wydaje, że to nic takiego, a w rzeczywistości, utrzymanie takiej stajni, zapewnienie godnych warunków zwierzętom i jeszcze zapewnienie im jedzenia kosztuje, rachunki za prąd i wodę i jeszcze opłacenie stajennych i instruktorów, kowala i weterynarza co najmniej raz w miesiącu.
Jestem w stanie zrozumieć to ,że frustruje Cię to ,że naukę jazdy prowadzi dużo młodsza od Ciebie dziewczyna,ale nigdy nie zrozumiem twojej postawy gdy byłaś młodsza i nie pracowałaś. Wtedy mogłaś pomagać w stajni i w zamian za to mieć kilka lekcji, które mogłabyś wykorzystać całym sobą i nauczyć się czegoś. Towarzystwo (jak to określiłaś? "snobistyczne"?) nie jest takie wszędzie! Zawsze zdarza się kilka aroganckich osób, ale wystarczy nie zwracać na nie uwagi, a w tym sporcie liczy się przede wszystkim koń, a nie towarzystwo! Mogłabyś "wywęszyć" wśród znajomych czy ktoś nie może poprowadzić lekcji dla Ciebie, lub poszukać stajni , w których ceny nie są aż tak wygórowane. Wypowiedź AgnesC jest według mnie bardzo mądra, bo Ty chyba faktycznie przesadzasz. Skoro tak szybko zrezygnowałaś ,to nie mogłaś zakochać się w tym sporcie, a gdyby to nastąpiło ,to wstąpiły by w Ciebie nowe siły i dążyłabyś do spotkań z końmi a nie zamartwiała tym, że nie masz jak uprawiać tego sportu. Oczywiście, jeździectwo jest drogim sportem ,ale (znowu przytaczając słowa AgnesC) to sport uznawany za elitarny, więc nie ma się co dziwić! Ja osobiście uważam,że na wszystko jest sposób i zwyczjnie za szybko się poddajesz :)
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmień (a ja Cię zapewniam że wieele szkółek naprawdę próbuje Cię czegoś nauczyć).Stajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Ogólnie jeździectwo uszlachetnia, i robi z człowieka bardziej wrażliwego, więc jeśli spotkałaś tam jakiś snobów-miałaś peeecha.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Masz dwa rozwiązania-poddaj się, lub spróbuj walczyć!
ja też miałam podobną sytuacje , która się ciągnęła baaardzo długo ( tylko że ja nie jestem jeszcze dorosła :D ) zaczęło sie to jak miałam może z 4 lata , bardzo chciałam jeździć konno , rodzice obiecywali co roku i cały czas mieli jakieś wymówki to stary samochód i nie dojedzie , brak kasy , jesienią mówili że w wiosną zacznę jeździć i cały czas guzik z tego wiedziałam , wierzyłam i czułam że mi sie uda , że będe mogła chociaż dotknąć tego wymarzonego konia może z 3 lata sie takie wymówki ciągnęły potem kredyt i wiadomo , jak tylko wspominałam o jeździe to od razu sie darli na mnie i w ogóle, "nie mamy pieniędzy" ale cały czas i tak wierzyłam , potem w 3 klasie szukaliśmy jakiś stadnin , jak znalazłam to od razu że za daleko i nie ma kasy i tak w kółko w 4 klasie na końcu szukaliśmy z mamą jakiś stadnin po całym internecie , w końcu porozmawiałam z rodzicami i powiedzieli że w maju (był początek kwietnia ) w maju mówili że pod koniec maja aż w końcu mama przyszła i porozmawiałyśmy , wyszło na to że sie rozpłakałam i leżałam w moim pokoju przyszli rodzice i tata w końcu powiedział " w ten piątek jedziemy do stadniny" nareszcie ! moje marzenie sie spełniło , teraz nawet nie wymyślali wymówek ( mamy nowy samochód i kredyt prawie spłacony ) ale i tak krucho z kasą , więc wiem co czujesz , nie przejmuj sie wiekiem w mojej stadninie jest gościu po 30 a uczy sie jeździć , mój tata sie chce nauczyć a ma 47 :D
Wydaje mi się, że sporo jest ludzi, którzy pomimo ogromnej i odwiecznej pasji mają trudności z rozpoczęciem praktycznej przygody z jeździectwem ze względów finansowych zwłaszcza. Ja na swój "start" też musiałam czekać długo. Po skończeniu 18tki poszłam do jakiejkolwiek pracy w durnym telemarketingu, siedziałam tam parę miesięcy tylko po to żeby zarobić na początek nauki, a w międzyczasie szukałam sensownego miejsca, co w moim rejonie, z którego pochodzę łatwe również nie jest. Wytrwałe poszukiwania przyniosły jednak rezultat, udało mi się dogadać z dziewczyną, która posiadała małą stajnię z paroma końmi i zgodziła się nieco mnie poinstruować. Nasza współpraca trwała parę ładnych miesięcy, w międzyczasie starałam się skompletować podstawowy sprzęt jeździecki dla siebie: toczek, bryczesy, sztylpy i dopiero dużo później cała reszta. Oczywiście pieniądze, które udało mi się zarobić w pewnym momencie zaczęły się kończyć, ale wtedy próbowałam zdobyć trochę kasy wystawiając niepotrzebne książki i inne przedmioty na serwisie aukcyjnym. Działanie to przyniosło zaskakująco pozytywne efekty, później zaczęłam się rozglądać za konkretną pracą i trafiłam na krótko do całkiem sympatycznego ośrodka jeździeckiego, do którego niestety musiałam dojeżdżać, co powodowało, że musiałam doliczać dychę dodatkowo do kosztu każdej jazdy. Kiedy już nauczyłam się całkiem sporo, radziłam sobie nieźle w siodle, nawiązałam współpracę z inną prywatną właścicielką trzech koni i dzierżawiłam u niej najpierw jedną, a później drugą klacz. W międzyczasie dostałam się też na praktykę przy hipoterapii w ośrodku jeździeckim na drugim końcu Polski ;) gdzie również mogłam jeździć kiedy chciałam i pomagałam przy jazdach rekreacyjnych. Po powrocie z praktyk dostałam się na kurs instruktorski, czego wcześniej nie planowałam, ale zauważyłam informację o ostatniej edycji i moi bliscy zdopingowali mnie do działania. Łatwo nie było, zwłaszcza w kwestii finansowej, ale podołałam. A teraz od roku prawie pracuję w ośrodku agroturystycznym nad samym morzem, mam pod opieką trzynaście cudownych futrzaków i jest mi tu cudownie. :) Praca również znaleziona cudem właściwie, z dnia na dzień. Można powiedzieć, że mam więcej szczęścia niż rozumu ;)Nie mniej jednak nic nie przyszło samo. Pomimo trudności i to niemałych, powoli małymi kroczkami spełniam swoje marzenia i dążę uparcie do wyznaczonego celu. Każda kolejna trudność staje się dla mnie stopniem, na który muszę się wspiąć, bezwzględnie, nieważne ile czasu miałoby to trwać. Aventia, prawda jest taka, że jazda konna jest frustrująca niemal dla każdego ;) Dlaczego? Ano dlatego, że bywają dni trudne, koń nie chce współpracować, my mamy gorszy dzień, wszystko układa się nie tak. Ale po tym przychodzi kolejny dzień, pogodny, zewnętrznie i wewnętrznie i dalej możemy kontynuować swoje działania. Życzę Ci wytrwałości, przede wszystkim. :)I jeszcze jedno, ludzie to tylko ludzie. Każdy ma jakieś wady, niestety. Zamiast widzieć w innych bufonów, wykorzystaj ich jako wzór, podpatruj tych, którzy dobrze dogadują się z końmi, obserwuj i szukaj odpowiedzi jak to się dzieje, że koń tak odpowiada na sygnały i komunikuje się z jeźdźcem, a wreszcie odważ się pytać i mówić o swoich wątpliwościach. Jestem pewna, że nie wszyscy, którzy wyglądają na zadufanych w sobie są tacy naprawdę. Wybaczcie to wypracowanie, się rozpisałam...
Naprawdę sądzę, że przesadzasz. ok, może frustrować to, że młodsze osoby jeżdżą lepiej od ciebie i fundują im to rodzice, ale przepraszam kto ma im to fundować. Przecież nie zarabiają. Zaczęli wcześniej, wiec nie rozumiem dlaczego dziwi Cię to, że ktoś młodszy Cię uczy. I tak , potwierdzam zdarzają się tzw. snoby, ale naprawdę nie wszyscy. Trafiłaś na złą stajnie , ale z drugiej strony nie spodziewaj się, że osoby, które przyjeżdżają do swoich koni będą podjeżdżały starym polonezem, bo to drogi sport, dla osób, które albo zarobią, a jeśli jeszcze nie zarabiają, to opłacone przez rodziców i tego nie da się zmienić.
Aventia- piszesz,że jesteś osobą dorosłą- a czy jako osoba dorosła,która posiada język i z tego co widać- spory zasób słownictwa, nie możesz upomnieć się w stajni,gdzie jeździłaś o należytą uwagę i odpowiednie traktowanie przez trenera?Osoby dorosłe wiedzą,że skoro płacą,to i wymagają.Sama piszesz,że pieniądz rządzi światem,więc skoro wydajesz swoje ciężko zarobione pieniądze na jazdy,to możesz wymagać,aby poświęcano Ci odpowiednią ilość uwagi.Klient nasz pan!!! :-) Kwestia finansów- jako osoba dorosła zawsze masz możliwość zmiany pracy na tą lepiej płatną.Karnet 300zł to połowa Twojej wypłaty??Wybacz,ale to chyba jakiś zasiłek,a nie wypłata,bo teraz nawet na stażu dają więcej,więc może warto gdzieś się doszkolić,a nie narzekać na brak pieniędzy?Bo tak naprawdę,to nie wydaje mi się,aby właśnie to było takim ogromnym problemem...Kto chce,ten potrafi. Sama dorabiałam jako kelnerka,chwytałam się przeróżnych prac i na jazdy zawsze coś tam udało się uciułać.Teraz mam stałą pracę i owszem,konie nie staniały- ich utrzymanie idzie w górę...ale jak już wspomniałam- jak się chce,to i można osiągnąć wszystko.Zakup sprzętu dla konia to wydatek ogromny,ale jednorazowy (niech się nikt nie czepia,że ogłowie może zostać porwane :-) )Są i kredyty dostępne- można sobie czegoś odmówić,by mieć coś innego. Tak to już jest,że życie to cały czas handel- coś za coś lub brak czegoś za posiadanie czegoś innego- i nie chodzi mi tu tylko o rzeczy materialne,ale również o coś takiego,jak przyjemność.Załamanie rąk nie pomoże. Może zamiast narzekać na tych młodych ludzi ze stajni,których przywożą rodzice w mercedesach, poproś kogoś o pomoc?Skoro ktoś jeździ dłużej od Ciebie,to może coś Ci podpowie,skoro panowie trenerzy nie mają czasu? Potrafię zrozumieć Twoje hm... nie frustrację...Twoje problemy,bo to raczej o to chodzi.Czasami trzeba się wygadać,wypisać,zobaczyć,co sądzą o tym inni- czasami to pomaga.Czasami mocny kop i sprowadzenie na ziemię pomaga,a czasami dołuje.Ja jestem za kopniakiem.Tym bardziej,że mam do czynienia z osobą dorosłą,której nie trzeba malować świata jako kolorowego domku z bajki. I nie ma co pisać poematów na część zazdrości w stosunku do tych mających więcej kasy- do wszystkiego można dojść samemu- ciężką pracą i uporem.I tego Ci właśnie życzę,nie tylko z jazdą konną,ale i w życiu.
a myslałaś o współdzierzawie? Wtedy koszty konia ida na pół. Czyli za ok. 250- góra 300 zł masz ok. 3- 4 jazdy w tygodniu, to chyba najlepsze rozwiązanie. I nie kazdy własciciel konia wymaga zeby osoba do współdzierzawy super jezdziła. Jak masz w miare dużo czasu, mozna szukac stajni, najczęściej sa to małe stajenki, gdzie ktos ma konia i potrzebuje osoby do jazdy na nim za darmo, wbrew pozorom sporo tego, tylko stajnie te najczesciej sa dosc daleko ze trzeba samochodu i wymagaja 18 lat. Rzadko mają hale i zimą nistety nie jest za wygodnieJeszcze inna opcja- jak się mieszka na wsi, ma nieco ziemi, to trzymanie konia kosztuje w przyblizeniu tyle, co duzego psa, a wg niektórych nawet mniej. Mozna w chowie wolnostajennym, najtaniej i koń jest zdrowy.
Specjalnie dla Ciebie zarejestrowałam się na forum - czuj się zaszczycona ^^Mogę się doskonale wczuć w Twoją sytuację. Sama mam 20 lat, zaczęłam jeździć w marcu. Również uwielbiam zwierzęta, chciałam jeździć już w podstawówce ale niestety rodziców nie było na to stać - trudno. Mimo to wiedziałam, że kiedyś zrealizuje to marzenie. Obecnie studiuje, w roku akademickim nie mam czasu na pracę, bo mój kierunek jest dosyć wymagający. W związku z tym na całe wakacje wyjeżdżam za granicę i tam staram się zarobić jak najwięcej. Poza tym oszczędzam trochę na życiu codziennym i za to jestem w stanie opłacić sobie lekcje. Dodatkowo w stadninie, gdzie jeżdżę można otrzymać gratisowe jazdy za pomoc w stajni, na moim etapie są to proste czynności, np. prowadzenie konia na przejażdżce dla dzieci czy coś w tym stylu. Nigdy nie chciałam być sportowcem, po prostu lubię konie, lubię z nimi przebywać, jeżdżę rekreacyjnie i to mi wystarczy. Jeśli chodzi o sytuacje materialną to też czasem muszę się nakombinować, ale przy odrobinie szczęścia, samozaparcia i ciężkiej pracy da się wszystko!Jeśli chodzi o atmosferę to wiem, że pełno jest dzieciaków, które powiedzą Ci, że nic nie umiesz - ale szczerze? Dopowiedz sobie sama ile obchodzi mnie zdanie 13latki :) Nie mam zamiaru za rok startować w zawodach, ani nawet za 5 lat - nigdzie mi się nie spieszy. Po prostu raz się żyje i nie zamierzam żadnego dnia tracić na przejmowanie się tym, co inni sobie pomyślą albo co inni mi powiedzą. Mnie na szczęście udało się trafić w dobre miejsce - mała, niedroga stajnia gdzie ludzie są normalni, otwarci i przyjaźni. Tobie też życzę znalezienia takiego miejsca.I pamiętaj - nie poddawaj się. Żyj po swojemu. Jeździj tyle, na ile starczy Ci gotówki. W pozostałe dni możesz po prostu pojechać i pomóc przy koniach innym. W ten sposób też można się wiele nauczyć a przy okazji lepiej poznać ludzi, z którymi tam przebywasz.Pozdrawiam i życzę wytrwałości! No i przepraszam za chaos w wypowiedzi ale pora już nie ta :)
Hm... jeździectwo to drogi sport ale jak ma się pasję niestety trzeba w nią wkładać kupę kasy taka prawda .Znam tenisistę co kupuje rakiety za 300zł za "lekcję" płaci ok.60zł(57 czy coś) i za strój kolejne kilka stów .Ale niestety każdy chce zbić interes na tym co robi instruktor na jeźdźcach ,sklepy jeździeckie też .Ale tak to już w życiu jest -jest ono niesprawiedliwe .Jednym słowem uprawianie sportów jest dla ludzi bogatych bo biedny mając wypłatę powiedzmy 700 zł kupi jazdy na 200 stój za kolejne 200 zł i gdzie tu sobie kupić jedzenie,ubranie ,jeśli ma samochód to paliwo .Właśnie na miłośnikach podróży albo motoryzacji też zarabiają -ceny paliwa ,biletów są gdzie nie gdzie nie oszukujmy się ale straszne .
