Telewizyjna bajka zatytułowana „Rogate ranczo”, w której krowy szukają swojego kawałka nieba, stała się inspiracją do stworzenia nazwy stajni dla koni w Dzierzbach, w gminie Jabłonna Lacka. „Skrawek Nieba”, bo właśnie o tę nazwę chodzi, stworzony przez młode małżeństwo Anetę i Michała Wielgus, stał się przystanią dla starych i schorowanych koni.
Pani Aneta kocha konie od zawsze, a swoją pasję do nich odkryła w wieku 3 lat, dzięki swojemu dziadkowi. W dorosłym życiu pracowała w wielu prywatnych stadninach koni, jednak jak dzisiaj mówi, trafiała tam na złych ludzi. Ludzi, którzy nie szanują zwierząt, hodując je wyłącznie dla korzyści finansowych. A hodowla koni, to przede wszystkim miłość do nich, bo jak zapewnia rozmówczyni, konie jak i inne zwierzęta, często są lepszymi przyjaciółmi niż ludzie. Poza końmi, w domu państwa Wielgus, swój „skrawek nieba” znalazły także cztery psy, kot, królik miniaturka i zbłąkany zając. Każde ze zwierzaków ma swoją historię. Koń Niuniek trafił do stajni poparzony i cierpiący. Kucyk Karina i jej syn Kongo znudziły się właścicielom. Jest też ślepa na jedno oko klacz, którą były właściciel nazywał darmozjadem oraz konie, które w stajni trzeba było tylko „ułożyć”, jednak zostały w niej na dłużej. Królik miniaturka tak urósł, że chciano go przerobić na pasztet, a zając trafił do domu państwa Wielgus zupełnie przypadkiem. Wszystkie historie łączy jedno, jak mówi pani Aneta – to, że na ogół źle kończą się sytuacje, kiedy właścicielami zwierząt stają się osoby, które nie mają o nich bladego pojęcia. Tak samo jest w przypadku koni, dlatego dobrze, że PZJ wprowadził zasadę, że zanim się poczyni jakieś kroki na drodze kariery sportowej, najpierw trzeba zdać egzamin na odznakę jeździecką. Dobrze by jeszcze było, aby te egzaminy były rzetelne, aby nie wypuszczać osób, które wprawdzie mają odznakę, ale ich wiedza na temat koni jest nadal niezadowalająca.
Historia pani Anety jest tak samo wzruszająca, jak jej zwierząt. Od dziecka wiedziała, że końmi chce się zajmować i spędzać z nimi każdą wolną chwilę, jednak życie okazało się okrutne i kiedy tylko odkryła w sobie pasję do wyścigów, okazało się, że musi wybierać: konie albo własne zdrowie. - Zakochałam się w wyścigach konnych i postanowiłam spróbować swoich sił – opowiada rozmówczyni. - Miałam 16 lat, a moja mama nadal próbowała mi wmówić, że jazda konna nie ma przyszłości, że nie mogę traktować tego jako pracy i sposobu na życie „weź się za naukę” mówiła, a ja nie dopuszczałam tego do wiadomości. Stawiłam się pewnego poranka na terenie stajni wyścigów konnych, szukając kogoś, kto umożliwi mi start na tych koniach. Na początku tylko byłam obserwatorem i pomocą przy siodłaniu, obserwując mówiłam luzakom i dżokejom, że też bym kiedyś chciała spróbować, usłyszał to jeden z trenerów. Podszedł i zapytał czy umiem jeździć, odparłam – jasne. Kazał mi przyjść następnego dnia na 6.00 rano na objeżdżanie koni, aby sprawdzić co z tego będzie. Ucieszyłam się tak, że z wrażenia spać w nocy nie mogłam. Oczywiście stawiłam się na 6.00, przydzielono mi konia do jazdy, trener dał kilka wskazówek i puścił na próbę na tor. Przeszłam chrzest. Trener stwierdził, że mam serce i predyspozycje do tego sportu . Byłam szczęśliwa, z szansy którą dostałam. Raz było lepiej, raz gorzej, ale to kochałam. Po 84 gonitwach, okazało się że mój organizm nabawił się kontuzji. Obudziłam się pewnego poranka ze strasznym bólem kolan, mama zawiozła mnie na ostry dyżur, gdzie zrobiono mi prześwietlenia. Potem było oczekiwanie na wyniki czekałam na wyniki. Lekarz dał straszną diagnozę – powyłamywane chrząstki kolanowe. To zabrzmiało jak wyrok. Dodał jeszcze, że koniec ze sportem, bo w najgorszym wypadku dosiądę wózka inwalidzkiego, nie konia. Łzy wypełniły moje oczy. Takie obciążenie organizmu jakie zafundowałam sobie jako dziecko miało dalsze skutki. Byłam przerażona i zrezygnowana, a najgorsze było to, że moja mama mówiła „a nie mówiłam”. Po jakimś czasie stwierdziłam jednak, że tak się nie skończy moje życie z końmi. Mając 18 lat spakowałam się i ruszyłam w świat. Pracowałam u wielu hodowców, którzy bardzo źle traktowali swoje zwierzęta. Ale trafiali się też dobrzy ludzie, tacy jak pan Petroniuszowi Frejlich, któremu dziękuje za wszystko, w czym mi pomógł (…).
W 2009 roku, pani Aneta poznała, swojego obecnego męża, który nie mógł znieść tego, jak hodowcy traktują swoich pracowników. – Takich pracowników, którzy wypruwają sobie żyły robiąc robotę za trzy osoby – opowiada pani Aneta. - Zapewnił mnie wtedy, że będę mieć swoją stajnię i nikt już nie będzie mnie źle traktował on mi w tym pomoże i tak się stało. Jeszcze w roku 2009 kupiliśmy gospodarstwo i założyliśmy własną hodowlę Arabów. Mamy rok 2012 r. Dziś jesteśmy szczęśliwi mając swoje konie. Ja trenuje konie wyścigowe i rajdowe, dbając przy tym o porządek we własnej stajni bez żadnych pomocników, na ręku z naszym 3-letnim synem, który tak wcześnie odkrywa piękno tych zwierząt z pasją i zachwytem. Niuniek wyrósł na pięknego ogiera, który już zapomina powoli o swojej tragedii, Mistrz jest nadal w mym sercu, mamy 5 koni własnych i kilka pensjonatowych. Gala trafiła do Koleżanki i jest u niej szczęśliwa. Tak na przekór losowi i rodzicom udowodniłam, że konie zawsze będę mieć w sercu.
(zdjęcia – prywatna galeria p. Wielgus)
Więcej o stajni „Skrawek Nieba” na stronie https://www.facebook.com/pages/Stajnia-Skrawek-Nieba/152209471513708?fref=ts
___________________________________________________________________________
Podlasie24.pl również na Facebooku- kliknij Lubię to!
”