heh... ja też tak mam... a właściwie miałam... na samym początku... mieszkam na wsi i nigdy nie maiłam lekko, odkąd pamiętam błagałam rodziców, żeby wozili mnie na konie, ale nie mieli kasy, a nikt nie chciał małego dzieciaka nic nie umiejącego przyjąć do stajni, bo po co, żeby coś się stało mi albo koniom? w końcu przyszły 18-naste urodziny a ja ciągle nie jeździłam... z mojej osiemnastki uzbierałam kasę na prawo jazdy i zdałam... w końcu byłam niezależna, zaczęłam zarabiać sprzedając swoje rysunki i obrazy i pomagając u innych gospodarzy na polu (po mimo, że mam sporo pracy u siebie w gospodarstwie), kiedy miałam już kasę na lekcje najpierw pojechałam do stajni która była najbliżej mnie... pierwsze wrażenie całkiem nieźle, ale... konie chude, jazda- całkowita samowolka, nie jeździłam tam, ale widziałam jedną z lekcji... dziewczyna siedział na koniu jak w fotelu, a instruktor, jeśli w ogóle nim był, mówił tylko stęp, kłus "nie chce kłusować, to go walni, żeby się ruszył", stęp, zatrzymaj, "no zatrzymaj mówię, pociągnij za te wodze!" później na tego samego konia wsiadało kilka innych osób początkujących, z którymi rozmawiałam przed ich jazdami, kilka z tych osób, przeniosło się do tej stajni, bo w innych instruktorzy ciągle "się czepiali" a tu nikt na nich nie wrzeszczy,... mhm gratuluję takiego podejścia , koń nie miał w ogóle przerwy, po 2h pan "instrukt." pojechał a na jego miejsce przyszła jakaś kobieta, która tylko stała i patrzała... nawet nie zapytałam ile kosztują lekcje, nie miałam zamiaru tam jeździć, bo niczego bym się nie nauczyła, tylko jak walić konia batem i szarpać za wodze, potem pojechałam do stajni która jest najbardziej znana w mojej okolicy, wrażenia WOW! stajnia ful wypas, otoczona piękną zielenią, w stajni konie piękne, fryz, shire, araby, kuce szetlandzkie, hucuły, wielkopolaki, pełnej krwi angielskiej, tinker i kilka innych... prócz jazdy wierzchem uczy się tam też powożenia, ujeżdżalnia ogromniasta, piękne wybiegi, kryta ujeżdżalnia no i ceny z kosmosu (chociaż spodziewałam się tego po tej stajni) lekcje prowadzone całkiem fajnie, i postanowiłam, ze spróbuję, nie miałam jeszcze bryczesów ani sztylp czy czapsów jednak już na pierwszej lekcji niestety, tak jak w twoim wypadku spadł na mnie grad spojrzeń, które mówiły same przez się, że tu nie pasuję, bo nie mam tyle kasy co inni, chociaż instruktorzy byli całkiem fajni, to osoby które już tam jeździły nie koniecznie, byłąm tam kilka razy, ale po niemiłych komentarzach nie wytrzymałam,... byłam załamana, bo nie znałam więcej stajni w okolicy a najbliższa (nie licząc tych dwóch) była o 50 km za daleko, jednak, moja mama gadając z koleżanką opowiadała jej o tym jak kocham konie i chcę jeździć i okazało się, że ona ma konie i prowadzi lekcje... pamiętnego dnia 17 sierpnia zeszłego roku pierwszy raz pojechałam do stajni koleżanki mojej mamy. Nie do końca tak sobie ją wyobrażałam... dziurawa stodoła, małe wybiegi i ujeżdżalnia, brak krytej ujeżdżalni, warunki w stajni nie ciekawe, ale konie były zadbane... właścicielka stajni sama utrzymuje 6 koni i kuca, dlatego warunki są jakie są, ale sposób, w jaki ona opowiadała mi o swoich koniach... nigdy nie zapomnę ile było w tych słowach uczucia.. prócz swoich 6 maiła jeszcze 2 konie na hotelu, same sp i wielkopolaki, i klacz na emeryturze, ledwo chodząca, ślepa na jedno oko i nie do słysząca, pełnej krwi angielskiej, której właścicielka za nic nie chciała oddać na rzeź, 2 inne konie były z tragiczną przeszłością, 1 koń po złamaniu nogi, którego uratowała za taką kasę że mogłaby spokojnie kupić 2 inne... 1 lekcja kosztuje 30 zł, a instruktor to były zawodnik który skakał na potęgach skoków no i teraz jest jeszcze dziewczyna która niedawno zdała na instruktora, którą podziwiam choć ona na początku traktowała mnie trochę z góry (a teraz jest moja przyjaciółką)... na początku było mi ciężko pan instruktor jest bardzo wymagający i rzadko chwali, a nawet jeśli to tylko tak, że tego nie słyszałam, trochę mnie przerażał, czasem miałam wrażenie że jego wzrok przeszywa mnie na wylot, po każdej jeździe przyjeżdżałam załamana... i miałam wrażenie że to nie ma sensu, bo kasy miałam coraz mniej a ja w ogóle się nie rozwijałam, a jeszcze przecież szkoła... w domu rodzice się wściekali, bo całą uwagę poświęcałam na naukę jazdy a nie na szkołę... nie chcieli mi czasem dawać samochodu i trzeba było 20 km jechać rowerem (zimą też). Kilka miesięcy temu pan instruktor miał wypadek i jeździłam pod okiem właścicielki która przymykała oko na moje błędy, bo nie raz mówiła instruktorowi, żeby tak na mnie nie wyzywał... ale irytowało mnie to, że ona jest taka łagodna dla mnie, bo traciłam kase a niczego się nie uczyłam... po 3 miesiącach wrócił pan instruktor, a aż serce ścisnęło bo dowiedziałam się że on przyjedzie tuż przed jazdą... kiedy przeszedł srogim głosem zapytał, czemu koń jeszcze nie gotowy do jazdy (nie wiedział, że będzie miał ze mną lekcje), a nie widział mnie bo ja byłam w siodlarni, gdy wychodziłam wzięłam głęboki wdech i byłam gotowa znów przyjąć jego surowe spojrzenie.. stał do mnie tyłem a ja rzuciłam tylko "dzień dobry" i miałam nadzieję, że przemknę koło niego szybko, bez konfrontacji, ale to było nie możliwe bo stał w wejściu do stajni... a on tylko rzucił "cześć ziuta"(on każdą dziewczynę, której nie pamięta imienia, nazywa "ziuta" :) ) jak to usłyszałam to aż ze zdziwienia spojrzałam na niego (nigdy tak mi nie odpowiadał, za zwyczaj były to głupie odp. typu "wcale nie taki doby" albo "jak taki dobry to go zjedz") aż stanęłam ze zdziwienia gdy spojrzałam na niego, bo zniknął ten zimny wzrok a koleś się do mnie uśmiechał !!! ale ale nie miałam za bardzo z czego się cieszyć, bo czekała mnie jeszcze jazda i czułam że ta godz. będzie się bardzo dłużyła i znów mnie zaskoczył... był wymagający jak wcześniej, ale zniknął surowy ton... aż mi się przyjemnie jeździło :))))))))) po skończonej jeździe zostałam jeszcze trochę w stajni (nabrałam takiego nawyku kiedy miałam jazdę i właścicielką, zawsze zostawałam, żeby pomóc jej ogarnąć stajnie i konie), w pewnym momencie zostałam sam na sam z instruktorem i postanowiłam się przełamać i nieśmiało zapytać jak mi poszła dzisiaj jazda, a on do mnie "bardzo dobrze, trzy minus" i uśmiech :) a ja stałam jak wryta, nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam... potem na luzie wytłumaczył jeszcze kilka innych rzeczy, po czym znów mnie zszokował i powiedział "jak zaczynałaś jeździć to myślałem, że się poddasz, bo tu było dużo takich jak ty co kochały konie a po kilku lekcjach ze mną nie chciały już jeździć w ogóle", "nie dziwię im się" wymsknęło mi się, a koleś tylko w śmiech :) i pojechałam do domu taka happy jak nigdy! ta dziewczyna o której pisałam wcześniej miała to samo podejście, co pan instruktor, z resztą o uczył ją prawie 11 lat więc nabrała jego nawyków i ten surowy wzrok, ale teraz nie zamieniłabym tej stajni na rządna inną, zaprzyjaźniłam się z córkami właścicieli i ich mężami, pan który sąsiaduje z tą stajnią, ma 3 swoje konie i wypożycza bryczki, kiedy posprzątam u niego w stajni daje mi pojeździć za darmo! a instruktor mnie zwyczajnie próbował, i gdybym się poddała, zapewne napisałabym coś podobnego co ty teraz, chociaż nie powiem, bo były już takie momenty, ze myślałam,że nie wytrzymam i skończę z tym, ale na moje szczęście jestem bardzo uparta i gdy coś nie idzie po mojej myśli to robię to tak długo do póki mi się uda, bo nie daje mi to spokoju... Nie możesz "czekać na szansę kiedy będziesz mogła jeździć" bo tak to można czekać w nieskończoność, trzeba pomóc szczęściu. Moja przyjaciółka (instruktorka) jest w moim wieku, i mi też było głupio, kiedy mnie uczyła, teraz żartujemy na jeździe, ale ciągle mnie pilnuj, np. kiedy jej coś opowiadam to wcina mi się w słowo "wyprostuj się!" :)))Ja wiem, miałam zwyczajnie szczęście... ale też się dużo nacierpiałam jednak nie poddałam się, jazda konna wymaga poświęceń, jest to jeden z najtrudniejszych sportów, nie tylko pod względem fizycznym ale i psychicznym... wiesz czemu się nie poddałam? bo moim marzeniem jest mieć własnego kopytnego przyjaciela, (wiem może to i dziecinne marzenie ale co na to poradzę, że z tego nie wyrosłam) więc muszę się przygotować, żeby spełnić to marzenie, bo nie mam zamiaru później krzywdzić mojego przyjaciela tym że nie umiem jeździć, bo się poddałam, po za tym, żeby jakoś jeździć potrzeba lat, bo jak mówi mój instruktor, teraz jest mało jeźdźców, którzy jeżdżą dobrze, a tacy co jeździli bardzo dobrze już dawno nie żyją... a nie chcę cieszyć się jazdą na starość, niestety życie jest krótki, a ja zamierzam z niego czerpać pełnymi garściami, i tak już dużo czasu zmarnowałam! jeśli zdołasz przeczytać cały ten post to wielkie ukłony dla ciebie, przepraszam za ten referat, ale chciałam ci pokazać, że ja też przez to przechodziłam, a się nie poddałam, ciężko pracuję nadal, żeby mieć kasę na jazdy i bez przerwy mam w domu kwasy, że tylko konie i konie, ale cóż, to jest moje marzenie i nie pozwolę, żeby prze moje słabości tak łato się ulotniło :))) może musisz spróbować jeszcze raz...
monna- sory, ale naprawdę co to za podejscie wyzywanie człowieka, ze nie umie, itp?? Ja bym tego instruktora wywaliła z hukiem, że tyle osób przyszło co chca jezdzic i potem kazda zrezygnowała. Konie to ma byc przyjemnosc, ty uczysz się chyba rekreacyjnie? nieraz widziałam, jak instruktorzy z niespełnionymi ambicjami wyzywają i ja osobiscie widze prawisłowosc- im ktoś gorzej jezdzi, tym częsciej wyzywa.... nikt cię nie nauczyc jezdzic wyzywaniem, najlepiej nauczy cię sam koń... Jazda konna moze byc przyjemnoscią... Rozumiem jeszcze, zebyś tam miała jazdy za darmo, ale pomagasz, płacisz i to sporo i jeszcze gadki typu, że kiedyś to wszyscy dobrze jezdzili, teraz nikt... Chyba się gosc za dużo grzybków najadł surowych... :(
Widzę, że ja tutaj również nie jestem sama. Może moja historia Ci trochę pomoże. Ja zaczęłam jeździć w stajni oddalonej o 25km od mojego domu, miałam karnet, ale brak dojazdu. Tak więc jeździłam sobie 2x w miesiącu po 2-3h jazdy. Tak jeździłam przez jakieś 2 lata. Potem zmieniła się instruktorka, dużo osób ze stajni odeszło, dużo nowych przyszło, z którymi nie potrafiłam się dogadać. Jeździłam coraz rzadziej, tylko jazda i do domu, a co się z tym wiązało? Brak postępów, ciągle tylko jedno i to samo. Miałam tego kompletnie dość..rzuciłam stajnie, po kilku miesiącach powrót. Jeden karnet i stwierdziłam, że koniec. Nie jeździłam prawie rok. Znalazłam nową stajnie, jeszcze bliżej mojej miejscowości. Zaczęłam pracę w zamian za jazdę. Na początku super atmosfera, potem zaczęło się psuć. Byłam raz na tydzień, inni codziennie. Wkurzało mnie to, że nie wiem co się dzieje w stajni, że inni traktują mnie jak zwykłego robola. Odeszłam. Znowu prawie rok bez koni. Stwierdziłam, że raz na zawsze to kończę bo nie ma już sensu. Aż nagle miesiąc temu przez przypadek znalazłam stajnie blisko mnie, do której mogę dojeżdżać rowerem. Stajnia nie sportowa ani rekreacyjna, ale hodowlana. Nie bałam się jednak zapytać o jazdę i nie żałuję! Mimo, że teoretycznie jeżdżę ponad 6 lat w praktyce jestem początkująca..Dopiero tutaj zaczynam uczyć się porządnego dosiadu od podstaw, działania nim na konia. Niebawem jadę dopiero na brąz! Ale cieszę się, że nie zrezygnowałam. Jestem osobą bojącą się upadku z konia :D nie lubię koni brykających i płoszących się. Przede mną jeszcze wiele lat solidnej nauki aby nadrobić ten stracony czas, ale było warto, aby wreszcie znaleźć swój raj na ziemi :) w mojej stajni jeżdżę tylko ja i dziewczyna która tam pracuje a zarazem moja trenerka i znajoma, no i oczywiście właścicielka. Zawsze mogę na nie liczyć i czuję się tam jak u siebie w domu. Także i Ty nie poddawaj się i walcz bo naprawdę warto!!
Nie będę Cię przekonywać że źle robisz, albo dobrze. ale napiszę Ci co ja myślę:Ja też nie szastam gotówką, mozolnie zbieram do skarbonki jakieś kaszaki, dopiero skończyłm szkołę i nie znalazłam jeszcze pracy. Próbowałam z koleżanką biegać dla przyjemności nie pobiegałam zbyt długo, chiałam nauczyć się grać na gitarze przez 3 godziny nie nauczyłam się nic, nawet prostego chwytu, poszłam bo koleżanka mnie namawiała, próbuje bazgarć jakieś obrazki, w końcu poszłam na konie, tam wreszcie poczułam się jak w niebie, siedząc w siodle poczułam swego rodzaju wolność, kontakt z koniem uspokaja, uwielbiam zapach jego sierści.Jeżdżę raz w miesiącu, wkurzam się że nie częściej, że nie mam kasy, albo nie mam jak dojechać, ale mimo to nie mogę wytrzymać bez tych zwierząt. Nigdzie nie czułam się tak dobrze jak wśród zwierząt a najlepiej na końskim grzbiecie, a żeby było najzabawniej to nie musi być galop czy jazda w terenie, mnie radość daje samo czyszczenie, siodłanie, jazda stępen i kłusem, ciesze sie że na jeździe wyszło mi coś czego nie potrafiłam zrobic na poprzedniej lekcji, i to w tym sprocie jest chyba najpiękniejsze, sam kontakt z koniem, robienie postępów nawet i wolnych i małych, brnąć przez przeciwności do przodu, nie na każdej jeździe wszystko się udaje, jest taka jazda ze koń nie ma ochoty do pracy wiadomo koń też odczuwa zmęczenie zmiany w ciśnieniu.Jazda konna uczy wytrawłości, Jazda konna to nie tylko zawody, hubertusy wygrane, jazda konna to miłe spędzenie czasu z osobami którzy podzielają tą pasje, z najwspanialszymi zwierzetami... Ja też niedawno doszłam do wnioski też bardzo chciałam jeździć na zawody, ale z taką częśtotliwością nie mam szans, ale czy to jest powód żeby rezygnować z marzeń? Moim zdaniem NIE!
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)Aga jak zwykle ma rację! :DW pełni się zgadzam. Jeździectwo wymaga wieelu poświęceń, wielu siniaków i łez. To sport, który uważany jest za luksusowy i drogi, ale wcale taki nie musi być. Są ludzie którzy potrafią nauczyć dobrze jeździć i zrobią to za przystępną cenę. Trzeba umieć szukać. Czasem wystarczy przejechać się rowerem po okolicy czy zajrzeć do gazety (tak znalazłam malutki ośrodek w którym teraz pomagam przy koniach w zamian za darmowe jazdy CODZIENNIE). Jeżeli naprawdę się to kocha, to nie zrezygnuje się ze względu na snobistycznych jeźdźców. Są stajnie, w których można znaleźć wielu pomocnych przyjaciół.
Taak.. jazda konna jest drogim, wręcz elitarnym sportem bym powiedziała. Jeśli chce się iść dalej poprzez liczniejsze treningi, być może zakup sprzętu to rzeczywiście koszty są ogromne i to przez duże ,,o". Nawet w przypadku, kiedy chcemy tylko pojeździć tak dla przyjemności koszty z tym związane dają się we znaki. Ja sama jestem z tego względu w trudnej sytuacji. Z jednej strony jestem sfrustrowana, że nawet ciężko pracując w letnim upale jeżdżę dość rzadko, a ceny jazd i tak nieustannie z racji sezonu idą w górę więc trzeba pracować więcej i więcej. Ostatnio się poszczęściło i dostałam karnet na trochę jazd, ale co dalej? Karnet się skończy, a ja znowu stanę w miejscu i wszystko to co dotąd wypracowałam, wszystkie umiejętności jeździeckie, które nabyłam zatrze czas, czas przerwy od jazdy. Opanowanie jazdy konnej (mówię tu o idealnej w przynajmniej dobrej równowadze jeźdźca i konia, ich poruszaniu się w harmonii) wymaga wielu godzin pracy, wielu godzin jazd, a co za tym idzie wielkich funduszy by je zapewnić. A kiedy ich brak? No cóż, jedyną drogą jest czekanie, a ono zawsze frustruje tym bardziej kiedy dzień w dzień ogląda się ludzi, którzy mają do tego nieograniczony dostęp. Zdaję sobie sprawę, że w nie jestem w takiej znowu najgorszej sytuacji, ale mimo to ciągle czuję niedosyt związany z jazdą konną, ciągle pragnę jeździć częściej, być obok tych kochanych zwierzaków dzień w dzień, i te pragnienia, a w zasadzie marzenia dają mi siłę by teraz tego nie zakończyć, by nie odpuścić. Ciągle wierzę, że kiedyś sen o koniu dzięki własnej pracy i ,,odrobinie" szczęścia się spełni, choć nie ukrywam, że są takie chwile, kiedy z racji trudnej sytuacji nastawienie tego typu wydaje mi się śmieszne.. :((
Witam ciebie i wszystkich czytających ten post:) Pochodzę z Pleszewa i kto kolwiek mieszka w tych okolicach i ma podobny problem zapraszam żeby do mnie się odezwał mój e-mail to daria13133@o2.pl :) mam własnego konia i zawsze mogę zabrać kogoś na jazde za darmo . jezdze do stajni codziennie sama a przydałało by mi się towarzystwo:P
Też tak kiedyś miałam - jeździłam w super "sportowej" stajni, w której instruktor traktował z góry wszystkich rekreantów, tak samo jak i zawodnicy, którzy u niego jeżdżą. Jazda wyglądała tak: "Wsiadaj na konia, a ja zaraz wracam...". Niczego się tam nie nauczyłam, postanowiłam zmienić stajnię, bo denerwowała mnie już tamta atmosfera i sposób prowadzenia jazd. Widać było, że właściciel stajni założył "szkółkę" po to, żeby zgarnąć więcej kasy, ale w rzeczywistości mało obchodzi go, co robią rekreanci na jego koniach. Zapisałam się na jazdę do innej stajni. Do tej pory w niej jeżdżę - jest tam zupełnie inaczej. Instruktorzy są bardzo mili, atmosfera także. Bardzo dużo się tam nauczyłam, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że mogę tam spędzać czas z końmi, bo już samo to daje mi radość i satysfakcję. Wiem, że żeby coś osiągnąć, nie wolno się poddawać. Uważam, że powinnaś zrazić się do tamtejszej atmosfery, a nie do jazdy konnej. Mam nadzieję, że kiedyś zmienisz zdanie.
Witam,Tak jak połowa z was od dzieciństwa pragnęłam jeździć konno, udało mi się. Mama zapisała mnie do szkółki, jeździłam na lonży potem w zastępie. Nie poddawałam się, często mi coś nie wychodziło, denerwowałam się no ale jakoś było. Instruktor to najbardziej charyzmatyczna osoba na świecie, uwielbiałam go. Zajęcia jak w większości szkółek, konie nauczone na pamięć wszystkiego. Dziewczyny z zastępu były beznadziejne ( tylko jedna lubilam). Zaczęły być ode mnie lepsze, zle mni szlo.. i tak samo ten wzrok i spojrzenia... Jakby pozjadały wszystkie rozumy świata. Denerwowało mnie to i pomyślałam, że jak mam się denerwować ( a ma to być dla mnie przyjemność) to ja dziękuje bardzo. Zresztą wszyscy mówili, że tam się niczego nie naucze. Chodziłam w kratkę aż w ogóle przestałam. Dłuugo nie jeździłam ale nadal bardzo mnie ciągnęło. Razem z mamą szukałyśmy stadniny. Mama byla wymagajaca, jak nie ma hali to niee bo jak pada albo jest zima to coś. Znalazłam przesympatyczną szkółkę ale była daleko i bez hali - wiec odpada. Dalej, pojechalismy do takiej sportowej, pierwsza jazda-super, instruktor wie co jest na rzeczy, przykłada się, nie olewa, jest hala. Od razu wykupiliśmy karnet ( a to byl najwiekszy blad). Tak jak ktoś już pisał, instruktor olewa, wychodzi sobie gdzieś a ja? Ja jeździłam po hali gdzie o bok sami "sportowcy" ze swoimi wierzchowcami trenują skoki itd. a ja mialam im nie przeszkadzać. Spadłam tam z konia ( juz nie raz spadalam w poprzedniej szkółce ale nie zniechęcało mnie to) i to już utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie chce tam chodzić, stracilam z karnetu z 200zl. Znów długi czas nie jeździłam, aż koleżanka ze szkoły zaproponowała mi pojechanie tam gdzie ona sie uczy. To były wakacje, pomagałam w sprzątaniu, w czyszczeniu, wyprowadzaniu na pastwisko itd. jeździłam, czasami tez za darmo. Wakacje się skończyły i znowu ponad rok już nie jeżdżę. 3kl, ostatni rok, nie ma czasu.U mnie wlasnie chodzilo o ludzi, ja nie mam takiego samozaparcia, + strach przed porażką w oczach innych zrobił co miał zrobić. Ja także nie miałam planów- zawody itd. ( wow, mam brązową odznakę-aż cud). Chciałabym jeździć dla przyjemności,a do tego musiałabym mieć chyba własnego konia i instruktora). Mam zamiar jednak dalej próbować, i starać się nie patrzeć na opinie innych tylko robić swoje. Pozdrawiam
Wiesz... Ja od zawsze chciałam jeździć konno. Zaczęłam mając lat chyba 8 ( teraz mam 13 ). Jeździłam tylko w wakacje w małej wiejskiej stajni, w której nie oszukujmy się dużo się nie nauczyłam. Potem zaczęłam jeździć normalnie w ciągu roku szkolnego, w całkiem dobrej stajni. Też czułam się jak intruz. Starsze dziewczyny jeżdżące na bardzo wysokim poziomie, z ,,nadzianymi" rodzicami... ale wszystkie moje pieniądze odkładałam i nadal odkładam na konie. Moje rówieśniczki ciągle sobie kupują nowe telefony itp. a ja wszystkie pieniądze jakie mam przeznaczam na jazdy. Na urodziny proszę o pieniądze na karnet, na święta też tylko o to. I mimo świadomości, że nie pasuje do środowiska bogatych nastolatek z importowanym sprzętem, jeżdżę dalej.Pasja to pasja. Był pot, były łzy bo nic mi nie wychodziło, był ból po upadkach, ale to się opłaciło... ,, po trupach do celu " . Więc nie zniechęcaj się i nie rezygnuj. Włóż całe serce i całą duszę w to co robisz
Miałam całkiem podobną sytuację do Ciebie. Zaczęłam jeździć konno w wieku 6 lat. Początkowo moich rodziców nie było stać na kupowanie mi lekcji więc jeździłam tylko w wakacje. Trafiłam na okropną instruktorkę. Wywyższała się i krzyczała gdy np. nie potrafiłam osiodłać konia. Ale byłam tak zawzięta, że pomimo stresu jaki sprawiało mi jeżdżenie nie przestałam Kiedy skończyłam 11 lat sytuacja finansowa moich rodziców znacznie się poprawiła. Powiedzieli, że mam poszukać sobie jakiegoś ośrodka w którym mogłabym się systematycznie uczyć jeździć konno(tamten w którym jeździłam podczas wakacji był oddalony o jakieś 600km, niedaleko od miejsca zamieszkania mojej babci). Pierwszy z nich był bardzo podobny do poprzedniego , więc po roku psychicznie nie wytrzymałam i zmieniłam stajnię. Na początku druga była świetna! Instruktorka mnie bardzo dużo nauczyła i atmosfera była miła. Jednak po dwóch latach przeprowadziła się na drugi koniec Polski I kolejni instruktorzy znów byli tragiczni. Po dwóch latach znowu zrezygnowałam. Miałam półroczną przerwę od jazdy konnej. Byłam z tego powodu bardzo nieszczęśiwa, ale okazało się, że znajoma mojej mamy koleżanki miała swoje konie i choć nie prowadziła lekcji zaofiarowała się, że może spróbować mnie czegoś nauczyć. Od tego czasu jeżdżę u niej. Początkowo dzierżawiłam jej klaczkę, ale później dostałam na urodziny swojego konika - klacz angloarabską Sambę. Mam ją do tej pory. Nadal mnie ciarki przechodzą kiedy myślę o tym stresie, który przeżywałam podczas nauki w poprzednich stajniach. Uważam jednak, że się opłacało bo teraz - razem z Sambą - odnoszę sukcesy. Życzę Ci abyś mimo wszystko wróciła do jazdy konnej i znalazła stajnię gdzie będziesz naprawdę czuła się szczęśliwa.
Witaj!ja mam 40- tkę na karku, nigdy nie jeździłam a od roku jestem posiadaczką (nie powiem że szczęśliwą) dwóch koni. Sprzęt kupywałam okazyjnie, nawet dobrych marek można zakupić za grosze. Co do obsługi koni i prób wsiadania na klacz to kończyły się na poczatku bólem brzucha albo palpitacja serca. Na samą myśl że mam je wyprowadzić wpadałam w panikę. Dziś sama je obchodzę, czyszczę , lonżuję, karmie i im sprzatam, alew dalszym ciagu mam stracha kiedy mam na nia wsiąść. Kiedy juz jestem w siodle i przejedziemy kilka kroków opuszcza mnie stach i nawet sama jadę w pola( nie za daleko).Co prawda zawsze kochałam oglądać konie, uwielbiałam ich ruch, ale nigdy nie było mnie stac na jazdy ( nawet szkółek w pobliżu nie było). Czytając twój post bardzo , ale to bardzo żałuję że mieszkasz tak daleko odemnie. Przydał by mi sie ktoś taki jak ty, żwlaszcza w wekendy. Moze nie mam ukończonych kursów jazdy konnej ale za to potrafie podpowiedziec jak wsłuchac sie w konia. Dzisiaj na mojej klaczy jeżdzą na lonży dzieci od 4 do 8 lat, bez lonźy prowadzone ( znaczy klacz idzie bez niczego za mną) jeźdza 13 i 14 latki. To nie prawda że jeżeli kochasz konie to musisz umiec jeździć. Jeżeli znajdziesz porozumienie ze zwierzęciem to te pozwoli ci wsiąśc na grzbiet i zabierze tam gdzie chcesz, bez używania łydek ( moja klacz reaguje na komendy słowne i uzdę).Jeżeli chodzi o gowniary które sa sponsorowane przez rodziców to masz rację, ale czasem warto z jedną albo drugą pogadac na osobności i poprosic o pomoc wtedy one bedą sie czuły w koncu dowartościowane a ty się rozluźnisz.zyczę powodzenia
WitamBardzo dokładnie rozumiem frustracje Aventi.Moim zdaniem wielkim błędem jest mieszanie pensjonatu z rekreacją. Następuje tam zderzenie dwóch światów , nie koniecznie obdarzających sie wzajemną tolerancją.Nie ma zrozumienia dla jeźdźców amatorów.Wiele osób posiadających własne konie , nawet Ci jeźdźący dla przyjemności i nie pobierający treningów sportowych nie biorą pod uwagę, że ktoś korzystający z jazd raz w tygodniu w owiele dłuższym czasie nabiera umięjętności od tych jeźdżdżących na codzień. Winą można tu również obarczyć właścicieli ośrodków którzy pozwalają na przykre uwagi w kierunku swoich rekreantów. Duża grupa posiadaczy pensjonatowych koni wywodzi się z rekreacji zupełnie o tym zapominając.Prowadzenie stajni, spowodowanie poprawnych relacji pomiędzy wszystkimi korzystającymi z usług jest trudnym zadaniem i niestety nie każdy posiada takie właściwości.Gromadzi sie w osrodkach wszystkie dziedziny jeździectwa a zadnej na poważnie. Zaniedbując to jedno to drugie. Łapiemy trzy sroki za ogon nie mogąc ogarnąć całego tego bałaganu.Walka o klienta przysłoniła oczy wielu miłośnikom koni. Dlatego właśnie uważam,że rozdzielenie rekreacji, pensjonatu , hodowli czy innych jest niezbędne.Jeździec amator- rekreant nie powinien sie czuć gorszy czy nizej w hierarchii.A do tego mądry szkoleniowiec, posiadający umiejętność pracy z różnymi ludźmi, o różnych możliwościach ruchowych, bez wygórowanych ambicji i dopasowujący zadania do mozliwości i talentu jeźdźca to połowa sukcesu. Instruktor- nauczyciel, pedagog, przyjaciel.A jeśli chodzi o koszty?No cóż. Jeździectwo to drogie przedsięwzięcie. Oferujemy do nauki jazdy nie tylko swoja wiedzę i konia. Dochodzi do tego drogi sprzęt jeździecki, niejednokrotnie oświetlone place czy hale.( to są bardzo duże koszty). Użyczamy coś czego utrzymanie pochłania duże koszty.Dla prównania jedna lekcja korepetycji np z angielskiego to koszt np. 40-60zł za godzine. Jaki nakład ma korepetytor? Wiedza oczywiście, ksiażka, swiatło w pokoju, długopis.Jak często kupuje nowa książkę, długopis?Pewnie są jeszcze jakies koszty,ale nie można tego w żaden sposób porównać do kosztów utrzymania, przygotowania konia do tego aby mozna z niego korzystać. Dlatego uważam ,że niestety ale godzina jazdy konnej jest zbyt niska biorąc pod uwage średnią cene za godz. w moim mieście.Tak jak nie kazdego stać na jazdę na nartach, nie każdy ma samochód tak nie kazdego stać na nauke jazdy konnej. Ale jeśli już może sie uczyć to właściciele szkółek mają obowiązek stworzyć mu do tego warunki. Prowadzę szkółke od kilku lat. Na początku miałam tez pensjonat.Zlikwidowalismy pensjonat stawiając tylko na rekreację. Teraz wiem,że było to dobre posunięcie. Mamy spokój, cudownych klientów krórym wychodzimy na przeciw biorąc pod uwagę ich zas, mozliwości, chęci. Zapewniam,że kochają konie, uczą sie dłużej ale wcale nie gorzej , mają radość i satysfakcję. Chętnie się uczą, słuchają co się do nich mówi i starają się.A pracuje się z moimi rekreantami równie ciekawie i rozwijająco jak z każdym innym jeźdźcem.Szkoda,że panuje opinia o rekreacji że to taki drugi sort jeździectwa.
Ja nie rozumiem z jakiego powodu pensjonariusze mają czuć się lepsi... Osobiście znam ludzi jeżdżących w rekreacji od wielu lat, którzy zaczynali będąc w szkole podstawowej a dziś są po 30stce. Mają ogromne doświadczenie i umiejętności ale często zwyczajnie brak czasu na własnego zwierza. Czy są w czymś gorsi od nastolatki, której rodzice kupili i utrzymują konia? Nie sądzę. A wracając do frustracji z powodu braku kasy - warto rozejrzeć się za możliwością jazdy za pracę. Zwłaszcza wrzucić ogłoszenie, bo właściciele stajni sami często nie wychodzą pierwsi z taką inicjatywą. Odzew jest często większy, niż człowiek oczekuje ;)
Widzisz - ja jeżdżę od niedawna, ale długo namawiałam rodziców na jazdy. Zawsze była jakaś wymówka - a to nie ma kasy, a to zła pogoda..a z mojej strony nic nie mogłam zrobić, bo przecież nie zarabiam. To nie jest tani sport, ale uczy pasji i wytrwałości. To naprawdę dobra nauczycielka. Uczy miłości do koni, i towarzyszy przez całe życie (nie wszystkim, ale chyba rozumiesz o czym mówię).Gdy pierwszy raz usiadłam w siodle to poczułam się magicznie. Byłam spięta i zestresowana, jednak szczęśliwa i już wiedziałam, że to coś dla mnie. Na chwilę obecną już wiem że chcę jeździć dla siebie, i to w stu procentach. Nawet jak zabraknie funduszy to wolę tłuc się przez łąki i lasy, byleby dojść, pomóc, pojeździć i wrócić do domu.Na razie nie znalazłam swojej stajni, tylko przenoszę się z jednej do drugiej, ale nie poddaję się bo to kocham!
A wiecie co mnie denerwuję ? To że nie ma porządnych stadnin.Może i są,ale w Warszawie i w większych miastach.Opowiem w skrócie moją historię jazdy konnej.Jazdą konną tak naprawdę nigdy się nie interesowałam.Nigdy nie myślałam,że kiedyś zechcę mieć konia i że w ogóle zacznę jeździć.Wszystko zaczęło się od mojego wyjazdu do rodziny,której nigdy wcześniej nie znałam.Okazało się,że wszyscy jeżdżą konno i tak naprawdę od nich zaraziłam się końmi.Po powrocie zaczęłam szukać stajni w mojej miejscowości.Bardzo się cieszyłam,że znalazłam choć jedną stajnię pojechałam tam,ale tylko na oprowadzankę.Pierwszy raz wtedy siedziałam na koniu.Pewnego dnia pojechałam z rodzicami na zawody przez przeszkody i chciałam jeździć w tej stajni.W końcu pojechałam tam na lonżę,później drugą i wszystko było fajnie.Do czasu...Zabrałam tam koleżankę,bo też chciała się nauczyć jeździć konno.I wtedy to była moja ostatnia wizyta w tej stadninie.Na miejscu okazało się,że nie ma jazd,bo nie ma instruktora.Przyjechał instruktor to powiedzieli,że nie ma WŁAŚCICIELA.Przyjechał właściciel powiedział,że jestem za młoda (miałam 10 i pół lat,a jazdy są od 11) no ale w końcu się zgodzili.Kazali mi osiodłać konia,a ja nie miałam pojęcia jak to się robi,tylko raz instruktor mi pokazał,ale to było miesiąc wcześniej.Najlepsze było to,że właściciel uczył mnie czyścić konia,16 latka prowadziła jazdę,a instruktor czyścił konie.Gdy w końcu przeszliśmy do jazdy koń robił co chciał.Ja miałam zaledwie 2 lonżę,na których i tak nie nauczono mnie jak jeździć,to jeszcze każdy instruktor mówił co innego.Najbardziej jednak nie zapomnę co o mnie powiedziano : KOLEŻANECZKA SIĘ NIE NADAJE.I o tym chyba nigdy nie zapomnę.Powiem wam jeszcze o mojej koleżance.Miała mieć lonżę,ale nie miała,bo koń ""od lonży"" nagle zaczął kuleć,a oni mają 1 na 10 koni lonżującego oczywiście bardzo płakała bo straciła dokładnie 5 godzin.Później znalazłam drugą stajnię.Konie zadbane instruktorka super.I takie zdanie miałam przez rok.W końcu zauważyłam,że to nie ma sensu.Wyobraźcie sobie,że zaczęłam galopować dopiero po roku jazdy.Na jeździe nic nie robiliśmy jeździliśmy w kółko.Instruktorki sobie rozmawiały.Zdarzały się jazdy na których były 3 zmiany kierunku i to wszystko.Najbardziej denerwowało mnie to,że miałam osiodłać konia,a inne dziewczyny wyrywały mi go z ręki,bo uważały ,że zrobią to lepiej.Dzięki temu jeżdżę prawie 3 lata i nie potrafię samodzielnie osiodłać konia,mało tego nikt nie nauczył mnie robić strzemion.Koni też nie mogę czyścić.Przyjeżdżam,jeżdżę w kółeczku i do domku.Jeszcze jedną rzeczą która mnie denerwowała to bicie koni.Ja jestem bardzo wrażliwa i zawsze wolę jeździć w harmonii,działać dosiadem i łydką.Uczono mnie,że gdy koń nie chcę kłusować to trzeba go walnąć batem,a gdy potrząsa głową to trzeba go uderzyć wodzami.To zmusiło mnie do przemyśleń.Zadawałam sobie pytanie czemu w ogóle mam jeździć konno.Przecież konie mogłyby nas nie słuchać,a my mimo to tak się zachowujemy.W końcu przestałam tam jeździć.Nie jeżdżę już miesiąc,ale wciąż szukam stajni w której się czegoś nauczę.W której będę mogła trenować,zdawać na odznaki,jeździć na zawody,bo to jest moje wielkie marzenie.Na razie nic nie wskazuje na to,że się spełni,bo moje jazdy polegały na jeździe w kółko.Może za dużo wymagam?Moim koleżankom takie coś odpowiada,ale je jednak chcę coś osiągnąć.Chcę spełnić marzenia.Chciałabym jeździć chociażby u prywatnej osoby,która nauczyła by mnie czegokolwiek.Gdyby nie wiedza z książek nie wiedziałabym czym się czyści konia.Nie wiedziałabym co to znaczy kary koń.Wierzcie mi ale jeżdżę już prawie 3 lata,a nawet nie wiem jak działać dosiadem,a przecież to jest podstawa jeździectwa.Wydaję mi się,że gdybym nie odeszła z tamtej stajni to przez kolejne lata moja jazda polegała by na tym samym.Napisałam to wszystko żeby uświadomić wam,że jest mnóstwo stajni i mnóstwo instruktorów jednak trafić na dobrego to jest wielkie szczęście.Wiem,że się bardzo rozpisałam.Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta : )
A wiecie co mnie denerwuję ? To że nie ma porządnych stadnin.Może i są,ale w Warszawie i w większych miastach.Opowiem w skrócie moją historię jazdy konnej.Jazdą konną tak naprawdę nigdy się nie interesowałam.Nigdy nie myślałam,że kiedyś zechcę mieć konia i że w ogóle zacznę jeździć.Wszystko zaczęło się od mojego wyjazdu do rodziny,której nigdy wcześniej nie znałam.Okazało się,że wszyscy jeżdżą konno i tak naprawdę od nich zaraziłam się końmi.Po powrocie zaczęłam szukać stajni w mojej miejscowości.Bardzo się cieszyłam,że znalazłam choć jedną stajnię pojechałam tam,ale tylko na oprowadzankę.Pierwszy raz wtedy siedziałam na koniu.Pewnego dnia pojechałam z rodzicami na zawody przez przeszkody i chciałam jeździć w tej stajni.W końcu pojechałam tam na lonżę,później drugą i wszystko było fajnie.Do czasu...Zabrałam tam koleżankę,bo też chciała się nauczyć jeździć konno.I wtedy to była moja ostatnia wizyta w tej stadninie.Na miejscu okazało się,że nie ma jazd,bo nie ma instruktora.Przyjechał instruktor to powiedzieli,że nie ma WŁAŚCICIELA.Przyjechał właściciel powiedział,że jestem za młoda (miałam 10 i pół lat,a jazdy są od 11) no ale w końcu się zgodzili.Kazali mi osiodłać konia,a ja nie miałam pojęcia jak to się robi,tylko raz instruktor mi pokazał,ale to było miesiąc wcześniej.Najlepsze było to,że właściciel uczył mnie czyścić konia,16 latka prowadziła jazdę,a instruktor czyścił konie.Gdy w końcu przeszliśmy do jazdy koń robił co chciał.Ja miałam zaledwie 2 lonżę,na których i tak nie nauczono mnie jak jeździć,to jeszcze każdy instruktor mówił co innego.Najbardziej jednak nie zapomnę co o mnie powiedziano : KOLEŻANECZKA SIĘ NIE NADAJE.I o tym chyba nigdy nie zapomnę.Powiem wam jeszcze o mojej koleżance.Miała mieć lonżę,ale nie miała,bo koń ""od lonży"" nagle zaczął kuleć,a oni mają 1 na 10 koni lonżującego oczywiście bardzo płakała bo straciła dokładnie 5 godzin.Później znalazłam drugą stajnię.Konie zadbane instruktorka super.I takie zdanie miałam przez rok.W końcu zauważyłam,że to nie ma sensu.Wyobraźcie sobie,że zaczęłam galopować dopiero po roku jazdy.Na jeździe nic nie robiliśmy jeździliśmy w kółko.Instruktorki sobie rozmawiały.Zdarzały się jazdy na których były 3 zmiany kierunku i to wszystko.Najbardziej denerwowało mnie to,że miałam osiodłać konia,a inne dziewczyny wyrywały mi go z ręki,bo uważały ,że zrobią to lepiej.Dzięki temu jeżdżę prawie 3 lata i nie potrafię samodzielnie osiodłać konia,mało tego nikt nie nauczył mnie robić strzemion.Koni też nie mogę czyścić.Przyjeżdżam,jeżdżę w kółeczku i do domku.Jeszcze jedną rzeczą która mnie denerwowała to bicie koni.Ja jestem bardzo wrażliwa i zawsze wolę jeździć w harmonii,działać dosiadem i łydką.Uczono mnie,że gdy koń nie chcę kłusować to trzeba go walnąć batem,a gdy potrząsa głową to trzeba go uderzyć wodzami.To zmusiło mnie do przemyśleń.Zadawałam sobie pytanie czemu w ogóle mam jeździć konno.Przecież konie mogłyby nas nie słuchać,a my mimo to tak się zachowujemy.W końcu przestałam tam jeździć.Nie jeżdżę już miesiąc,ale wciąż szukam stajni w której się czegoś nauczę.W której będę mogła trenować,zdawać na odznaki,jeździć na zawody,bo to jest moje wielkie marzenie.Na razie nic nie wskazuje na to,że się spełni,bo moje jazdy polegały na jeździe w kółko.Może za dużo wymagam?Moim koleżankom takie coś odpowiada,ale je jednak chcę coś osiągnąć.Chcę spełnić marzenia.Chciałabym jeździć chociażby u prywatnej osoby,która nauczyła by mnie czegokolwiek.Gdyby nie wiedza z książek nie wiedziałabym czym się czyści konia.Nie wiedziałabym co to znaczy kary koń.Wierzcie mi ale jeżdżę już prawie 3 lata,a nawet nie wiem jak działać dosiadem,a przecież to jest podstawa jeździectwa.Wydaję mi się,że gdybym nie odeszła z tamtej stajni to przez kolejne lata moja jazda polegała by na tym samym.Napisałam to wszystko żeby uświadomić wam,że jest mnóstwo stajni i mnóstwo instruktorów jednak trafić na dobrego to jest wielkie szczęście.Wiem,że się bardzo rozpisałam.Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta : ) Jakbym normalnie słyszała siebie. Też nigdy w życiu nie natrafiłam się na porządnego instruktora, porządną stajnię...
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmieńStajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Odezwała się ta, co jej mamusia kupiła 4 konisie za średnią 5,80 w szkole... Byś była w takiej sytuacji, to byś wiedziała, że jazda konna FRUSTRUJE i nie chodzi tu tylko o ludzi wkoło ciebie, ale o PIENIĄDZE przede wszystkim. Bo jeździsz trzy lata, ale co dwa tygodnie, bo cię nie stać na więcej i nadal nic nie umiesz, a przychodzi jakiś bogaty rodzic ze swoim dzieckiem, które tak naprawdę tego nie kocha, a po miesiącu umie więcej niż ty bo jeździ 5 razy w tygodniu. Nie wpadłaś też na to, że ta osoba może nie mieć szkółki bliżej niż 30 km od siebie?! Może nie ma na co zmienić?!
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmieńStajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Odezwała się ta, co jej mamusia kupiła 4 konisie za średnią 5,80 w szkole... Byś była w takiej sytuacji, to byś wiedziała, że jazda konna FRUSTRUJE i nie chodzi tu tylko o ludzi wkoło ciebie, ale o PIENIĄDZE przede wszystkim. Bo jeździsz trzy lata, ale co dwa tygodnie, bo cię nie stać na więcej i nadal nic nie umiesz, a przychodzi jakiś bogaty rodzic ze swoim dzieckiem, które tak naprawdę tego nie kocha, a po miesiącu umie więcej niż ty bo jeździ 5 razy w tygodniu. Nie wpadłaś też na to, że ta osoba może nie mieć szkółki bliżej niż 30 km od siebie?! Może nie ma na co zmienić?!Trochę w tym racji jest.. Jazda konna to sport dla bogatych. Koniec. Kropka. Ludzie, których nie stać na dobrą szkółkę i instruktora nie będą zawodowcami. Ale jeśli ktoś jeździ tak dla przyjemności to wszystko powinno być GUT.
Aventia, ja Cię rozumiem. Dorosła nie jestem ale już za parę miesięcy będę, więc raczej mogę się lekko przyrównać do Twojej sytuacji. U mnie w domu nigdy się nie przelewało, bo kredyty trzeba spłacać i takie tam, ale najgorzej też nie było. Jazdy finansowałam sobie praktycznie sama. Udało mi się dostać stypendium, które pobierałam przez rok i rozpoczęłam naukę jazdy. W stajni też czułam się obco na początku, ale całe szczęscie trafiłam na spoko ludzi. Jeździłam sobie przez ten niecały rok aż kasa się skończyła, a rodziców najzwyczajniej nie było stać na to, by finansować moje marzenia. Najgorsze było to, że w domu nikt nie rozumiał, ile dla mnie znaczy jeździectwo. Musiałam przeżyć parę miesięcy ciułając na ledwo pół godzinki raz na dwa tygodnie. Nie było wesoło, a ludzie w stajni nie szczędzili mi komentarzy, że nie umiem jeździć. Tylko jak miałam się nauczyć, kiedy nie było mnie stać na regularne jazdy? Młodsze ode mnie dzieciaki w stajni popitalały na koniach dużo lepiej niż ja. Takie dziewczyny które tam przychodziły, to wsiadały za każdym razem kiedy tylko tam były. Ja tylko patrzyłam na to z boku z lekkim ukłuciem zazdrości i żalu, że mnie nie stać na to. Wiem jaki to ból, kiedy Twoje marzenia roztrzaskują się o pieniądze. Brak funduszy sprawił, że zaczęłam przychodzić na konie tylko po to, aby z nimi pobyć, bo oszczędzałam każdy grosz na jazdy. Nauczyłam się pewnych tajników pracy z ziemi dzięki temu, ale i tak było mi bardzo przykro, że nie stać mnie na jazdy, a ci bogatsi nawet nie docieniają, co mają. Ja z każdej jazdy czerpałam pogromną przyjemność, delektowałam się każdą minutą i nawet liczyłam każdą jazdę (prowadzenie pamiętnika bardzo mi ulżyło w tym trudnym życiu jeźdźca). Dla nich to kolejna, zwyczajna przejażdżka, jakich wiele. Dla mnie każda jazda była wyjątkowa. Udało mi się jednak wybrnąć z tego dołka i to w samą porę. W akcie depresji zaczęłam szukać ludzi, którzy mają konie i pozwolą mi na nich jeździć za pomoc. Odmówiono mi w paru miejscach, a kiedy już straciłam nadzieję, trafiłam na Gosię i jej konie. Przyjęła mnie do pracy i teraz jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo każdego dnia realizuję swoja pasję, nie wydając ani grosza. Moja poprzednia stajnia powoli się wali finansowo, zabrano jej padok do jazdy i zaczęli sprzedawać konie, po kilka dziennie. Ci, którzy się tam tak lansowali teraz mogą mi nastukać. Jeżdzę na folblucie i sp, urządzam sobie tereny i robię spore postępy dzieki regularnym jazdom. Tego mi właśnie było trzeba i Tobie też radzę, byś nie stwierdzała od razu, że nie ma w pobliżu ludzi którzy udostępnia Ci konia do jazdy za pomoc. Ja też nie wiedziałam, że dookoła jest tylu takich ludzi dpoóki nie zaczęłam szukać. Jedni mówią nie, ale inni z checią Cię przyjmą. Poszukaj dobrze. Pozdrawiam ;)
Becia, żeby konie poznać i przestać się ich bać nie koniecznie trzeba na nich jeździć. Samo przebywanie z nimi, przyglądanie jak się zachowują na pastwisku moze dać wiele satysfakcji :) Aventie Co do kasy, fakt to moze być problem... Ale myśle ze wazniejsze jest podejście i zaangazowanie bo gdybyś naprawde czerpała przyjemnosc z jazdy pewnie udałoby sie wyskrobać jakoś te 30 zł choć 2-3 razy na miesiac. Ja tez zaczelam jezdzic całkiem niedawno, bo rok temu, jako dorosła już osoba i też w stajni w której mieli mnie gdzieś... Z tym ze ja nigdy wczesniej nie marzyłąm, a nawet nie myślałam o jeżdzie konnej... na pierwsza lekcje poszłam przez przypadek i wpadłam w ten sport tak ze od roku nie myśle o niczym innym. Przez pierwszych 10 jazd odliczałam dni tygodnia kiedy znowu będe mogła iść na konie... I kasa sie nie liczyła... poprostu wpieprzam zupki chińskie na obiad ^^ i zawsze coś sie odłożyło. A wtedy tez nikt mnie niczego nie uczył,ale ja byłam uparta... duzo informacji mozna znaleść w internecie a jak masz juz jakieś blade pojęcie w teori to wiesz o co pytac w praktyce. I tak na jazdach to ja zadawałąm pytania, wszystkim co sie akurat nawineli na padoku, nie koniecznie instruktorowi. Nie wiem czy to zdałoby egzamin na dłuższa metę pewnie nie, teraz jezdze juz w innej stajni i to zupełnie inna nauka... Ale moja dociekliwość i zaangazownie wystarczyły na początek. Teraz nie widzę mojego zycia bez koni. Nawet jak nie jezdze to siedze w stajni, bo jak pisałam na początku uczyc sie mozna w różny sposób. Kończąc zycze wszystkim znalezienia pasji która wciągnie was jak mnie jeżdziectwo :)NO I CO !
Aventia nie tylko Ty jesteś w takiej sytuacji. Jak widzisz osób z podobnymi odczuciami jest wiele. A skoro tak nas dużo jest może w każdej stadninie jest podobnie (wszędzie trafiają się zarozumialcy i ludzie normalni po mimo, że zamożni). A tylko ludzie mniej bogaci jak Ty i Ja różnie to przeżywają. Inni nie zważają na to, a inni (bardziej wrażliwi) czują się niefajnie. Ja też mam podobne uczucia. Też czasami zastanawiam się nad rezygnacją, ale staram się odganiać czarne myśli. O jeździe też marzyłam od dziecka, ale mogłam tylko pomarzyć, bo pieniędzy nie starczało nam od przysłowiowego 1go do 1go, a co dopiero na jazdy. Jak zaczęłam zarabiać na siebie to zaczęłam też jeździć. Zamożna nie jestem i też lądując w swoim ośrodku czuje się czasami głupio patrząc na ludzi świetnie jeżdżących i zamożnych, mających swój własny sprzęt i konie. I kiedy widzę małe dzieci super jeżdżące i skaczące przez przeszkody. Ale powiem Ci, że brak pieniędzy można przekuć z "wady" na zaletę. Sama ciężko pracujesz i zarabiasz na swoje jazdy, a nie nie jesteś osobą, której rodzice ufundowali sportową karierę. To co osiąga się z trudem jest więcej warte, niż to co zdobywamy z łatwością. Ludzie powinni to bardzo doceniać w Tobie. Wyniosłymi osobami, nie ma się co przejmować. Nie patrz na innych tylko skup się na sobie, na tym czego Ty chcesz. A poza tym chcesz jeździć dla siebie czy dla sportu? Jak dla siebie, rekreacyjnie, to nie musisz brać lekcji 5 razy w tygodniu i nie musisz być super najlepsza. Oczywiście nikt nie chce jeździć jak ostatnia łamaga, nawet jeżeli jeździ dla swojej własnej przyjemności, ale nie jak powiedziałam nie musisz być najlepsza niczym zawodowiec.
Witam wszystkich,piszę ten wątek jako jeździec początkujący, osoba dorosła.Postaram się wyjaśnić dlaczego postanowiłam skończyć z jazdą konną zanim tak naprawdę rozpoczęłam ją na dobre. Dlaczego uważam, że jest bezsensu i frustruje jak chyba żaden inny sport... Od dziecka marzyłam, żeby jeździć konno, kochałam wszystkie zwierzęta, więc nie było w tym nic dziwnego. Raczej na tym forum spotkam samych wielbicieli jeździectwa, więc proszę się wczuć:Chcesz jeździć konno jako dziecko, niestety rodziców najzwyczajniej nie stać na opłacanie tej zachcianki - nie mowa nawet o posiadaniu własnego konia - po prostu lekcje są zbyt drogie. W końcu osiągasz pełnoletność, pracujesz za grosze i oddajesz połowę wypłaty na lekcje jazdy - myślisz udało się, w końcu!Niestety po paru miesiącach stwierdzasz, że wydajesz kupę kasy (tak - dla niektórych 300 zł na karnet to połowa wypłaty) i nic dalej z tego nie będzie. Odkrywasz, że w pobliskiej stajni, w której jeździsz nic cię nie nauczono - wygląda to bardziej na wynajem konia na godzinę niż NAUKA JAZDY. Powiesz - "zmień stajnię!" - w innych niekoniecznie jest lepiej, a jeszcze drożej i dalej, co dla osoby, która nie ma samochodu jest jednak przeszkodą. Każdy "instruktor" uczy inaczej, mówi co innego, przeczą sami sobie. Rodzice nie zawiozą mnie do wybranej stajni, nie zaleją do baku, nie opłacą zachcianki.Idziesz w końcu do byle jakiej stajni z tą ciężko zarobioną kasą i widzisz tylko ogrom nastolatek i dzieciaków, wysiadających z rodzicami z drogich samochodów, z nietanim własnym sprzętem, jeżdżących regularnie lub dzierżawiących konie czy nawet posiadających własne w pensjonacie - wszystko za grubą kasę rodziców. A potem wyrasta taka i uczy mnie jeździć dziewczyna młodsza ode mnie (a stara nie jestem), bo jeździ już 8 czy 10 lat konno.Nie jest to żal spowodowany zazdrością, że inni mają a ja nie - tak jest pod każdym względem, tak wyszło, lecz tym, że mimo dużych chęci nie ma środków a tym samym możliwości spełnienia marzeń. Powiesz - szukaj, brak kasy nie jest przeszkodą, pomagaj komuś, w stajni itd. - odpowiadam: kto przyjmie do pomocy osobę, która dopiero zaczęła, która sama niewiele umie? A sprzątanie boksów przez kilka dni w tygodniu w stajni oddalonej o 30 km za godzinę jazdy też nie jest rozwiązaniem, bo przecież masz normalną pracę i musisz do niej chodzić.Snobistyczne towarzystwo jeździeckie początkujących rekreantów traktuje z góry, płacisz tę kasę a i tak czujesz się w stajni jak stary intruz - odbębnij godzinkę jazdy, płać i spadaj!Co innego jeśli trenujesz u nas sportowo lub masz konia w pensjonacie...Wpadasz w kompleksy, wiesz, że nie dasz rady "uczyć się" na tyle długo, żeby dobrze jeździć - jeszcze na forum ci napiszą coś w stylu, że "ja jeżdżę 10 lat i nie powiem, że umiem dobrze jeździć, a ty jeździsz pół roku i mówisz, że umiesz?".I wtedy dochodzisz do wniosku, że jazda konna w twoim przypadku jest bezsensu, staje się przyczyną zdenerwowania, kompleksów i frustracji - ambicja stała się twoim wrogiem.Wierzyłam, że nauczę się w miarę podstaw jeździectwa, znajdę tanią dzierżawę i będę mogła trwać w pasji - niestety, rzeczywistość okazała się brutalna - możesz jedynie w takim ciągu co najwyżej nadal latami jeździć w kółko na małym maneżu - piszcie co chcecie, ale nie o to chodzi w jeździe konnej...Piszę ten post, bo może czujesz tak samo jak ja, może jeszcze do tego nie dojrzałeś, ale pojawiają się już w Twojej głowie podobne myśli i zastanawiasz się co robić: czy warto tracić nerwy? Moja odpowiedź już padła: nie warto. Jest to gra niewarta świeczki.Piszę ten post do osób, które nie urodziły się "w siodle" na wsi ani nie mają pieniędzy na spełnianie marzenia w stopniu zadowalającym.Piszę ten post jako wyraz frustracji zwykłej dziewczyny, której się nie udało do wszystkich zadufanych w sobie adeptów jazdy konnej.Piszę ten post, zostawiając informację, że jeżeli kiedykolwiek w moim życiu pojawi się okazja pozwalająca na jazdę konną w normalny sposób, bez stresu o pieniądze, o brak umiejętności, presję czasu czy otoczenia "mistrzów jeździectwa" - wrócę do tego, jednak na chwilę obecną, w warunkach jakie są - mówię: to koniec.
Mam podobna sytuację- ale bede walczyć do końca......
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)zgadzam się , zwłaszcza ze zdaniem że "sport wymaga poświęceń i samozaparcia." Nikt nie mówił, że jazda konna jest łatwa i przyjdzie od tak sobie i po paru jazdach jeździ się jak zawodowiec. Na to potrzeba lat, wytrwałości ... Trzeba pokonać pewne rzeczy, także w psychice, aby jeździć ... Mam nadzieję, że każdy kto kocha konie i jest to jego prawdziwa pasja, będzie wytrwale dążył do tego, aby się w niej spełniać! :)
najwyrazniej zle trafilas. szczerze wspolczuje. wiesz ja na codzien spotykalam sie z tym, ze ktos prosto w twarz mowil mi, ze jezdzic nie umiem. i zdaje sb z tego sprawe. niestety wiem, ze wielkim sportowcem nigdy nie bede. bardzo chce probowac. niestety tak ten parszywy swiat jest zorganizowany, ze jednak za wszystkim stoja pieniadze. moze kiedys uda ci sie znalezc jakiegos prywatnego wlasciciela, ktory bedzie miec 2, gora 3 konie i bedzie potrzebowal kogos do pomocy... ;) bede trzymac za cb kciuki. od dawna uwarzam, ze najwiecej ucza konie. niestety czasami trudno jest wyczuc granice, dlatego instruktor tez jest potrzebny... trudno to wszystko ze soba zgrac :(
Może nie jestem bogata..ale to sprawia mi przyjemność..nawet potrafie sama cos rpzeczytać i sobie tak pomóc na jeździe żeby uczyć się jeszcze więcej..Ja trafiłam na stajnią którą kocham i kochać będę..chociaż inni jej nie lubia.. Po prostu kocham konie tam i ludzi z tamtąd..Nie stać mnie na spełnienie marzeń..ale nie poddam się : )
Jestem mile zaskoczona jakimkolwiek zainteresowaniem moim długim postem. Widzę, że odezwały się głosy "mam podobnie", "nie stać mnie na spełnienie marzeń"..."Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych."Nie próbuję nikogo zniechęcić do nauki jazdy - wręcz przeciwnie - jeżeli masz możliwości, udało Ci się mimo przeszkód, trwaj w tym i spełniaj się. Gorzej jeżeli przeszkody okazały się nie do przeskoczenia, stąd moja odpowiedź: nie chodzi przecież o brak zaparcia, stwierdzenie, że jazda jest zbyt trudna czy brak chęci - w niemal wszystkich przypadkach przeszkoda okazuje się jedna - pieniądze, a raczej ich niedostatek. Nie zrozumieją tej frustracji osoby, które mają możliwość uczyć się jazdy w kółko latami, bo nie muszą odliczać złotówek, które lecą podczas siedzenia w siodle. Uważam, że nie można tej dyscypliny porównywać do innych sportów - to nie rolki, rower, łyżwy, tenis czy cokolwiek innego, gdzie zaoszczędzisz - kupisz, co masz kupić i możesz się w to bawić.To nie taniec, teatr czy gimnastyka, gdzie często można rozwijać swoją pasję za darmo wśród ludzi, którzy bawią się tym co robią."Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie."Chyba nikt nie sądzi, że się nie orientowałam - niestety sytuacja w pobliżu mnie - na Śląsku - wygląda jak w poście pierwszym."Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem."Dokładnie - dobrze, że ktoś przyznał fakt o elitarności tego sportu, jazda konna jak widać niestety nie jest dla wszystkich jak próbują przekonać Cię na stronach szkółek jeździeckich. Dlatego smutno mi bardzo i zadaję sobie pytanie: dlaczego ja wymyśliłam sobie akurat jazdę konną? W końcu marzenia do spełnienia to szczęścia klucz.
Podoba mi się ten post. Daje do myślenia, tylko powiedz czego oczekujesz od ludzi? Nie chce żeby to zabrzmiało sarkastycznie, więc potraktuj te pytania normalnie, ale chcesz współczucia ? rad ?Powiem Ci jakie sa moje odczucia. Zgodzę się, że w przypadku jazdy konnej nie wystarczy powiedziec sobie czegoś w stylu "chcec to moc" albo "jesli naprawde to kochasz, to bedziesz o to walczyć" (no, na jedno wyszło) . Tak się nie da, bo jeśli nie czujesz na jeździe swobody, to ona nie sprawi przyjemności. A jazda "na siłę" nie ma sensu. Przyjeżdżasz w miejsce, w którym chcesz czuć się szcześliwa, chcesz się rozluźnic i czerpać radość z tego co robisz a zostajesz zmierzona milionami spojrzen, za to uwagi instruktorów nie brzmią juz jak dobre rady tylko zwyczajna krytyka Twojej osoby.Moi rodzice też nie mieli kiedyś kasy. Dopiero po jakimś czasie zgodzili się puścić mnie na jazdę konną. Przez pierwszy rok jeździłam w stadninie czułam się dokładnie tak jak opisałam powyżej. Może to nie ja zarabiałam, ale rodzice liczyli mi każdą złotówkę. Ponieważ jazda tam mi sie nie podobałą zaczęłam jeździć na stajni, gdzie płaciłam dużo mniej, a jeździłam dużo więcej. Wszystko było super. Miałam samowolkę. Jeździłam na koniu, którego sobie wybrałam i nikt nie pilnował moich łydek, pleców ani rąk. Po 3 latach (jak już myślałam, ze tak super jeżdżę) zaczęłam sie porównywać do innych jeźdzców (mieli piękną postawe, idealny osiad i własnego konia). Stwierdziłam, ze jestem 3 lata w tył z techniką i wszystkimi szczegółami o które trzeba zadbać podczas jazdy konnej. Wróciłam do tej stadniny i lecę od nowa. Znowu "przemiłe" spojrzenia i wszyscy w koło nagle prostują plecki, udają, ze są idealni i wywyższają się. Staram się tym nie zniechęcać. Wcześniej mogłam galopować całą godzinę, a teraz w kółko kłus i ciagła korekta dosiadu. Ale nie ma drogi na skróty i to wszystko trzeba dopracować. Wiem, że moja sytuacja nie odnosci sie idalnie do twojego postu, ale tak jak Ty chciałam na swoim przykladzie opisać jak dla mnie wygląda jeździectwo.Za bardzo nie wiem co Ci powiedzieć. Z jednej strony w Twojej sytuacji ciężko jest czerpać przyjemność z jazdy, a na chama przeciez nie bedziesz na konia włazić. Z durgiej strony w moim przypadku pierwszy rok wyglądał tak samo, a ludzmi wokół siebie nie powinno się przejmować. Myślę, że jeżeli masz możliwość jazdy raz na tydzień to nie rezygnuj. To wystarczająco dużo żeby w ciągu dwóch lat nauczyć się już raczej swobodnie jeździć. Nie zwracaj uwagi na osoby, które unoszą się ze swoim bogactwem i własnym konikiem, bo takie są wszędzie.Poza tym może się okazać, że niektórzy tylko wydają się tacy nieprzyjemni przez swoją powage. Możesz zapytac o lekcje indywidualne, a jak już będziesz lepiej jeździć to pytaj o wyjazdy w teren. Taka jazda jest dużo przyjemniejsza. Dla mnie pierwszy rok był męczący, bo zaczęłam dokładnie tak jak Ty zaczęłaś. Ale w końcu przyjdzie ten moment, że będziesz swobodnie jeździć, a to bardzo dużo zmienia. Skoro nikomu wokól Ciebie nie pali się do uśmiechu to olej to. Może dzięki temu nie będziesz przeszczęśliwa....już nie mówiąc o tym, że dotlkiwe są wszystkie niepowodzenia na jeździe. Nie raz będziesz zła na konia albo na siebie, ale niestety to jest normalnie. Myślę, że nawet gdybyś miała swojego konia i jeździła dzień w dzień to tej sytuacji nie zmieni. Przyspieszyłoby jedynie naukę. Owszem jazda na własnym koniu przynosi wiecej satysfakcji, ale jazda sportowa wcale nie musi byc lepsza. Nikt po każdej jeździe nie schodzi z konia z uśmiechem. . Z resztą myślę, że masz tego świadomość, tylko otoczenie zniechęciło Cie do jeździectwa.Starałam się spojrzec w miare obiektywnie. Nie chciałam Cię niczym urazić. Trochę misz masz, ale mniej więcej tak to widzę...pozdrawiam :)
Ja jestem zdania, że nie każdy, kto kocha koniki powinien uprawiać jeździectwo. Ktoś, kogo frustruje i zniechęca brak pieniędzy, zachowanie innych jeźdźców, czy brak natychmiastowych postępów w jeździe, zwyczajnie może się do tego nie nadawać i nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Psychika jest bardzo ważna w każdym sporcie i nie ma w nim miejsca dla tych co płaczą, że są do niczego, nie dadzą rady, inni mają łatwiej, a oni nie potrafią i są tacy poszkodowani przez los. Oczywiście warto walczyć o marzenia, tylko, że zawsze może się okazać, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż to co sobie wyśniliśmy i wymarzyliśmy.
Ja jestem zdania, że nie każdy, kto kocha koniki powinien uprawiać jeździectwo. Ktoś, kogo frustruje i zniechęca brak pieniędzy, zachowanie innych jeźdźców, czy brak natychmiastowych postępów w jeździe, zwyczajnie może się do tego nie nadawać i nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Psychika jest bardzo ważna w każdym sporcie i nie ma w nim miejsca dla tych co płaczą, że są do niczego, nie dadzą rady, inni mają łatwiej, a oni nie potrafią i są tacy poszkodowani przez los. Oczywiście warto walczyć o marzenia, tylko, że zawsze może się okazać, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż to co sobie wyśniliśmy i wymarzyliśmy.Zgadzam się. Owszem, też nie mam dobrej sytuacji, bo jazda raz w tygodniu to nie są jakieś cuda. Ale jak będę starsza to może coś wymyślę np. jeździc konno za pomoce w stajni. Na razie nie mam takiej możliwości.
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)Wątpię, że obóz jeździecki jest lepszym rozwiązaniem. Założmy, że porządny obóz kosztuje 1400 zł za 10 dni w tym 20 godzin jazdy, a jedna jazda konna kosztuje 30zł. Wiesz ile za 1400zł by było jazd? Sama piszesz, że na jazdy ci zarabiają rodzice, więc... Ale rzeczywiście - obóz się przydaje, lecz nie dla osoby, która ma kiepską sytuację finansową.
Witajcie. Doskonale rozumie "Aventie". Jeździectwo stety albo niestety wiąże się z pieniędzmi, dużymi pieniędzmi. Sam sprzęty jest niekiedy wart tyle co samochód. Ja dokładnie z takich samych względów nie jeżdżę konno. Nie stać mnie na taką przyjemność. Mimo, że pracuję nie mogę sobie pozwolić na regularne jazdy. Dwa lata temu zrobiłam sobie prezent na wakacje i wykupiłam sobie 10 jazd. Dostałam konia, dostałam instruktora, jechałam w zastępie. Oczywiście zauważalnie jechałam najgorzej. Wiem, że w zastępie jeździ się, kiedy ma się jakieś pojęcie o jeździe. Kompletnie nie umiałam się zgrać z koniem. To nie jego wina tylko moja. Raz było dobrze, raz źle. Myślałam, że im więcej czasu będę przebywać z końmi to zacznę je rozumieć. Stało się zupełnie odwrotnie. Zaczęłam się ich... bać. Od momentu, kiedy koń mnie ugryzł i kopnął podchodzę do nich z dystansem. Konie to wyczuwają dlatego postanowiłam spasować. W zeszłe wakacje byłam w Książu i konie wystawiały łby z boksów, a ja bałam się je pogłaskać po chrapach. Od tego czasu nie widziałam koni, nie jeździłam. W dalszym ciągu kocham te piękne stworzenia, ale stwierdziłam, że skoro nie mogę się im poświęcić to nie mam zamiaru na siłę od czasu do czasu pokazywać się w stajni i tylko się przygnębiać, że inni mogą częściej. Wiadomo, że brak pieniędzy dla kogoś kto bardzo chce jeździć nie stanowią przeszkody. Jednak te górnolotne słowa zderzają się z rzeczywistością.
Becia, żeby konie poznać i przestać się ich bać nie koniecznie trzeba na nich jeździć. Samo przebywanie z nimi, przyglądanie jak się zachowują na pastwisku moze dać wiele satysfakcji :) Aventie Co do kasy, fakt to moze być problem... Ale myśle ze wazniejsze jest podejście i zaangazowanie bo gdybyś naprawde czerpała przyjemnosc z jazdy pewnie udałoby sie wyskrobać jakoś te 30 zł choć 2-3 razy na miesiac. Ja tez zaczelam jezdzic całkiem niedawno, bo rok temu, jako dorosła już osoba i też w stajni w której mieli mnie gdzieś... Z tym ze ja nigdy wczesniej nie marzyłąm, a nawet nie myślałam o jeżdzie konnej... na pierwsza lekcje poszłam przez przypadek i wpadłam w ten sport tak ze od roku nie myśle o niczym innym. Przez pierwszych 10 jazd odliczałam dni tygodnia kiedy znowu będe mogła iść na konie... I kasa sie nie liczyła... poprostu wpieprzam zupki chińskie na obiad ^^ i zawsze coś sie odłożyło. A wtedy tez nikt mnie niczego nie uczył,ale ja byłam uparta... duzo informacji mozna znaleść w internecie a jak masz juz jakieś blade pojęcie w teori to wiesz o co pytac w praktyce. I tak na jazdach to ja zadawałąm pytania, wszystkim co sie akurat nawineli na padoku, nie koniecznie instruktorowi. Nie wiem czy to zdałoby egzamin na dłuższa metę pewnie nie, teraz jezdze juz w innej stajni i to zupełnie inna nauka... Ale moja dociekliwość i zaangazownie wystarczyły na początek. Teraz nie widzę mojego zycia bez koni. Nawet jak nie jezdze to siedze w stajni, bo jak pisałam na początku uczyc sie mozna w różny sposób. Kończąc zycze wszystkim znalezienia pasji która wciągnie was jak mnie jeżdziectwo :)
Tortuga masz rację. Upór w tym co się robi jest najlepszym sposobem żeby dojść do celu. Czasami po prostu nie ma się tej motywacji, może się myśli, że to samo przyjdzie. Kiedyś oglądanie koni było najwspanialszą, najcudowniejszą rzeczą jaka mogła mi się przytrafić. Teraz im mniej z nimi przebywam tym trudniej mi się zachować, kiedy widzę je w rzeczywistości. Cóż taka jest kolej rzeczy.
Hej, aż się zdziwiłam czytając Twój post. Moja sytuacja wyglądała poniekąd podobnie. Zaczęłam swoją przygodę z jeździectwem w wieku 11 lat, a w wieku 15 lat zrezygnowałam z powodu ludzi, którzy traktowali mnie w stajni, delikatnie mówiąc, z góry. Ciągle mnie ktoś "gnoił" i traktował jak intruza, bo wszyscy wiedzieli że nie chcę jeździć sportowo i rywalizować, tylko chcę na zawsze pozostać w rekreacji i robić to dla przyjemności. W końcu moje wizyty w tamtejszej stajni kończyły się takim stresem że nie dałam rady tego kontynuować. Próbowałam zahaczyć się w innych stajniach, prywatnych, ale tam nie dość że było tak drogo, że rodzice nie chcieli dawać mi kasy, to jeszcze dostawałam konia na godzinę i "rób co chcesz". W końcu kompletnie zrezygnowałam z jeździectwa. Przez lata męczyłam się z tym, że odpuściłam z jednej strony, z drugiej strony z tym że nie mogę wrócić, bo do czego? Do wiecznie wrednych, wywyższających się, kasiastych jeźdźców, wśród których i tak zawsze będę gorsza? Bałam się, że nie dam rady... Ale niedawno coś się zmieniło. Mój chłopak, z ktorym jestem już prawie 3 lata, a który zna mnie od momentu kiedy przestałam jeździć konno, stwierdził, że jeżdżąc na stajnie może i się męczyłam, ale nie robiąc tego męczę się jeszcze bardziej. Wręcz zmusił mnie, abym uruchomiła kontakty z przeszłości i poszukała w miare taniej stajni. I udało się. Sama w to nie wierzyłam, ani nie byłam do tego przekonana. Ale od prawie dwóch miesięcy znów jeżdżę konno u dziewczyny (młodszej ode mnie ;)) na jej koniu, bo ona nie ma czasu na nim jeździć. Dziewczyna prowadzi mi jazdy za 20 zł, zabiera w teren, troszkę skaczemy, ćwiczymy dosiad. Może i nie jest profesjonalnym instruktorem, ale pracuje zawodowo w stajni, a atmosfera na jazdach z nią jest świetna. Niedługo będę dzierżawić jej konia. Po pięciu latach zatem wróciłam do jeździectwa, jestem szczęśliwa i wreszcie czuję że robię to co kocham. Piszę Ci tego posta, dlatego że wiem jak się czujesz i wiem, że jeździectwo jako sport elitarny, niestety zrzesza ludzi, którzy patrzą na nas z góry, co jest strasznie frustrujące. Ale uwierz mi, NIE DAJ SIĘ!! Dlaczego "system" ma pokrzyżować Twoje marzenia?! Wiem, jak się czujesz, ale słuchaj, marzyłaś o tym od zawsze, a początki zawsze są trudne! Poza tym, na pewno na stajni są też fajni ludzie, tylko musisz ich znaleźć!! :) Radzę Ci, uruchom kontakty prywatne, popytaj koleżanek, może trafisz jak ja, na kogoś, kto nie ogłasza się w mediach, ale ma konia na którym mogłabyś pojeździć? Nie rezygnuj, choć jest bardzo ciężko, nie warto tracić czegoś tak pięknego... Ja choć wróciłam do jeździectwa, zawsze będę żałowała tych pięciu straconych lat. Jakbyś chciała pogadać, to zawsze możesz napisać na priv. Nie poddawaj się :)
To trafiłaś na straszną stajnię - innymi słowy mówiąc. Ja nie umiałam jeździć konno, z utęsknieniem jako małe dziecko patrzyłam na obrazki śliczniusich koników i kucyków w różnych książeczkach dla dzieci. Kiedyś udałam się na przejażdżkę rowerem po okolicy, dwie-trzy ulice dalej od mojego domu znajdowała się stajnia, jeździłam tam codziennie patrzeć na konie biegające na pastwisku i jak inni jeżdżą konno.Pewnego razu jak tak sobie stałam i patrzyłam na te konie, podeszła do mnie instruktorka z owej stajni, przedstawiła się, zaprosiła mnie do środka, pokazała mi wszystkie konie, pozwoliła mi nawet jednego wyczyścić, pokazała mi wszystko co i jak (przypomnę, że byłam dla niej obcą osobą).Następnego dnia też tam przyjechałam i zapytałam się o szczegóły dotyczące jazdy konnej w tej stajni, koszty itp. Zaproponowano mi, że mogłabym pomagać przy koniach, czyścić je, sprzątać w stajni w zamian za jazdy. Minęły trzy lata, zmienili się instruktorzy, konie, wszystko się zmieniło. Odeszłam z tamtej stajni. Biorę treningi w dużej stajni raz w tygodniu, szkolę się, trenuję, a oprócz tego jeżdżę do pana, który ma konie, czyszczę je, opiekuje się nimi itd.Naprawdę, ale łatwo nie miałam. Rodzice zgodzili się na jazdy, ale tylko raz w tygodniu, dzięki tamtej stajni nauczyłam się naprawdę wielu rzeczy.Nauczyłam się podstaw, obchodzenia z końmi itp. Ale pomińmy to. Może jazda konna nie jest dla Ciebie, to sport jak każdy inny i jak każdy inny kosztuje. Tyle, że tu masz sporo wyjść, bo możesz porozmawiać, że chciałabyś pracować w stajni w zamian za jazdy, a na przykład w szkołach tańca nie ma takiej możliwości, no bo przecież nie będziesz zamiatać parkietu w zamian za treningi. Rozumiem, że niektóre szkoły organizują lekcje za darmo, ale tam niewiele można się nauczyć. Wybacz, ale każdy sprzęt do każdego sportu jest drogi nawet taka rakieta do tenisa kosztuje ;)Szkółki jeździeckie muszą się cenić. Udostępniają własne konie, uczą Cię, korygują Twoje błędy, poświęcają swój czas i jeszcze muszą przecież utrzymać z tego co zarobią swoje konie, kupować nowy sprzęt jeżeli stary uległ zniszczeniu. To się tylko tak wydaje, że to nic takiego, a w rzeczywistości, utrzymanie takiej stajni, zapewnienie godnych warunków zwierzętom i jeszcze zapewnienie im jedzenia kosztuje, rachunki za prąd i wodę i jeszcze opłacenie stajennych i instruktorów, kowala i weterynarza co najmniej raz w miesiącu.
Jestem w stanie zrozumieć to ,że frustruje Cię to ,że naukę jazdy prowadzi dużo młodsza od Ciebie dziewczyna,ale nigdy nie zrozumiem twojej postawy gdy byłaś młodsza i nie pracowałaś. Wtedy mogłaś pomagać w stajni i w zamian za to mieć kilka lekcji, które mogłabyś wykorzystać całym sobą i nauczyć się czegoś. Towarzystwo (jak to określiłaś? "snobistyczne"?) nie jest takie wszędzie! Zawsze zdarza się kilka aroganckich osób, ale wystarczy nie zwracać na nie uwagi, a w tym sporcie liczy się przede wszystkim koń, a nie towarzystwo! Mogłabyś "wywęszyć" wśród znajomych czy ktoś nie może poprowadzić lekcji dla Ciebie, lub poszukać stajni , w których ceny nie są aż tak wygórowane. Wypowiedź AgnesC jest według mnie bardzo mądra, bo Ty chyba faktycznie przesadzasz. Skoro tak szybko zrezygnowałaś ,to nie mogłaś zakochać się w tym sporcie, a gdyby to nastąpiło ,to wstąpiły by w Ciebie nowe siły i dążyłabyś do spotkań z końmi a nie zamartwiała tym, że nie masz jak uprawiać tego sportu. Oczywiście, jeździectwo jest drogim sportem ,ale (znowu przytaczając słowa AgnesC) to sport uznawany za elitarny, więc nie ma się co dziwić! Ja osobiście uważam,że na wszystko jest sposób i zwyczjnie za szybko się poddajesz :)
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmień (a ja Cię zapewniam że wieele szkółek naprawdę próbuje Cię czegoś nauczyć).Stajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Ogólnie jeździectwo uszlachetnia, i robi z człowieka bardziej wrażliwego, więc jeśli spotkałaś tam jakiś snobów-miałaś peeecha.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Masz dwa rozwiązania-poddaj się, lub spróbuj walczyć!
ja też miałam podobną sytuacje , która się ciągnęła baaardzo długo ( tylko że ja nie jestem jeszcze dorosła :D ) zaczęło sie to jak miałam może z 4 lata , bardzo chciałam jeździć konno , rodzice obiecywali co roku i cały czas mieli jakieś wymówki to stary samochód i nie dojedzie , brak kasy , jesienią mówili że w wiosną zacznę jeździć i cały czas guzik z tego wiedziałam , wierzyłam i czułam że mi sie uda , że będe mogła chociaż dotknąć tego wymarzonego konia może z 3 lata sie takie wymówki ciągnęły potem kredyt i wiadomo , jak tylko wspominałam o jeździe to od razu sie darli na mnie i w ogóle, "nie mamy pieniędzy" ale cały czas i tak wierzyłam , potem w 3 klasie szukaliśmy jakiś stadnin , jak znalazłam to od razu że za daleko i nie ma kasy i tak w kółko w 4 klasie na końcu szukaliśmy z mamą jakiś stadnin po całym internecie , w końcu porozmawiałam z rodzicami i powiedzieli że w maju (był początek kwietnia ) w maju mówili że pod koniec maja aż w końcu mama przyszła i porozmawiałyśmy , wyszło na to że sie rozpłakałam i leżałam w moim pokoju przyszli rodzice i tata w końcu powiedział " w ten piątek jedziemy do stadniny" nareszcie ! moje marzenie sie spełniło , teraz nawet nie wymyślali wymówek ( mamy nowy samochód i kredyt prawie spłacony ) ale i tak krucho z kasą , więc wiem co czujesz , nie przejmuj sie wiekiem w mojej stadninie jest gościu po 30 a uczy sie jeździć , mój tata sie chce nauczyć a ma 47 :D
Wydaje mi się, że sporo jest ludzi, którzy pomimo ogromnej i odwiecznej pasji mają trudności z rozpoczęciem praktycznej przygody z jeździectwem ze względów finansowych zwłaszcza. Ja na swój "start" też musiałam czekać długo. Po skończeniu 18tki poszłam do jakiejkolwiek pracy w durnym telemarketingu, siedziałam tam parę miesięcy tylko po to żeby zarobić na początek nauki, a w międzyczasie szukałam sensownego miejsca, co w moim rejonie, z którego pochodzę łatwe również nie jest. Wytrwałe poszukiwania przyniosły jednak rezultat, udało mi się dogadać z dziewczyną, która posiadała małą stajnię z paroma końmi i zgodziła się nieco mnie poinstruować. Nasza współpraca trwała parę ładnych miesięcy, w międzyczasie starałam się skompletować podstawowy sprzęt jeździecki dla siebie: toczek, bryczesy, sztylpy i dopiero dużo później cała reszta. Oczywiście pieniądze, które udało mi się zarobić w pewnym momencie zaczęły się kończyć, ale wtedy próbowałam zdobyć trochę kasy wystawiając niepotrzebne książki i inne przedmioty na serwisie aukcyjnym. Działanie to przyniosło zaskakująco pozytywne efekty, później zaczęłam się rozglądać za konkretną pracą i trafiłam na krótko do całkiem sympatycznego ośrodka jeździeckiego, do którego niestety musiałam dojeżdżać, co powodowało, że musiałam doliczać dychę dodatkowo do kosztu każdej jazdy. Kiedy już nauczyłam się całkiem sporo, radziłam sobie nieźle w siodle, nawiązałam współpracę z inną prywatną właścicielką trzech koni i dzierżawiłam u niej najpierw jedną, a później drugą klacz. W międzyczasie dostałam się też na praktykę przy hipoterapii w ośrodku jeździeckim na drugim końcu Polski ;) gdzie również mogłam jeździć kiedy chciałam i pomagałam przy jazdach rekreacyjnych. Po powrocie z praktyk dostałam się na kurs instruktorski, czego wcześniej nie planowałam, ale zauważyłam informację o ostatniej edycji i moi bliscy zdopingowali mnie do działania. Łatwo nie było, zwłaszcza w kwestii finansowej, ale podołałam. A teraz od roku prawie pracuję w ośrodku agroturystycznym nad samym morzem, mam pod opieką trzynaście cudownych futrzaków i jest mi tu cudownie. :) Praca również znaleziona cudem właściwie, z dnia na dzień. Można powiedzieć, że mam więcej szczęścia niż rozumu ;)Nie mniej jednak nic nie przyszło samo. Pomimo trudności i to niemałych, powoli małymi kroczkami spełniam swoje marzenia i dążę uparcie do wyznaczonego celu. Każda kolejna trudność staje się dla mnie stopniem, na który muszę się wspiąć, bezwzględnie, nieważne ile czasu miałoby to trwać. Aventia, prawda jest taka, że jazda konna jest frustrująca niemal dla każdego ;) Dlaczego? Ano dlatego, że bywają dni trudne, koń nie chce współpracować, my mamy gorszy dzień, wszystko układa się nie tak. Ale po tym przychodzi kolejny dzień, pogodny, zewnętrznie i wewnętrznie i dalej możemy kontynuować swoje działania. Życzę Ci wytrwałości, przede wszystkim. :)I jeszcze jedno, ludzie to tylko ludzie. Każdy ma jakieś wady, niestety. Zamiast widzieć w innych bufonów, wykorzystaj ich jako wzór, podpatruj tych, którzy dobrze dogadują się z końmi, obserwuj i szukaj odpowiedzi jak to się dzieje, że koń tak odpowiada na sygnały i komunikuje się z jeźdźcem, a wreszcie odważ się pytać i mówić o swoich wątpliwościach. Jestem pewna, że nie wszyscy, którzy wyglądają na zadufanych w sobie są tacy naprawdę. Wybaczcie to wypracowanie, się rozpisałam...
Naprawdę sądzę, że przesadzasz. ok, może frustrować to, że młodsze osoby jeżdżą lepiej od ciebie i fundują im to rodzice, ale przepraszam kto ma im to fundować. Przecież nie zarabiają. Zaczęli wcześniej, wiec nie rozumiem dlaczego dziwi Cię to, że ktoś młodszy Cię uczy. I tak , potwierdzam zdarzają się tzw. snoby, ale naprawdę nie wszyscy. Trafiłaś na złą stajnie , ale z drugiej strony nie spodziewaj się, że osoby, które przyjeżdżają do swoich koni będą podjeżdżały starym polonezem, bo to drogi sport, dla osób, które albo zarobią, a jeśli jeszcze nie zarabiają, to opłacone przez rodziców i tego nie da się zmienić.
Aventia- piszesz,że jesteś osobą dorosłą- a czy jako osoba dorosła,która posiada język i z tego co widać- spory zasób słownictwa, nie możesz upomnieć się w stajni,gdzie jeździłaś o należytą uwagę i odpowiednie traktowanie przez trenera?Osoby dorosłe wiedzą,że skoro płacą,to i wymagają.Sama piszesz,że pieniądz rządzi światem,więc skoro wydajesz swoje ciężko zarobione pieniądze na jazdy,to możesz wymagać,aby poświęcano Ci odpowiednią ilość uwagi.Klient nasz pan!!! :-) Kwestia finansów- jako osoba dorosła zawsze masz możliwość zmiany pracy na tą lepiej płatną.Karnet 300zł to połowa Twojej wypłaty??Wybacz,ale to chyba jakiś zasiłek,a nie wypłata,bo teraz nawet na stażu dają więcej,więc może warto gdzieś się doszkolić,a nie narzekać na brak pieniędzy?Bo tak naprawdę,to nie wydaje mi się,aby właśnie to było takim ogromnym problemem...Kto chce,ten potrafi. Sama dorabiałam jako kelnerka,chwytałam się przeróżnych prac i na jazdy zawsze coś tam udało się uciułać.Teraz mam stałą pracę i owszem,konie nie staniały- ich utrzymanie idzie w górę...ale jak już wspomniałam- jak się chce,to i można osiągnąć wszystko.Zakup sprzętu dla konia to wydatek ogromny,ale jednorazowy (niech się nikt nie czepia,że ogłowie może zostać porwane :-) )Są i kredyty dostępne- można sobie czegoś odmówić,by mieć coś innego. Tak to już jest,że życie to cały czas handel- coś za coś lub brak czegoś za posiadanie czegoś innego- i nie chodzi mi tu tylko o rzeczy materialne,ale również o coś takiego,jak przyjemność.Załamanie rąk nie pomoże. Może zamiast narzekać na tych młodych ludzi ze stajni,których przywożą rodzice w mercedesach, poproś kogoś o pomoc?Skoro ktoś jeździ dłużej od Ciebie,to może coś Ci podpowie,skoro panowie trenerzy nie mają czasu? Potrafię zrozumieć Twoje hm... nie frustrację...Twoje problemy,bo to raczej o to chodzi.Czasami trzeba się wygadać,wypisać,zobaczyć,co sądzą o tym inni- czasami to pomaga.Czasami mocny kop i sprowadzenie na ziemię pomaga,a czasami dołuje.Ja jestem za kopniakiem.Tym bardziej,że mam do czynienia z osobą dorosłą,której nie trzeba malować świata jako kolorowego domku z bajki. I nie ma co pisać poematów na część zazdrości w stosunku do tych mających więcej kasy- do wszystkiego można dojść samemu- ciężką pracą i uporem.I tego Ci właśnie życzę,nie tylko z jazdą konną,ale i w życiu.
a myslałaś o współdzierzawie? Wtedy koszty konia ida na pół. Czyli za ok. 250- góra 300 zł masz ok. 3- 4 jazdy w tygodniu, to chyba najlepsze rozwiązanie. I nie kazdy własciciel konia wymaga zeby osoba do współdzierzawy super jezdziła. Jak masz w miare dużo czasu, mozna szukac stajni, najczęściej sa to małe stajenki, gdzie ktos ma konia i potrzebuje osoby do jazdy na nim za darmo, wbrew pozorom sporo tego, tylko stajnie te najczesciej sa dosc daleko ze trzeba samochodu i wymagaja 18 lat. Rzadko mają hale i zimą nistety nie jest za wygodnieJeszcze inna opcja- jak się mieszka na wsi, ma nieco ziemi, to trzymanie konia kosztuje w przyblizeniu tyle, co duzego psa, a wg niektórych nawet mniej. Mozna w chowie wolnostajennym, najtaniej i koń jest zdrowy.
Specjalnie dla Ciebie zarejestrowałam się na forum - czuj się zaszczycona ^^Mogę się doskonale wczuć w Twoją sytuację. Sama mam 20 lat, zaczęłam jeździć w marcu. Również uwielbiam zwierzęta, chciałam jeździć już w podstawówce ale niestety rodziców nie było na to stać - trudno. Mimo to wiedziałam, że kiedyś zrealizuje to marzenie. Obecnie studiuje, w roku akademickim nie mam czasu na pracę, bo mój kierunek jest dosyć wymagający. W związku z tym na całe wakacje wyjeżdżam za granicę i tam staram się zarobić jak najwięcej. Poza tym oszczędzam trochę na życiu codziennym i za to jestem w stanie opłacić sobie lekcje. Dodatkowo w stadninie, gdzie jeżdżę można otrzymać gratisowe jazdy za pomoc w stajni, na moim etapie są to proste czynności, np. prowadzenie konia na przejażdżce dla dzieci czy coś w tym stylu. Nigdy nie chciałam być sportowcem, po prostu lubię konie, lubię z nimi przebywać, jeżdżę rekreacyjnie i to mi wystarczy. Jeśli chodzi o sytuacje materialną to też czasem muszę się nakombinować, ale przy odrobinie szczęścia, samozaparcia i ciężkiej pracy da się wszystko!Jeśli chodzi o atmosferę to wiem, że pełno jest dzieciaków, które powiedzą Ci, że nic nie umiesz - ale szczerze? Dopowiedz sobie sama ile obchodzi mnie zdanie 13latki :) Nie mam zamiaru za rok startować w zawodach, ani nawet za 5 lat - nigdzie mi się nie spieszy. Po prostu raz się żyje i nie zamierzam żadnego dnia tracić na przejmowanie się tym, co inni sobie pomyślą albo co inni mi powiedzą. Mnie na szczęście udało się trafić w dobre miejsce - mała, niedroga stajnia gdzie ludzie są normalni, otwarci i przyjaźni. Tobie też życzę znalezienia takiego miejsca.I pamiętaj - nie poddawaj się. Żyj po swojemu. Jeździj tyle, na ile starczy Ci gotówki. W pozostałe dni możesz po prostu pojechać i pomóc przy koniach innym. W ten sposób też można się wiele nauczyć a przy okazji lepiej poznać ludzi, z którymi tam przebywasz.Pozdrawiam i życzę wytrwałości! No i przepraszam za chaos w wypowiedzi ale pora już nie ta :)
Hm... jeździectwo to drogi sport ale jak ma się pasję niestety trzeba w nią wkładać kupę kasy taka prawda .Znam tenisistę co kupuje rakiety za 300zł za "lekcję" płaci ok.60zł(57 czy coś) i za strój kolejne kilka stów .Ale niestety każdy chce zbić interes na tym co robi instruktor na jeźdźcach ,sklepy jeździeckie też .Ale tak to już w życiu jest -jest ono niesprawiedliwe .Jednym słowem uprawianie sportów jest dla ludzi bogatych bo biedny mając wypłatę powiedzmy 700 zł kupi jazdy na 200 stój za kolejne 200 zł i gdzie tu sobie kupić jedzenie,ubranie ,jeśli ma samochód to paliwo .Właśnie na miłośnikach podróży albo motoryzacji też zarabiają -ceny paliwa ,biletów są gdzie nie gdzie nie oszukujmy się ale straszne .
heh... ja też tak mam... a właściwie miałam... na samym początku... mieszkam na wsi i nigdy nie maiłam lekko, odkąd pamiętam błagałam rodziców, żeby wozili mnie na konie, ale nie mieli kasy, a nikt nie chciał małego dzieciaka nic nie umiejącego przyjąć do stajni, bo po co, żeby coś się stało mi albo koniom? w końcu przyszły 18-naste urodziny a ja ciągle nie jeździłam... z mojej osiemnastki uzbierałam kasę na prawo jazdy i zdałam... w końcu byłam niezależna, zaczęłam zarabiać sprzedając swoje rysunki i obrazy i pomagając u innych gospodarzy na polu (po mimo, że mam sporo pracy u siebie w gospodarstwie), kiedy miałam już kasę na lekcje najpierw pojechałam do stajni która była najbliżej mnie... pierwsze wrażenie całkiem nieźle, ale... konie chude, jazda- całkowita samowolka, nie jeździłam tam, ale widziałam jedną z lekcji... dziewczyna siedział na koniu jak w fotelu, a instruktor, jeśli w ogóle nim był, mówił tylko stęp, kłus "nie chce kłusować, to go walni, żeby się ruszył", stęp, zatrzymaj, "no zatrzymaj mówię, pociągnij za te wodze!" później na tego samego konia wsiadało kilka innych osób początkujących, z którymi rozmawiałam przed ich jazdami, kilka z tych osób, przeniosło się do tej stajni, bo w innych instruktorzy ciągle "się czepiali" a tu nikt na nich nie wrzeszczy,... mhm gratuluję takiego podejścia , koń nie miał w ogóle przerwy, po 2h pan "instrukt." pojechał a na jego miejsce przyszła jakaś kobieta, która tylko stała i patrzała... nawet nie zapytałam ile kosztują lekcje, nie miałam zamiaru tam jeździć, bo niczego bym się nie nauczyła, tylko jak walić konia batem i szarpać za wodze, potem pojechałam do stajni która jest najbardziej znana w mojej okolicy, wrażenia WOW! stajnia ful wypas, otoczona piękną zielenią, w stajni konie piękne, fryz, shire, araby, kuce szetlandzkie, hucuły, wielkopolaki, pełnej krwi angielskiej, tinker i kilka innych... prócz jazdy wierzchem uczy się tam też powożenia, ujeżdżalnia ogromniasta, piękne wybiegi, kryta ujeżdżalnia no i ceny z kosmosu (chociaż spodziewałam się tego po tej stajni) lekcje prowadzone całkiem fajnie, i postanowiłam, ze spróbuję, nie miałam jeszcze bryczesów ani sztylp czy czapsów jednak już na pierwszej lekcji niestety, tak jak w twoim wypadku spadł na mnie grad spojrzeń, które mówiły same przez się, że tu nie pasuję, bo nie mam tyle kasy co inni, chociaż instruktorzy byli całkiem fajni, to osoby które już tam jeździły nie koniecznie, byłąm tam kilka razy, ale po niemiłych komentarzach nie wytrzymałam,... byłam załamana, bo nie znałam więcej stajni w okolicy a najbliższa (nie licząc tych dwóch) była o 50 km za daleko, jednak, moja mama gadając z koleżanką opowiadała jej o tym jak kocham konie i chcę jeździć i okazało się, że ona ma konie i prowadzi lekcje... pamiętnego dnia 17 sierpnia zeszłego roku pierwszy raz pojechałam do stajni koleżanki mojej mamy. Nie do końca tak sobie ją wyobrażałam... dziurawa stodoła, małe wybiegi i ujeżdżalnia, brak krytej ujeżdżalni, warunki w stajni nie ciekawe, ale konie były zadbane... właścicielka stajni sama utrzymuje 6 koni i kuca, dlatego warunki są jakie są, ale sposób, w jaki ona opowiadała mi o swoich koniach... nigdy nie zapomnę ile było w tych słowach uczucia.. prócz swoich 6 maiła jeszcze 2 konie na hotelu, same sp i wielkopolaki, i klacz na emeryturze, ledwo chodząca, ślepa na jedno oko i nie do słysząca, pełnej krwi angielskiej, której właścicielka za nic nie chciała oddać na rzeź, 2 inne konie były z tragiczną przeszłością, 1 koń po złamaniu nogi, którego uratowała za taką kasę że mogłaby spokojnie kupić 2 inne... 1 lekcja kosztuje 30 zł, a instruktor to były zawodnik który skakał na potęgach skoków no i teraz jest jeszcze dziewczyna która niedawno zdała na instruktora, którą podziwiam choć ona na początku traktowała mnie trochę z góry (a teraz jest moja przyjaciółką)... na początku było mi ciężko pan instruktor jest bardzo wymagający i rzadko chwali, a nawet jeśli to tylko tak, że tego nie słyszałam, trochę mnie przerażał, czasem miałam wrażenie że jego wzrok przeszywa mnie na wylot, po każdej jeździe przyjeżdżałam załamana... i miałam wrażenie że to nie ma sensu, bo kasy miałam coraz mniej a ja w ogóle się nie rozwijałam, a jeszcze przecież szkoła... w domu rodzice się wściekali, bo całą uwagę poświęcałam na naukę jazdy a nie na szkołę... nie chcieli mi czasem dawać samochodu i trzeba było 20 km jechać rowerem (zimą też). Kilka miesięcy temu pan instruktor miał wypadek i jeździłam pod okiem właścicielki która przymykała oko na moje błędy, bo nie raz mówiła instruktorowi, żeby tak na mnie nie wyzywał... ale irytowało mnie to, że ona jest taka łagodna dla mnie, bo traciłam kase a niczego się nie uczyłam... po 3 miesiącach wrócił pan instruktor, a aż serce ścisnęło bo dowiedziałam się że on przyjedzie tuż przed jazdą... kiedy przeszedł srogim głosem zapytał, czemu koń jeszcze nie gotowy do jazdy (nie wiedział, że będzie miał ze mną lekcje), a nie widział mnie bo ja byłam w siodlarni, gdy wychodziłam wzięłam głęboki wdech i byłam gotowa znów przyjąć jego surowe spojrzenie.. stał do mnie tyłem a ja rzuciłam tylko "dzień dobry" i miałam nadzieję, że przemknę koło niego szybko, bez konfrontacji, ale to było nie możliwe bo stał w wejściu do stajni... a on tylko rzucił "cześć ziuta"(on każdą dziewczynę, której nie pamięta imienia, nazywa "ziuta" :) ) jak to usłyszałam to aż ze zdziwienia spojrzałam na niego (nigdy tak mi nie odpowiadał, za zwyczaj były to głupie odp. typu "wcale nie taki doby" albo "jak taki dobry to go zjedz") aż stanęłam ze zdziwienia gdy spojrzałam na niego, bo zniknął ten zimny wzrok a koleś się do mnie uśmiechał !!! ale ale nie miałam za bardzo z czego się cieszyć, bo czekała mnie jeszcze jazda i czułam że ta godz. będzie się bardzo dłużyła i znów mnie zaskoczył... był wymagający jak wcześniej, ale zniknął surowy ton... aż mi się przyjemnie jeździło :))))))))) po skończonej jeździe zostałam jeszcze trochę w stajni (nabrałam takiego nawyku kiedy miałam jazdę i właścicielką, zawsze zostawałam, żeby pomóc jej ogarnąć stajnie i konie), w pewnym momencie zostałam sam na sam z instruktorem i postanowiłam się przełamać i nieśmiało zapytać jak mi poszła dzisiaj jazda, a on do mnie "bardzo dobrze, trzy minus" i uśmiech :) a ja stałam jak wryta, nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam... potem na luzie wytłumaczył jeszcze kilka innych rzeczy, po czym znów mnie zszokował i powiedział "jak zaczynałaś jeździć to myślałem, że się poddasz, bo tu było dużo takich jak ty co kochały konie a po kilku lekcjach ze mną nie chciały już jeździć w ogóle", "nie dziwię im się" wymsknęło mi się, a koleś tylko w śmiech :) i pojechałam do domu taka happy jak nigdy! ta dziewczyna o której pisałam wcześniej miała to samo podejście, co pan instruktor, z resztą o uczył ją prawie 11 lat więc nabrała jego nawyków i ten surowy wzrok, ale teraz nie zamieniłabym tej stajni na rządna inną, zaprzyjaźniłam się z córkami właścicieli i ich mężami, pan który sąsiaduje z tą stajnią, ma 3 swoje konie i wypożycza bryczki, kiedy posprzątam u niego w stajni daje mi pojeździć za darmo! a instruktor mnie zwyczajnie próbował, i gdybym się poddała, zapewne napisałabym coś podobnego co ty teraz, chociaż nie powiem, bo były już takie momenty, ze myślałam,że nie wytrzymam i skończę z tym, ale na moje szczęście jestem bardzo uparta i gdy coś nie idzie po mojej myśli to robię to tak długo do póki mi się uda, bo nie daje mi to spokoju... Nie możesz "czekać na szansę kiedy będziesz mogła jeździć" bo tak to można czekać w nieskończoność, trzeba pomóc szczęściu. Moja przyjaciółka (instruktorka) jest w moim wieku, i mi też było głupio, kiedy mnie uczyła, teraz żartujemy na jeździe, ale ciągle mnie pilnuj, np. kiedy jej coś opowiadam to wcina mi się w słowo "wyprostuj się!" :)))Ja wiem, miałam zwyczajnie szczęście... ale też się dużo nacierpiałam jednak nie poddałam się, jazda konna wymaga poświęceń, jest to jeden z najtrudniejszych sportów, nie tylko pod względem fizycznym ale i psychicznym... wiesz czemu się nie poddałam? bo moim marzeniem jest mieć własnego kopytnego przyjaciela, (wiem może to i dziecinne marzenie ale co na to poradzę, że z tego nie wyrosłam) więc muszę się przygotować, żeby spełnić to marzenie, bo nie mam zamiaru później krzywdzić mojego przyjaciela tym że nie umiem jeździć, bo się poddałam, po za tym, żeby jakoś jeździć potrzeba lat, bo jak mówi mój instruktor, teraz jest mało jeźdźców, którzy jeżdżą dobrze, a tacy co jeździli bardzo dobrze już dawno nie żyją... a nie chcę cieszyć się jazdą na starość, niestety życie jest krótki, a ja zamierzam z niego czerpać pełnymi garściami, i tak już dużo czasu zmarnowałam! jeśli zdołasz przeczytać cały ten post to wielkie ukłony dla ciebie, przepraszam za ten referat, ale chciałam ci pokazać, że ja też przez to przechodziłam, a się nie poddałam, ciężko pracuję nadal, żeby mieć kasę na jazdy i bez przerwy mam w domu kwasy, że tylko konie i konie, ale cóż, to jest moje marzenie i nie pozwolę, żeby prze moje słabości tak łato się ulotniło :))) może musisz spróbować jeszcze raz...
monna- sory, ale naprawdę co to za podejscie wyzywanie człowieka, ze nie umie, itp?? Ja bym tego instruktora wywaliła z hukiem, że tyle osób przyszło co chca jezdzic i potem kazda zrezygnowała. Konie to ma byc przyjemnosc, ty uczysz się chyba rekreacyjnie? nieraz widziałam, jak instruktorzy z niespełnionymi ambicjami wyzywają i ja osobiscie widze prawisłowosc- im ktoś gorzej jezdzi, tym częsciej wyzywa.... nikt cię nie nauczyc jezdzic wyzywaniem, najlepiej nauczy cię sam koń... Jazda konna moze byc przyjemnoscią... Rozumiem jeszcze, zebyś tam miała jazdy za darmo, ale pomagasz, płacisz i to sporo i jeszcze gadki typu, że kiedyś to wszyscy dobrze jezdzili, teraz nikt... Chyba się gosc za dużo grzybków najadł surowych... :(
Widzę, że ja tutaj również nie jestem sama. Może moja historia Ci trochę pomoże. Ja zaczęłam jeździć w stajni oddalonej o 25km od mojego domu, miałam karnet, ale brak dojazdu. Tak więc jeździłam sobie 2x w miesiącu po 2-3h jazdy. Tak jeździłam przez jakieś 2 lata. Potem zmieniła się instruktorka, dużo osób ze stajni odeszło, dużo nowych przyszło, z którymi nie potrafiłam się dogadać. Jeździłam coraz rzadziej, tylko jazda i do domu, a co się z tym wiązało? Brak postępów, ciągle tylko jedno i to samo. Miałam tego kompletnie dość..rzuciłam stajnie, po kilku miesiącach powrót. Jeden karnet i stwierdziłam, że koniec. Nie jeździłam prawie rok. Znalazłam nową stajnie, jeszcze bliżej mojej miejscowości. Zaczęłam pracę w zamian za jazdę. Na początku super atmosfera, potem zaczęło się psuć. Byłam raz na tydzień, inni codziennie. Wkurzało mnie to, że nie wiem co się dzieje w stajni, że inni traktują mnie jak zwykłego robola. Odeszłam. Znowu prawie rok bez koni. Stwierdziłam, że raz na zawsze to kończę bo nie ma już sensu. Aż nagle miesiąc temu przez przypadek znalazłam stajnie blisko mnie, do której mogę dojeżdżać rowerem. Stajnia nie sportowa ani rekreacyjna, ale hodowlana. Nie bałam się jednak zapytać o jazdę i nie żałuję! Mimo, że teoretycznie jeżdżę ponad 6 lat w praktyce jestem początkująca..Dopiero tutaj zaczynam uczyć się porządnego dosiadu od podstaw, działania nim na konia. Niebawem jadę dopiero na brąz! Ale cieszę się, że nie zrezygnowałam. Jestem osobą bojącą się upadku z konia :D nie lubię koni brykających i płoszących się. Przede mną jeszcze wiele lat solidnej nauki aby nadrobić ten stracony czas, ale było warto, aby wreszcie znaleźć swój raj na ziemi :) w mojej stajni jeżdżę tylko ja i dziewczyna która tam pracuje a zarazem moja trenerka i znajoma, no i oczywiście właścicielka. Zawsze mogę na nie liczyć i czuję się tam jak u siebie w domu. Także i Ty nie poddawaj się i walcz bo naprawdę warto!!
Nie będę Cię przekonywać że źle robisz, albo dobrze. ale napiszę Ci co ja myślę:Ja też nie szastam gotówką, mozolnie zbieram do skarbonki jakieś kaszaki, dopiero skończyłm szkołę i nie znalazłam jeszcze pracy. Próbowałam z koleżanką biegać dla przyjemności nie pobiegałam zbyt długo, chiałam nauczyć się grać na gitarze przez 3 godziny nie nauczyłam się nic, nawet prostego chwytu, poszłam bo koleżanka mnie namawiała, próbuje bazgarć jakieś obrazki, w końcu poszłam na konie, tam wreszcie poczułam się jak w niebie, siedząc w siodle poczułam swego rodzaju wolność, kontakt z koniem uspokaja, uwielbiam zapach jego sierści.Jeżdżę raz w miesiącu, wkurzam się że nie częściej, że nie mam kasy, albo nie mam jak dojechać, ale mimo to nie mogę wytrzymać bez tych zwierząt. Nigdzie nie czułam się tak dobrze jak wśród zwierząt a najlepiej na końskim grzbiecie, a żeby było najzabawniej to nie musi być galop czy jazda w terenie, mnie radość daje samo czyszczenie, siodłanie, jazda stępen i kłusem, ciesze sie że na jeździe wyszło mi coś czego nie potrafiłam zrobic na poprzedniej lekcji, i to w tym sprocie jest chyba najpiękniejsze, sam kontakt z koniem, robienie postępów nawet i wolnych i małych, brnąć przez przeciwności do przodu, nie na każdej jeździe wszystko się udaje, jest taka jazda ze koń nie ma ochoty do pracy wiadomo koń też odczuwa zmęczenie zmiany w ciśnieniu.Jazda konna uczy wytrawłości, Jazda konna to nie tylko zawody, hubertusy wygrane, jazda konna to miłe spędzenie czasu z osobami którzy podzielają tą pasje, z najwspanialszymi zwierzetami... Ja też niedawno doszłam do wnioski też bardzo chciałam jeździć na zawody, ale z taką częśtotliwością nie mam szans, ale czy to jest powód żeby rezygnować z marzeń? Moim zdaniem NIE!
Myślę, że trochę przesadzasz. Jazda konna jest uważana za sport elitarny, więc nie powinno Cię dziwić, że osoby mające w opór kasy przyjeżdżają na jazdy czy do swoich koni w super mercedesach i z drogim sprzętem. Ceny w ośrodkach są różne tak jak instruktorzy, zawsze można zobaczyć w jaki sposób naucza dana osoba, a wybór należy do Ciebie. Nie mogę wczuć się w Twoją sytuację w 100%, bo na moją jazdę konną zarabiają rodzice, ale nie mam własnego konia, nie dzierżawię, raz jeżdżę regularnie, a raz nie. Na jazdy dojeżdżam rowerem...wiem, że przy odległości 30 km to raczej kiepska opcja, ale raz na jakiś czas można zapłacić za przejazd komunikacją miejską. Jeżeli chcesz nauczyć się jeździć to nie powinnaś zwracać uwagi na snobów, a skupić się na celu, który chcesz osiągnąć. Jeżeli do sukcesu potrzeba Ci wsparcia innych koniarzy to nie musisz go szukać w stadninie w której jeździsz...tu masz ponad 10 000 osób, które borykają się z różnymi problemami dotyczącymi jazdy. Może zamiast wydawać pieniądze na karnet, powinnaś je zaoszczędzić i pojechać na porządny obóz, gdzie za porządny uważam nie taki który jest drogi, a ten na którym zdobędziesz wiedzę zaspokajającą Twoje ambicje. Możesz wierzyć lub nie, ale warto przyjaźnić się z koniarzami, bo są jeszcze dobre osoby, które nauczą jeździć za nic. Gdybyś poznała jazdę konną nie mówiłabyś, że jest bez sensu. Nie powinnaś też mówić, że to koniec, bo na realizację marzeń zawsze jest czas...prędzej czy później. Jazda konna to sport, a sport wymaga poświęceń i samozaparcia, gdy przyłożysz trochę starań to nie będzie dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję, że spełnisz swoje marzenie. P.S. Na frustrację polecam hipoterapię ;)Aga jak zwykle ma rację! :DW pełni się zgadzam. Jeździectwo wymaga wieelu poświęceń, wielu siniaków i łez. To sport, który uważany jest za luksusowy i drogi, ale wcale taki nie musi być. Są ludzie którzy potrafią nauczyć dobrze jeździć i zrobią to za przystępną cenę. Trzeba umieć szukać. Czasem wystarczy przejechać się rowerem po okolicy czy zajrzeć do gazety (tak znalazłam malutki ośrodek w którym teraz pomagam przy koniach w zamian za darmowe jazdy CODZIENNIE). Jeżeli naprawdę się to kocha, to nie zrezygnuje się ze względu na snobistycznych jeźdźców. Są stajnie, w których można znaleźć wielu pomocnych przyjaciół.
Taak.. jazda konna jest drogim, wręcz elitarnym sportem bym powiedziała. Jeśli chce się iść dalej poprzez liczniejsze treningi, być może zakup sprzętu to rzeczywiście koszty są ogromne i to przez duże ,,o". Nawet w przypadku, kiedy chcemy tylko pojeździć tak dla przyjemności koszty z tym związane dają się we znaki. Ja sama jestem z tego względu w trudnej sytuacji. Z jednej strony jestem sfrustrowana, że nawet ciężko pracując w letnim upale jeżdżę dość rzadko, a ceny jazd i tak nieustannie z racji sezonu idą w górę więc trzeba pracować więcej i więcej. Ostatnio się poszczęściło i dostałam karnet na trochę jazd, ale co dalej? Karnet się skończy, a ja znowu stanę w miejscu i wszystko to co dotąd wypracowałam, wszystkie umiejętności jeździeckie, które nabyłam zatrze czas, czas przerwy od jazdy. Opanowanie jazdy konnej (mówię tu o idealnej w przynajmniej dobrej równowadze jeźdźca i konia, ich poruszaniu się w harmonii) wymaga wielu godzin pracy, wielu godzin jazd, a co za tym idzie wielkich funduszy by je zapewnić. A kiedy ich brak? No cóż, jedyną drogą jest czekanie, a ono zawsze frustruje tym bardziej kiedy dzień w dzień ogląda się ludzi, którzy mają do tego nieograniczony dostęp. Zdaję sobie sprawę, że w nie jestem w takiej znowu najgorszej sytuacji, ale mimo to ciągle czuję niedosyt związany z jazdą konną, ciągle pragnę jeździć częściej, być obok tych kochanych zwierzaków dzień w dzień, i te pragnienia, a w zasadzie marzenia dają mi siłę by teraz tego nie zakończyć, by nie odpuścić. Ciągle wierzę, że kiedyś sen o koniu dzięki własnej pracy i ,,odrobinie" szczęścia się spełni, choć nie ukrywam, że są takie chwile, kiedy z racji trudnej sytuacji nastawienie tego typu wydaje mi się śmieszne.. :((
Witam ciebie i wszystkich czytających ten post:) Pochodzę z Pleszewa i kto kolwiek mieszka w tych okolicach i ma podobny problem zapraszam żeby do mnie się odezwał mój e-mail to daria13133@o2.pl :) mam własnego konia i zawsze mogę zabrać kogoś na jazde za darmo . jezdze do stajni codziennie sama a przydałało by mi się towarzystwo:P
Też tak kiedyś miałam - jeździłam w super "sportowej" stajni, w której instruktor traktował z góry wszystkich rekreantów, tak samo jak i zawodnicy, którzy u niego jeżdżą. Jazda wyglądała tak: "Wsiadaj na konia, a ja zaraz wracam...". Niczego się tam nie nauczyłam, postanowiłam zmienić stajnię, bo denerwowała mnie już tamta atmosfera i sposób prowadzenia jazd. Widać było, że właściciel stajni założył "szkółkę" po to, żeby zgarnąć więcej kasy, ale w rzeczywistości mało obchodzi go, co robią rekreanci na jego koniach. Zapisałam się na jazdę do innej stajni. Do tej pory w niej jeżdżę - jest tam zupełnie inaczej. Instruktorzy są bardzo mili, atmosfera także. Bardzo dużo się tam nauczyłam, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że mogę tam spędzać czas z końmi, bo już samo to daje mi radość i satysfakcję. Wiem, że żeby coś osiągnąć, nie wolno się poddawać. Uważam, że powinnaś zrazić się do tamtejszej atmosfery, a nie do jazdy konnej. Mam nadzieję, że kiedyś zmienisz zdanie.
Witam,Tak jak połowa z was od dzieciństwa pragnęłam jeździć konno, udało mi się. Mama zapisała mnie do szkółki, jeździłam na lonży potem w zastępie. Nie poddawałam się, często mi coś nie wychodziło, denerwowałam się no ale jakoś było. Instruktor to najbardziej charyzmatyczna osoba na świecie, uwielbiałam go. Zajęcia jak w większości szkółek, konie nauczone na pamięć wszystkiego. Dziewczyny z zastępu były beznadziejne ( tylko jedna lubilam). Zaczęły być ode mnie lepsze, zle mni szlo.. i tak samo ten wzrok i spojrzenia... Jakby pozjadały wszystkie rozumy świata. Denerwowało mnie to i pomyślałam, że jak mam się denerwować ( a ma to być dla mnie przyjemność) to ja dziękuje bardzo. Zresztą wszyscy mówili, że tam się niczego nie naucze. Chodziłam w kratkę aż w ogóle przestałam. Dłuugo nie jeździłam ale nadal bardzo mnie ciągnęło. Razem z mamą szukałyśmy stadniny. Mama byla wymagajaca, jak nie ma hali to niee bo jak pada albo jest zima to coś. Znalazłam przesympatyczną szkółkę ale była daleko i bez hali - wiec odpada. Dalej, pojechalismy do takiej sportowej, pierwsza jazda-super, instruktor wie co jest na rzeczy, przykłada się, nie olewa, jest hala. Od razu wykupiliśmy karnet ( a to byl najwiekszy blad). Tak jak ktoś już pisał, instruktor olewa, wychodzi sobie gdzieś a ja? Ja jeździłam po hali gdzie o bok sami "sportowcy" ze swoimi wierzchowcami trenują skoki itd. a ja mialam im nie przeszkadzać. Spadłam tam z konia ( juz nie raz spadalam w poprzedniej szkółce ale nie zniechęcało mnie to) i to już utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie chce tam chodzić, stracilam z karnetu z 200zl. Znów długi czas nie jeździłam, aż koleżanka ze szkoły zaproponowała mi pojechanie tam gdzie ona sie uczy. To były wakacje, pomagałam w sprzątaniu, w czyszczeniu, wyprowadzaniu na pastwisko itd. jeździłam, czasami tez za darmo. Wakacje się skończyły i znowu ponad rok już nie jeżdżę. 3kl, ostatni rok, nie ma czasu.U mnie wlasnie chodzilo o ludzi, ja nie mam takiego samozaparcia, + strach przed porażką w oczach innych zrobił co miał zrobić. Ja także nie miałam planów- zawody itd. ( wow, mam brązową odznakę-aż cud). Chciałabym jeździć dla przyjemności,a do tego musiałabym mieć chyba własnego konia i instruktora). Mam zamiar jednak dalej próbować, i starać się nie patrzeć na opinie innych tylko robić swoje. Pozdrawiam
Wiesz... Ja od zawsze chciałam jeździć konno. Zaczęłam mając lat chyba 8 ( teraz mam 13 ). Jeździłam tylko w wakacje w małej wiejskiej stajni, w której nie oszukujmy się dużo się nie nauczyłam. Potem zaczęłam jeździć normalnie w ciągu roku szkolnego, w całkiem dobrej stajni. Też czułam się jak intruz. Starsze dziewczyny jeżdżące na bardzo wysokim poziomie, z ,,nadzianymi" rodzicami... ale wszystkie moje pieniądze odkładałam i nadal odkładam na konie. Moje rówieśniczki ciągle sobie kupują nowe telefony itp. a ja wszystkie pieniądze jakie mam przeznaczam na jazdy. Na urodziny proszę o pieniądze na karnet, na święta też tylko o to. I mimo świadomości, że nie pasuje do środowiska bogatych nastolatek z importowanym sprzętem, jeżdżę dalej.Pasja to pasja. Był pot, były łzy bo nic mi nie wychodziło, był ból po upadkach, ale to się opłaciło... ,, po trupach do celu " . Więc nie zniechęcaj się i nie rezygnuj. Włóż całe serce i całą duszę w to co robisz
Miałam całkiem podobną sytuację do Ciebie. Zaczęłam jeździć konno w wieku 6 lat. Początkowo moich rodziców nie było stać na kupowanie mi lekcji więc jeździłam tylko w wakacje. Trafiłam na okropną instruktorkę. Wywyższała się i krzyczała gdy np. nie potrafiłam osiodłać konia. Ale byłam tak zawzięta, że pomimo stresu jaki sprawiało mi jeżdżenie nie przestałam Kiedy skończyłam 11 lat sytuacja finansowa moich rodziców znacznie się poprawiła. Powiedzieli, że mam poszukać sobie jakiegoś ośrodka w którym mogłabym się systematycznie uczyć jeździć konno(tamten w którym jeździłam podczas wakacji był oddalony o jakieś 600km, niedaleko od miejsca zamieszkania mojej babci). Pierwszy z nich był bardzo podobny do poprzedniego , więc po roku psychicznie nie wytrzymałam i zmieniłam stajnię. Na początku druga była świetna! Instruktorka mnie bardzo dużo nauczyła i atmosfera była miła. Jednak po dwóch latach przeprowadziła się na drugi koniec Polski I kolejni instruktorzy znów byli tragiczni. Po dwóch latach znowu zrezygnowałam. Miałam półroczną przerwę od jazdy konnej. Byłam z tego powodu bardzo nieszczęśiwa, ale okazało się, że znajoma mojej mamy koleżanki miała swoje konie i choć nie prowadziła lekcji zaofiarowała się, że może spróbować mnie czegoś nauczyć. Od tego czasu jeżdżę u niej. Początkowo dzierżawiłam jej klaczkę, ale później dostałam na urodziny swojego konika - klacz angloarabską Sambę. Mam ją do tej pory. Nadal mnie ciarki przechodzą kiedy myślę o tym stresie, który przeżywałam podczas nauki w poprzednich stajniach. Uważam jednak, że się opłacało bo teraz - razem z Sambą - odnoszę sukcesy. Życzę Ci abyś mimo wszystko wróciła do jazdy konnej i znalazła stajnię gdzie będziesz naprawdę czuła się szczęśliwa.
Witaj!ja mam 40- tkę na karku, nigdy nie jeździłam a od roku jestem posiadaczką (nie powiem że szczęśliwą) dwóch koni. Sprzęt kupywałam okazyjnie, nawet dobrych marek można zakupić za grosze. Co do obsługi koni i prób wsiadania na klacz to kończyły się na poczatku bólem brzucha albo palpitacja serca. Na samą myśl że mam je wyprowadzić wpadałam w panikę. Dziś sama je obchodzę, czyszczę , lonżuję, karmie i im sprzatam, alew dalszym ciagu mam stracha kiedy mam na nia wsiąść. Kiedy juz jestem w siodle i przejedziemy kilka kroków opuszcza mnie stach i nawet sama jadę w pola( nie za daleko).Co prawda zawsze kochałam oglądać konie, uwielbiałam ich ruch, ale nigdy nie było mnie stac na jazdy ( nawet szkółek w pobliżu nie było). Czytając twój post bardzo , ale to bardzo żałuję że mieszkasz tak daleko odemnie. Przydał by mi sie ktoś taki jak ty, żwlaszcza w wekendy. Moze nie mam ukończonych kursów jazdy konnej ale za to potrafie podpowiedziec jak wsłuchac sie w konia. Dzisiaj na mojej klaczy jeżdzą na lonży dzieci od 4 do 8 lat, bez lonźy prowadzone ( znaczy klacz idzie bez niczego za mną) jeźdza 13 i 14 latki. To nie prawda że jeżeli kochasz konie to musisz umiec jeździć. Jeżeli znajdziesz porozumienie ze zwierzęciem to te pozwoli ci wsiąśc na grzbiet i zabierze tam gdzie chcesz, bez używania łydek ( moja klacz reaguje na komendy słowne i uzdę).Jeżeli chodzi o gowniary które sa sponsorowane przez rodziców to masz rację, ale czasem warto z jedną albo drugą pogadac na osobności i poprosic o pomoc wtedy one bedą sie czuły w koncu dowartościowane a ty się rozluźnisz.zyczę powodzenia
Warka a gdzie mieszkasz?
okolice Jeleniej Góry
WitamBardzo dokładnie rozumiem frustracje Aventi.Moim zdaniem wielkim błędem jest mieszanie pensjonatu z rekreacją. Następuje tam zderzenie dwóch światów , nie koniecznie obdarzających sie wzajemną tolerancją.Nie ma zrozumienia dla jeźdźców amatorów.Wiele osób posiadających własne konie , nawet Ci jeźdźący dla przyjemności i nie pobierający treningów sportowych nie biorą pod uwagę, że ktoś korzystający z jazd raz w tygodniu w owiele dłuższym czasie nabiera umięjętności od tych jeźdżdżących na codzień. Winą można tu również obarczyć właścicieli ośrodków którzy pozwalają na przykre uwagi w kierunku swoich rekreantów. Duża grupa posiadaczy pensjonatowych koni wywodzi się z rekreacji zupełnie o tym zapominając.Prowadzenie stajni, spowodowanie poprawnych relacji pomiędzy wszystkimi korzystającymi z usług jest trudnym zadaniem i niestety nie każdy posiada takie właściwości.Gromadzi sie w osrodkach wszystkie dziedziny jeździectwa a zadnej na poważnie. Zaniedbując to jedno to drugie. Łapiemy trzy sroki za ogon nie mogąc ogarnąć całego tego bałaganu.Walka o klienta przysłoniła oczy wielu miłośnikom koni. Dlatego właśnie uważam,że rozdzielenie rekreacji, pensjonatu , hodowli czy innych jest niezbędne.Jeździec amator- rekreant nie powinien sie czuć gorszy czy nizej w hierarchii.A do tego mądry szkoleniowiec, posiadający umiejętność pracy z różnymi ludźmi, o różnych możliwościach ruchowych, bez wygórowanych ambicji i dopasowujący zadania do mozliwości i talentu jeźdźca to połowa sukcesu. Instruktor- nauczyciel, pedagog, przyjaciel.A jeśli chodzi o koszty?No cóż. Jeździectwo to drogie przedsięwzięcie. Oferujemy do nauki jazdy nie tylko swoja wiedzę i konia. Dochodzi do tego drogi sprzęt jeździecki, niejednokrotnie oświetlone place czy hale.( to są bardzo duże koszty). Użyczamy coś czego utrzymanie pochłania duże koszty.Dla prównania jedna lekcja korepetycji np z angielskiego to koszt np. 40-60zł za godzine. Jaki nakład ma korepetytor? Wiedza oczywiście, ksiażka, swiatło w pokoju, długopis.Jak często kupuje nowa książkę, długopis?Pewnie są jeszcze jakies koszty,ale nie można tego w żaden sposób porównać do kosztów utrzymania, przygotowania konia do tego aby mozna z niego korzystać. Dlatego uważam ,że niestety ale godzina jazdy konnej jest zbyt niska biorąc pod uwage średnią cene za godz. w moim mieście.Tak jak nie kazdego stać na jazdę na nartach, nie każdy ma samochód tak nie kazdego stać na nauke jazdy konnej. Ale jeśli już może sie uczyć to właściciele szkółek mają obowiązek stworzyć mu do tego warunki. Prowadzę szkółke od kilku lat. Na początku miałam tez pensjonat.Zlikwidowalismy pensjonat stawiając tylko na rekreację. Teraz wiem,że było to dobre posunięcie. Mamy spokój, cudownych klientów krórym wychodzimy na przeciw biorąc pod uwagę ich zas, mozliwości, chęci. Zapewniam,że kochają konie, uczą sie dłużej ale wcale nie gorzej , mają radość i satysfakcję. Chętnie się uczą, słuchają co się do nich mówi i starają się.A pracuje się z moimi rekreantami równie ciekawie i rozwijająco jak z każdym innym jeźdźcem.Szkoda,że panuje opinia o rekreacji że to taki drugi sort jeździectwa.
Ja nie rozumiem z jakiego powodu pensjonariusze mają czuć się lepsi... Osobiście znam ludzi jeżdżących w rekreacji od wielu lat, którzy zaczynali będąc w szkole podstawowej a dziś są po 30stce. Mają ogromne doświadczenie i umiejętności ale często zwyczajnie brak czasu na własnego zwierza. Czy są w czymś gorsi od nastolatki, której rodzice kupili i utrzymują konia? Nie sądzę. A wracając do frustracji z powodu braku kasy - warto rozejrzeć się za możliwością jazdy za pracę. Zwłaszcza wrzucić ogłoszenie, bo właściciele stajni sami często nie wychodzą pierwsi z taką inicjatywą. Odzew jest często większy, niż człowiek oczekuje ;)
Widzisz - ja jeżdżę od niedawna, ale długo namawiałam rodziców na jazdy. Zawsze była jakaś wymówka - a to nie ma kasy, a to zła pogoda..a z mojej strony nic nie mogłam zrobić, bo przecież nie zarabiam. To nie jest tani sport, ale uczy pasji i wytrwałości. To naprawdę dobra nauczycielka. Uczy miłości do koni, i towarzyszy przez całe życie (nie wszystkim, ale chyba rozumiesz o czym mówię).Gdy pierwszy raz usiadłam w siodle to poczułam się magicznie. Byłam spięta i zestresowana, jednak szczęśliwa i już wiedziałam, że to coś dla mnie. Na chwilę obecną już wiem że chcę jeździć dla siebie, i to w stu procentach. Nawet jak zabraknie funduszy to wolę tłuc się przez łąki i lasy, byleby dojść, pomóc, pojeździć i wrócić do domu.Na razie nie znalazłam swojej stajni, tylko przenoszę się z jednej do drugiej, ale nie poddaję się bo to kocham!
Wiam serdecznie..Mam pytanie.. Aventi gdzie dokładnie mieszkasz?
A wiecie co mnie denerwuję ? To że nie ma porządnych stadnin.Może i są,ale w Warszawie i w większych miastach.Opowiem w skrócie moją historię jazdy konnej.Jazdą konną tak naprawdę nigdy się nie interesowałam.Nigdy nie myślałam,że kiedyś zechcę mieć konia i że w ogóle zacznę jeździć.Wszystko zaczęło się od mojego wyjazdu do rodziny,której nigdy wcześniej nie znałam.Okazało się,że wszyscy jeżdżą konno i tak naprawdę od nich zaraziłam się końmi.Po powrocie zaczęłam szukać stajni w mojej miejscowości.Bardzo się cieszyłam,że znalazłam choć jedną stajnię pojechałam tam,ale tylko na oprowadzankę.Pierwszy raz wtedy siedziałam na koniu.Pewnego dnia pojechałam z rodzicami na zawody przez przeszkody i chciałam jeździć w tej stajni.W końcu pojechałam tam na lonżę,później drugą i wszystko było fajnie.Do czasu...Zabrałam tam koleżankę,bo też chciała się nauczyć jeździć konno.I wtedy to była moja ostatnia wizyta w tej stadninie.Na miejscu okazało się,że nie ma jazd,bo nie ma instruktora.Przyjechał instruktor to powiedzieli,że nie ma WŁAŚCICIELA.Przyjechał właściciel powiedział,że jestem za młoda (miałam 10 i pół lat,a jazdy są od 11) no ale w końcu się zgodzili.Kazali mi osiodłać konia,a ja nie miałam pojęcia jak to się robi,tylko raz instruktor mi pokazał,ale to było miesiąc wcześniej.Najlepsze było to,że właściciel uczył mnie czyścić konia,16 latka prowadziła jazdę,a instruktor czyścił konie.Gdy w końcu przeszliśmy do jazdy koń robił co chciał.Ja miałam zaledwie 2 lonżę,na których i tak nie nauczono mnie jak jeździć,to jeszcze każdy instruktor mówił co innego.Najbardziej jednak nie zapomnę co o mnie powiedziano : KOLEŻANECZKA SIĘ NIE NADAJE.I o tym chyba nigdy nie zapomnę.Powiem wam jeszcze o mojej koleżance.Miała mieć lonżę,ale nie miała,bo koń ""od lonży"" nagle zaczął kuleć,a oni mają 1 na 10 koni lonżującego oczywiście bardzo płakała bo straciła dokładnie 5 godzin.Później znalazłam drugą stajnię.Konie zadbane instruktorka super.I takie zdanie miałam przez rok.W końcu zauważyłam,że to nie ma sensu.Wyobraźcie sobie,że zaczęłam galopować dopiero po roku jazdy.Na jeździe nic nie robiliśmy jeździliśmy w kółko.Instruktorki sobie rozmawiały.Zdarzały się jazdy na których były 3 zmiany kierunku i to wszystko.Najbardziej denerwowało mnie to,że miałam osiodłać konia,a inne dziewczyny wyrywały mi go z ręki,bo uważały ,że zrobią to lepiej.Dzięki temu jeżdżę prawie 3 lata i nie potrafię samodzielnie osiodłać konia,mało tego nikt nie nauczył mnie robić strzemion.Koni też nie mogę czyścić.Przyjeżdżam,jeżdżę w kółeczku i do domku.Jeszcze jedną rzeczą która mnie denerwowała to bicie koni.Ja jestem bardzo wrażliwa i zawsze wolę jeździć w harmonii,działać dosiadem i łydką.Uczono mnie,że gdy koń nie chcę kłusować to trzeba go walnąć batem,a gdy potrząsa głową to trzeba go uderzyć wodzami.To zmusiło mnie do przemyśleń.Zadawałam sobie pytanie czemu w ogóle mam jeździć konno.Przecież konie mogłyby nas nie słuchać,a my mimo to tak się zachowujemy.W końcu przestałam tam jeździć.Nie jeżdżę już miesiąc,ale wciąż szukam stajni w której się czegoś nauczę.W której będę mogła trenować,zdawać na odznaki,jeździć na zawody,bo to jest moje wielkie marzenie.Na razie nic nie wskazuje na to,że się spełni,bo moje jazdy polegały na jeździe w kółko.Może za dużo wymagam?Moim koleżankom takie coś odpowiada,ale je jednak chcę coś osiągnąć.Chcę spełnić marzenia.Chciałabym jeździć chociażby u prywatnej osoby,która nauczyła by mnie czegokolwiek.Gdyby nie wiedza z książek nie wiedziałabym czym się czyści konia.Nie wiedziałabym co to znaczy kary koń.Wierzcie mi ale jeżdżę już prawie 3 lata,a nawet nie wiem jak działać dosiadem,a przecież to jest podstawa jeździectwa.Wydaję mi się,że gdybym nie odeszła z tamtej stajni to przez kolejne lata moja jazda polegała by na tym samym.Napisałam to wszystko żeby uświadomić wam,że jest mnóstwo stajni i mnóstwo instruktorów jednak trafić na dobrego to jest wielkie szczęście.Wiem,że się bardzo rozpisałam.Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta : )
A wiecie co mnie denerwuję ? To że nie ma porządnych stadnin.Może i są,ale w Warszawie i w większych miastach.Opowiem w skrócie moją historię jazdy konnej.Jazdą konną tak naprawdę nigdy się nie interesowałam.Nigdy nie myślałam,że kiedyś zechcę mieć konia i że w ogóle zacznę jeździć.Wszystko zaczęło się od mojego wyjazdu do rodziny,której nigdy wcześniej nie znałam.Okazało się,że wszyscy jeżdżą konno i tak naprawdę od nich zaraziłam się końmi.Po powrocie zaczęłam szukać stajni w mojej miejscowości.Bardzo się cieszyłam,że znalazłam choć jedną stajnię pojechałam tam,ale tylko na oprowadzankę.Pierwszy raz wtedy siedziałam na koniu.Pewnego dnia pojechałam z rodzicami na zawody przez przeszkody i chciałam jeździć w tej stajni.W końcu pojechałam tam na lonżę,później drugą i wszystko było fajnie.Do czasu...Zabrałam tam koleżankę,bo też chciała się nauczyć jeździć konno.I wtedy to była moja ostatnia wizyta w tej stadninie.Na miejscu okazało się,że nie ma jazd,bo nie ma instruktora.Przyjechał instruktor to powiedzieli,że nie ma WŁAŚCICIELA.Przyjechał właściciel powiedział,że jestem za młoda (miałam 10 i pół lat,a jazdy są od 11) no ale w końcu się zgodzili.Kazali mi osiodłać konia,a ja nie miałam pojęcia jak to się robi,tylko raz instruktor mi pokazał,ale to było miesiąc wcześniej.Najlepsze było to,że właściciel uczył mnie czyścić konia,16 latka prowadziła jazdę,a instruktor czyścił konie.Gdy w końcu przeszliśmy do jazdy koń robił co chciał.Ja miałam zaledwie 2 lonżę,na których i tak nie nauczono mnie jak jeździć,to jeszcze każdy instruktor mówił co innego.Najbardziej jednak nie zapomnę co o mnie powiedziano : KOLEŻANECZKA SIĘ NIE NADAJE.I o tym chyba nigdy nie zapomnę.Powiem wam jeszcze o mojej koleżance.Miała mieć lonżę,ale nie miała,bo koń ""od lonży"" nagle zaczął kuleć,a oni mają 1 na 10 koni lonżującego oczywiście bardzo płakała bo straciła dokładnie 5 godzin.Później znalazłam drugą stajnię.Konie zadbane instruktorka super.I takie zdanie miałam przez rok.W końcu zauważyłam,że to nie ma sensu.Wyobraźcie sobie,że zaczęłam galopować dopiero po roku jazdy.Na jeździe nic nie robiliśmy jeździliśmy w kółko.Instruktorki sobie rozmawiały.Zdarzały się jazdy na których były 3 zmiany kierunku i to wszystko.Najbardziej denerwowało mnie to,że miałam osiodłać konia,a inne dziewczyny wyrywały mi go z ręki,bo uważały ,że zrobią to lepiej.Dzięki temu jeżdżę prawie 3 lata i nie potrafię samodzielnie osiodłać konia,mało tego nikt nie nauczył mnie robić strzemion.Koni też nie mogę czyścić.Przyjeżdżam,jeżdżę w kółeczku i do domku.Jeszcze jedną rzeczą która mnie denerwowała to bicie koni.Ja jestem bardzo wrażliwa i zawsze wolę jeździć w harmonii,działać dosiadem i łydką.Uczono mnie,że gdy koń nie chcę kłusować to trzeba go walnąć batem,a gdy potrząsa głową to trzeba go uderzyć wodzami.To zmusiło mnie do przemyśleń.Zadawałam sobie pytanie czemu w ogóle mam jeździć konno.Przecież konie mogłyby nas nie słuchać,a my mimo to tak się zachowujemy.W końcu przestałam tam jeździć.Nie jeżdżę już miesiąc,ale wciąż szukam stajni w której się czegoś nauczę.W której będę mogła trenować,zdawać na odznaki,jeździć na zawody,bo to jest moje wielkie marzenie.Na razie nic nie wskazuje na to,że się spełni,bo moje jazdy polegały na jeździe w kółko.Może za dużo wymagam?Moim koleżankom takie coś odpowiada,ale je jednak chcę coś osiągnąć.Chcę spełnić marzenia.Chciałabym jeździć chociażby u prywatnej osoby,która nauczyła by mnie czegokolwiek.Gdyby nie wiedza z książek nie wiedziałabym czym się czyści konia.Nie wiedziałabym co to znaczy kary koń.Wierzcie mi ale jeżdżę już prawie 3 lata,a nawet nie wiem jak działać dosiadem,a przecież to jest podstawa jeździectwa.Wydaję mi się,że gdybym nie odeszła z tamtej stajni to przez kolejne lata moja jazda polegała by na tym samym.Napisałam to wszystko żeby uświadomić wam,że jest mnóstwo stajni i mnóstwo instruktorów jednak trafić na dobrego to jest wielkie szczęście.Wiem,że się bardzo rozpisałam.Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta : ) Jakbym normalnie słyszała siebie. Też nigdy w życiu nie natrafiłam się na porządnego instruktora, porządną stajnię...
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmieńStajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Odezwała się ta, co jej mamusia kupiła 4 konisie za średnią 5,80 w szkole... Byś była w takiej sytuacji, to byś wiedziała, że jazda konna FRUSTRUJE i nie chodzi tu tylko o ludzi wkoło ciebie, ale o PIENIĄDZE przede wszystkim. Bo jeździsz trzy lata, ale co dwa tygodnie, bo cię nie stać na więcej i nadal nic nie umiesz, a przychodzi jakiś bogaty rodzic ze swoim dzieckiem, które tak naprawdę tego nie kocha, a po miesiącu umie więcej niż ty bo jeździ 5 razy w tygodniu. Nie wpadłaś też na to, że ta osoba może nie mieć szkółki bliżej niż 30 km od siebie?! Może nie ma na co zmienić?!
Przesadzasz:Nie stać Cię:nie jeździj.Nie lubisz szkółki:zmieńStajnia 30 km:znajdź stajnię bliżej.Nic w jeździe nie frustruje.Po prostu trafiłaś na złych ludzi.Odezwała się ta, co jej mamusia kupiła 4 konisie za średnią 5,80 w szkole... Byś była w takiej sytuacji, to byś wiedziała, że jazda konna FRUSTRUJE i nie chodzi tu tylko o ludzi wkoło ciebie, ale o PIENIĄDZE przede wszystkim. Bo jeździsz trzy lata, ale co dwa tygodnie, bo cię nie stać na więcej i nadal nic nie umiesz, a przychodzi jakiś bogaty rodzic ze swoim dzieckiem, które tak naprawdę tego nie kocha, a po miesiącu umie więcej niż ty bo jeździ 5 razy w tygodniu. Nie wpadłaś też na to, że ta osoba może nie mieć szkółki bliżej niż 30 km od siebie?! Może nie ma na co zmienić?!Trochę w tym racji jest.. Jazda konna to sport dla bogatych. Koniec. Kropka. Ludzie, których nie stać na dobrą szkółkę i instruktora nie będą zawodowcami. Ale jeśli ktoś jeździ tak dla przyjemności to wszystko powinno być GUT.
Aventia, ja Cię rozumiem. Dorosła nie jestem ale już za parę miesięcy będę, więc raczej mogę się lekko przyrównać do Twojej sytuacji. U mnie w domu nigdy się nie przelewało, bo kredyty trzeba spłacać i takie tam, ale najgorzej też nie było. Jazdy finansowałam sobie praktycznie sama. Udało mi się dostać stypendium, które pobierałam przez rok i rozpoczęłam naukę jazdy. W stajni też czułam się obco na początku, ale całe szczęscie trafiłam na spoko ludzi. Jeździłam sobie przez ten niecały rok aż kasa się skończyła, a rodziców najzwyczajniej nie było stać na to, by finansować moje marzenia. Najgorsze było to, że w domu nikt nie rozumiał, ile dla mnie znaczy jeździectwo. Musiałam przeżyć parę miesięcy ciułając na ledwo pół godzinki raz na dwa tygodnie. Nie było wesoło, a ludzie w stajni nie szczędzili mi komentarzy, że nie umiem jeździć. Tylko jak miałam się nauczyć, kiedy nie było mnie stać na regularne jazdy? Młodsze ode mnie dzieciaki w stajni popitalały na koniach dużo lepiej niż ja. Takie dziewczyny które tam przychodziły, to wsiadały za każdym razem kiedy tylko tam były. Ja tylko patrzyłam na to z boku z lekkim ukłuciem zazdrości i żalu, że mnie nie stać na to. Wiem jaki to ból, kiedy Twoje marzenia roztrzaskują się o pieniądze. Brak funduszy sprawił, że zaczęłam przychodzić na konie tylko po to, aby z nimi pobyć, bo oszczędzałam każdy grosz na jazdy. Nauczyłam się pewnych tajników pracy z ziemi dzięki temu, ale i tak było mi bardzo przykro, że nie stać mnie na jazdy, a ci bogatsi nawet nie docieniają, co mają. Ja z każdej jazdy czerpałam pogromną przyjemność, delektowałam się każdą minutą i nawet liczyłam każdą jazdę (prowadzenie pamiętnika bardzo mi ulżyło w tym trudnym życiu jeźdźca). Dla nich to kolejna, zwyczajna przejażdżka, jakich wiele. Dla mnie każda jazda była wyjątkowa. Udało mi się jednak wybrnąć z tego dołka i to w samą porę. W akcie depresji zaczęłam szukać ludzi, którzy mają konie i pozwolą mi na nich jeździć za pomoc. Odmówiono mi w paru miejscach, a kiedy już straciłam nadzieję, trafiłam na Gosię i jej konie. Przyjęła mnie do pracy i teraz jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo każdego dnia realizuję swoja pasję, nie wydając ani grosza. Moja poprzednia stajnia powoli się wali finansowo, zabrano jej padok do jazdy i zaczęli sprzedawać konie, po kilka dziennie. Ci, którzy się tam tak lansowali teraz mogą mi nastukać. Jeżdzę na folblucie i sp, urządzam sobie tereny i robię spore postępy dzieki regularnym jazdom. Tego mi właśnie było trzeba i Tobie też radzę, byś nie stwierdzała od razu, że nie ma w pobliżu ludzi którzy udostępnia Ci konia do jazdy za pomoc. Ja też nie wiedziałam, że dookoła jest tylu takich ludzi dpoóki nie zaczęłam szukać. Jedni mówią nie, ale inni z checią Cię przyjmą. Poszukaj dobrze. Pozdrawiam ;)
Becia, żeby konie poznać i przestać się ich bać nie koniecznie trzeba na nich jeździć. Samo przebywanie z nimi, przyglądanie jak się zachowują na pastwisku moze dać wiele satysfakcji :) Aventie Co do kasy, fakt to moze być problem... Ale myśle ze wazniejsze jest podejście i zaangazowanie bo gdybyś naprawde czerpała przyjemnosc z jazdy pewnie udałoby sie wyskrobać jakoś te 30 zł choć 2-3 razy na miesiac. Ja tez zaczelam jezdzic całkiem niedawno, bo rok temu, jako dorosła już osoba i też w stajni w której mieli mnie gdzieś... Z tym ze ja nigdy wczesniej nie marzyłąm, a nawet nie myślałam o jeżdzie konnej... na pierwsza lekcje poszłam przez przypadek i wpadłam w ten sport tak ze od roku nie myśle o niczym innym. Przez pierwszych 10 jazd odliczałam dni tygodnia kiedy znowu będe mogła iść na konie... I kasa sie nie liczyła... poprostu wpieprzam zupki chińskie na obiad ^^ i zawsze coś sie odłożyło. A wtedy tez nikt mnie niczego nie uczył,ale ja byłam uparta... duzo informacji mozna znaleść w internecie a jak masz juz jakieś blade pojęcie w teori to wiesz o co pytac w praktyce. I tak na jazdach to ja zadawałąm pytania, wszystkim co sie akurat nawineli na padoku, nie koniecznie instruktorowi. Nie wiem czy to zdałoby egzamin na dłuższa metę pewnie nie, teraz jezdze juz w innej stajni i to zupełnie inna nauka... Ale moja dociekliwość i zaangazownie wystarczyły na początek. Teraz nie widzę mojego zycia bez koni. Nawet jak nie jezdze to siedze w stajni, bo jak pisałam na początku uczyc sie mozna w różny sposób. Kończąc zycze wszystkim znalezienia pasji która wciągnie was jak mnie jeżdziectwo :)NO I CO !
Witam, ponowie pytanie bo już padło Aventi,gdzie dokładnie mieszkasz jak można wiedzieć.
Aventia nie tylko Ty jesteś w takiej sytuacji. Jak widzisz osób z podobnymi odczuciami jest wiele. A skoro tak nas dużo jest może w każdej stadninie jest podobnie (wszędzie trafiają się zarozumialcy i ludzie normalni po mimo, że zamożni). A tylko ludzie mniej bogaci jak Ty i Ja różnie to przeżywają. Inni nie zważają na to, a inni (bardziej wrażliwi) czują się niefajnie. Ja też mam podobne uczucia. Też czasami zastanawiam się nad rezygnacją, ale staram się odganiać czarne myśli. O jeździe też marzyłam od dziecka, ale mogłam tylko pomarzyć, bo pieniędzy nie starczało nam od przysłowiowego 1go do 1go, a co dopiero na jazdy. Jak zaczęłam zarabiać na siebie to zaczęłam też jeździć. Zamożna nie jestem i też lądując w swoim ośrodku czuje się czasami głupio patrząc na ludzi świetnie jeżdżących i zamożnych, mających swój własny sprzęt i konie. I kiedy widzę małe dzieci super jeżdżące i skaczące przez przeszkody. Ale powiem Ci, że brak pieniędzy można przekuć z "wady" na zaletę. Sama ciężko pracujesz i zarabiasz na swoje jazdy, a nie nie jesteś osobą, której rodzice ufundowali sportową karierę. To co osiąga się z trudem jest więcej warte, niż to co zdobywamy z łatwością. Ludzie powinni to bardzo doceniać w Tobie. Wyniosłymi osobami, nie ma się co przejmować. Nie patrz na innych tylko skup się na sobie, na tym czego Ty chcesz. A poza tym chcesz jeździć dla siebie czy dla sportu? Jak dla siebie, rekreacyjnie, to nie musisz brać lekcji 5 razy w tygodniu i nie musisz być super najlepsza. Oczywiście nikt nie chce jeździć jak ostatnia łamaga, nawet jeżeli jeździ dla swojej własnej przyjemności, ale nie jak powiedziałam nie musisz być najlepsza niczym zawodowiec.